Archiwum
- Sierpień 2008 (4)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (23)
- Emigracja (50)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (229)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (29)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (39)
- Cocoa (14)
- iPhone (2)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Istny Meksyk
Tak to właśnie wygląda.
Przekroczenie granicy w tamtą stronę było czymś niezwykłym. Obskrobane drzwi obrotowe, pozwalające wyjść, ale nie pozwalające wrócić. Żadnego sprawdzania paszportów. Nic. Kompletnie nic.
Zaraz za bramką - istny Meksyk. Ludzie wrzeszczący, zapraszający do swoich sklepów, namolnie proponujących taksówki. Ceny oczywiście zarówno w pesos jak i w dolarach. Ceny zawyżone. Ale to normalne.
- 23 dolary
- Co tak drogo? Tam dalej widziałem to samo za 15!
- Nie widział pan na pewno, sinor. 20.
- To ja idę tam się stargować do 10, do widzenia!
- Nie, czekaj pan. 15.
- Ale tam starguję do 10ciu!
- Mowy nie ma. Ja też muszę z czegoś żyć! 13!
- Właśnie sprzedał pan towar. Oto 13.
I tak dokładnie to wygląda. Jeśli nie będziesz się targować, obrazisz sprzedawcę. Nie można inaczej. Choć pod granicą inaczej to wygląda. Masa Amerykańców biorących wszystko jak leci. Utarg i tak i tak.
Przeklęty upał. Ten sam po drugiej stronie jest znacznie bardziej znośny. To pewnie przez tą gęstą zabudowę.
Znów ktoś trąbi. Strasznie nerwowi ci kierowcy. Jeszcze gorzej niż w Polsce. I ci meksykanie. Może to przez wychowanie na amerykańskich filmach, ale każden jeden wygląda jak zakapior.
Za to te kobiety...
Piękna, specyficzna uroda. Już wiem dlaczego amerykańce tam jeżdżą :) Aż mnie się zaszczepiło :P
Powrót był straszny. Ogromna, długa kolejka. Podobno krótsza niż ostatnio. Staliśmy tylko godzinę, a nie trzy.
- Coś do oclenia?
- Nie. Chyba, że ta butelka tequili. Wie pan. Dla rodziców. Chcieli oryginalną flachę. Z robakiem.
- Nie, tego nie trzeba.
- Proszę pana?
- Tak?
- To nie jest amerykański paszport. Niech pan niemacha nim przez czytnik, bo nie rozpozna.
- Jak to nie... a... Polska? Nigdy nie widziałem tutaj Polaka. U was chyba teraz tak gorąco, nie?
- To wie pan gdzie to jest? Mało kto tutaj wie.
- Straż graniczna musi, nie?
- Zapewne.
Mam dość. To była straszliwa wycieczka. Ten wszechobecny uał, męczący ludzie, szaleni kierowcy i ten niepokój, czy ktoś zaraz nie sprzeda mi plomby za patrzenie się na jego dziewczynę. Ale na co innego tam patrzeć? Wyniszczałę auta... a sklepy? Trzy rodzaje sklepów. Co trzeci (DOSŁOWNIE! To nie jest przenośnia!) to apteka. Oczywiście bezreceptowa. Wszystko idzie kupić. Amerykańce oczywiście tonami wynoszą szemranego źródła środki przeciwbólowe, antybiotyki itp. Żałosne.
Oprócz tego burdele (wyraźnie nie tylko mnie się podobają meksykanki :P) z alfonsami zapraszającymi co krok na "erotyczny masaż" i sklepy z pamiątkami. Takowy sklep składa się z kilku podstawowych rzeczy. Poncza, Sombrera i srebra. W cholerę srebra po cenach dumpingowych. Oczywiście wszystko z Chin. Może poza srebrem :) Ale też dość sztucznie wygląda. No cóż. Amerykańce łatwo się nabierają.
Specjalnie wyszliśmy wcześniej, żeby minąć ten ścisk. I zadziałało. Jak wracaliśmy, dopiero ulice zapełniły się tysiącem amerykańców kupujących wszystko jak leci.
Mam dość. Nie podobało mi sie. Teraz siedząc w hotelu, stwierdzam, że najlepsze z całej wycieczki było przekraczanie granicy w stronę USA. To uczucie ulgi - w końcu.
No cóż. Wracając zobaczyłem bardzo fajną koszulkę na grzbiecie jakiejś amerykańskiej murzynki. Tzn sama koszulka była taka sobie. Natomiast napis na niej mówił wszystko.
The worst failure in the world is not to try...
Dziurki
Kiedyś był pewien bardzo często opowiadany dowcip o dziurkach. W chwili kryzysu bracia Wright mieli bowiem się wybrać do pewnego indiańskiego szamana, który na odpadające ciągle skrzydła udzielił im rady nawiercenia dziurek u ich nasady. Swoją radę usprawiedliwiał w następujący sposób: "Kiedy rano wstaję i po kupie chcę podetrzeć tyłek, urywając papier z rolki nigdy nie mogę go urwać na tych cholernych dziurkach!".
Dowcip - owszem - był śmieszny. Ale zaczynam rozumieć jego głęboki sens. W Hameryce, faktycznie ciężko urwać ten papier na tych cholernych dziurkach!!!
Moje wytłumaczenie jest następujące: papier jest tu tak cienki, że rwie się przy każdym szarpnięciu. A w miejscu dziurek, czy raczej dokładnie pomiędzy nimi warstwa srajtaśmy jest jednak nieco grubsza, ponieważ maszyna dziurkująca rozepchała papier podczas dziurawienia. Zupełnie przypadkiem - papier w tym miejscu jest po prostu bardziej wytrzymały.
Czego nie można powiedzieć o reszcie. Nic dziwnego, że na jedno posiedzenie zużywa się pół rolki, skoro żeby nie uświnić sobie rąk trzeba się podcierać od razu 6ścioma warstwami "papieru".
Obcy
Czasami cieżko zrozumieć według jakiego klucza ludzie tutaj żyją. Szczególnie teraz, kiedy nie mamy specjalnie zbyt wielkiego towarzystwa. Ludzie z którymi pracowaliśmy wcześniej, zostali przeniesieni do innych projektów albo są na wakacjach. Polaków tu nie ma praktycznie w ogóle. Pozostali "przyjezdni" są zamknięci i nudni.
Widziałem już wszystko co chciałem zobaczyć. Towarzystwa nie mam tu wcale. Mieszkam niby w akademiku, ale co to za akademik. Ani pijaństwa, ani szaleńst... Zwykła cisza, jogging rano i siu - na uczelnię. Nie ma się nawet do czego przystosowywać.
Tymczasem wyprawą stało się samo wyjście do sklepu, kiedy najbliższe zostały zamknięte z powodu bankructwa.
Nuda!
Ileż można tak? Jak wytrzymać tutaj trzy tygodnie w niemalże pełnej izolacji od świata? Kiedy naprawdę nie ma do kogo nawet gęby otworzyć? Wchodzę do kuchni i wszystkie rozmowy natychmiast milkną. Szum wraca, gdy tylko po nalaniu sobie kawy, znikam z pomieszczenia.
Stanowczo nie lubią tu obcych. Takim więc pozostanie mi tutaj być. Trzy całe tygodnie.
Obcym.
Powrót
Kiedy mi powiedziano, że za kilka dni wyjeżdżam z powrotem do Stanów byłem lekko zaskoczony. Owszem - potwierdziłem, że ewentualnie mógłbym pojechać, ale że nastąpi to tak szybko?
Moja kobieta, oczywiście nie byla z tego powodu szczęśliwa. Żeby było ciekawiej - mnie też raczej nie przypadła cała sytuacja do gustu. Ale wizja dodatkowych pieniędzy jednak zrobiła swoje.
Lot miałem zaplanowany w bardzo przedziwny sposób. Żadnych obcych krajów po środku. Od razu z Polski do USA. Na całe nieszczęście - polskimi liniami lotniczymi, a nie amerykańskimi. Na czym polega różnica? Zamiast 8miu filmów - są dwa. I to do tego średniej klasy. Do tego dostaje się tylko obiad i drobną kolację, zamiast jakiś 8śmiu posiłków w formie przekąsek. I jednak milsza obsługa jest w tym Hamerykańskim stylu.
Plusem natomiast było towarzystwo. Zgadałem się z dwoma polkami. Jedną lecącą do Chicago i jedną do samego San Diego - do chłopaka. Dziwna sprawa taka miłość na odległość. Szczególnie taką, gdzie już na pewno wiadomo, że jest to odległość większa od długości.
Zasadniczym udogodnieniem był również czas pomiędzy lotami. Upłynął spokojnie. Nigdzie nie trzeba było biegać. Na wszystkie loty zdążyliśmy jeszcze ze sporym zapasem czasu.
Kiedy usiadłem w samolocie do San Diego z właśnie nowo poznaną koleżanką, złapała nas jedna ze stiuardes, krzycząc do niej "Jaka jesteś śliczniutka!". Zatkało nas oboje. Była święcie przekonana, że laska ma góra 15 lat, a nie jak pokazywał jej paszport - 25. Potem zaczęła mi gratulować wspaniałej dziewczyny, przez co spłoneliśmy oboje czerwonym rumieńcem i znów poczeliśmy tłumaczyć, że fakt iż jesteśmy podobnie ubrani nie znaczy, że jesteśmy parą. Ona jedzie do swojego chłopaka, a ja OD swojej dziewczyny, nad czym ubolewam.
Mimo to od razu zasłużyliśmy na milszą obsługę i pełną uwagę, więc ostatni odcinek lotu przebiegł w bardzo miłej atmosferze, mimo ogarniającego nas już w tym momencie kompletnego wycieńczenia.
W San Diego - niespodziewanka! Oczywiście niespodzianie zaskoczyła jedynie moich towarzyszy podróży. Nasz bagaż znów został w Chicago!
Biedne towarzystwo zaczęło obgryzać paznokcie, w przeciwieństwie do mnie. Z szyderczym uśmiechem na twarzy pokazałem żelazne zabezpieczenie w postaci dodatkowych czystych gaci i szczoteczki do zębów.
Z braku innego zajęcia, wzięliśmy więc auto i wyszukaliśmy naszego hoteliku. Apartament w takim samym standardzie jak poprzedni. Jaccuzzi i basen oczywiście jest na stanie, więc niczego nie straciliśmy i tym razem. Dzięki mojemu względnemu obeznaniu się w temacie, wszędzie trafiliśmy jak po sznurku, a mój towarzysz zaczął doceniać fakt, że poprzednim razem troszeczkę jednak po tych okolicach pojeździłem. "Ja bym się tutaj już zdążył z 15 razy zgubić!", stwierdził. "Jak wyście sobie wcześniej radzili!?" - ciągle był w szoku.
Szybka akomodacja została zwieńczona powrotem na lotnisko (znów z pomocą mojego pilotażu, który z wdzięcznością został przyjęty poraz wtóry przez Oktawiana. "Jeszcze nie ma państwa bagaży", powiedział miły pan za ladą, "ale samolot z nimi już wylądował. Proszę tutaj są vouchery na jedzenie, proszę sobie coś przekąsić i zapraszam z powrotem." Z propozycji skorzystaliśmy i po drobnej kolacyjce od razu zawinęliśmy bagaże i wróciliśmy do hotelu. Szybka kąpiel i w końcu zasłużony odpoczynek po wielogodzinnej podróży.
Ranek miał mi się zacząć późno, ale żołądek zbudził mnie już koło godziny 7dmej rano czasu lokalnego. Nie mnie jednego. Z wielką determinacją, zaczęliśmy szukać sklepu z żywnością. Nasz ulubiony market został już zamknięty, więc po krótkich poszukiwaniach dotarliśmy do nowego miejsca... Fajne jedzenie. Takie niemalże polskie. Tylko kurewsko drogie. I NIE MA KOLI!
Być w stanach i nie pić lokalnego przysmaku to zgroza. Przepytana obsługa, poinformowała nas z uśmiechem, że to sklep z tzw. zdrową żywnością i nie sprzedają takiej chemii. Więc objuczeni bagażami, ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, szukając normalnego sklepu.
Znalezienie takowego również nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Same zakupy również nie. Wybrane przysmaki w postaci koli classic i koli waniliowej, wylądowały w bagażniku, potem w lodówce, a my na kanapie.
"W końcu!", stwierdziłem zapijając ciepłą herbatką. Oszczędzam gardło, bo ledwo co wyszedłem z choróbska. Kola na później. "Czuję, że wróciłem"
"Ja też", rzekł Oktawian zapijając waniliówką. Wróciliśmy. Do Kalifornii - krainy snów. Do tej opowieści o tym, jak dwóch pracowników wybrało się w delegację i mieszkając w akademiku wyglądającym jak najdroższy polski hotel, po raz kolejny podbijają amerykańskie serca.
Albo na odwrót.
Co za różnica? :)
Ostatni weekend w San Diego
"Nie śpij", krzykąłem do Wojtka, który radośnie zaczął już pochrapywać.
"Odezwał się", odparł przyglądając się mojej embrionalnej pozie na tylnym siedzeniu samochodu. Cholernie śmiesznie musiało to wyglądać. Dwóch dorosłych facetów na tylnym siedzeniu zmasakrowanego samochodu na pustym parkingu w środku nocy. Popijając zimną już pomarańczową herbatę zacząłem się rozglądać za jakimś przytulnym miejscem na zronienie siku.
"Która jest?", zaytał zaspanym głosem.
"Dochodzi druga", odparłem spoglądając na telefon komórkowy. "Ciekawe ile to jeszcze potrwa."
"Fajny weekend, co?"
"Odwal się."
Wszystko zaczęło się przez sobotnią wizytę na oceanie. W wietrzny dzień, firma zabrała nas na oglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku. Duża łódka, parę mil od brzegu i jakieś malutkie obłoczki wody sikajacej z płuc wielorybów, które zwyczajnie miały nas w nosie. Zresztą. Czemu się dziwić. Przez całe trzy godziny podróży jedynie przemarzłem i wypatrzyłem kilka delfinów, które ochoczo ścigały się z łodzią.
Do tego spóźniony samolot chłopaków i niepotrzebnie spędzone godziny na lotnisku. Nie było fajnie. Dlatego w niedzielę chcieliśmy odreagować.
"Wstawaj!", szarpnąłem Wojtka za ramię. "Jeszcze nie śpimy. Jeszcze tylko chwilka."
"Ta twoja chwilka trwa już prawie pięć godzin."
Co racja to racja... Obaj walczymy już ze snem. Zupełnie jak rano. Budzik o szóstej rano w niedzielę to jednak morderstwo. Ale podróż na pustynię w Nevadzie zabiera trochę czasu. Musieliśmy wyjechać wcześnie. W dwa samochody jechaliśmy bezdrożami, podziwiając okolicę. Niesamowite góry, przystanki co jakiś czas na grupowe zdjęcie. Albo ojciec z maksimum 12stoletnimi synkami na motorach crossowych atakujący suchą pustynię wznosząc tumany kurzowego piachu.
Kiedy dojechaliśmy do parku narodowego (O dźwięcznej nazwie "Drzewko Jezuego") i zapłaciliśmy haracz zaczęło się prawdziwe podziwianie. Góry kamieni wyglądające jak zrzucone tu przez człowieka. Wojownicze kaktusy, które zaatakowały Marcina na tyle poważnie, że łapa mu spuchła do wielkości ramienia, punkty widokowe, gdzie można zobaczyć dużą część parku i ten wszechobecny kurzowy piach prosto z westernów. Wszyscy byli zachwyceni, ale kiedy Oktawian wlazł na jakąś górkę po czym zniknął nam z oczu, zrobiło się zdziebko gorąco. Kiedy się w końcu znalazł cały i zdrowy, stwierdziliśmy, że pora do domu.
Tym razem już podążając autostradami, powoli toczyliśmy się do domu.
Wtedy zaczął się odzywać mój pęcherz.
Zrobiło się na tyle poważnie, że gdy tylko znalazłem się na trasie, którą już znałem, wcisnąłem po prostu gaz do dechy. Wszyscy w samochodzie spali, kiedy przekraczałem dozwoloną prędkość o dobre 20 mi/h. Na szczęście nie byłem sam. Jeszcze mnie wyprzedzali, więc czułem się rozgrzeszony.
"Już prawie w domu!" krzyczałem do siebie w duchu zjeżdżając z autostrady. Jeszcze tyko mały odcinek, kolejna autostrada i potem już hotel. Raptem 20 minut drogi. Nie jestem jednak piratem drogowym. Kiedy żółte światło pojawiło się na skrzyżowaniu, po prostu się zatrzymałem. Fakt, trochę ostro, ale wiedziałem, że pora się jednak zatrzymać. ŻÓlte było już dłuższą chwilę.
Wtedy usłyszałem pisk i chwilę potem już byłem po drugiej stronie autostrady przepchany przez małego pick-upa. Tył auta był w strzępach. Można powiedzieć, że aucie już wszystko zwisało. Ze zderzakiem i światłami włącznie.
Jak się jest na długich wakacjach, to trzeba poznać miasto z każdej strony. W tym na przykład wóz policyjny i policjantów, którzy grzecznie, ale z rezerwą zebrali zeznania, napisali raport i pomogli mi się pozbierać do kupy. Fajne mają te samochodziki. I te komputery pokładowe rodem z filmów akcji. Nic dodać nic ująć.
Pozostało jedynie zadzwonić na całodobową pomoc drogową firmy, która dała mi auto i dostać nowe.
Tylko.
"Wiesz co, włączę silnik i podgrzeję nas trochę, bo zaraz zamarzniemy", powiedziałem Wojtkowi, odpalając auto, Szósta godzina oczekiwania na pomoc drogową właśnie się zaczyna. Środek nocy w San Diego wyznaczają zazwyczaj gęste mgły, ale nie aż tak gęste jak ta dzisiejsza. Ledwo widziałem czubek własnego nosa.
"Jedzie!", krzyknął podniecony Wojtek. Faktycznie. Dojechało. Szybko zrzucił mi nowe auto, wziął stare, a my już byliśmy w drodze. 20 mi/h, nie więcej. Ciężko prowadzić auto, kiedy stojąc na skrzyżowaniu z trudem widzisz jakie światło się świeci. Gdyby nie fakt, że okolicę znam jak własną kieszeń, to pewnie bym się zgubił. Albo i nawet zabił na jakimś zakręcie przy autostradzie.
Odwiozłem Wojtka, zjechałem autem do garażu, wpakowałem się do pokoju, i gdy tylko dotknąłem głową poduszki, zasnąłem.
Tylko na 2-3 godziny. Bo przecież już jest poniedziałek. Trzeba do pracy.
San Diego się postarało, żebym długo nie zapomniał tego ostatniego weekendu na jego terenie.
Ktoś
Środek nocy. Spacerując pustymi ulicami San Diego kopię przed sobą niewielki kawałek betonu. Niebo w pochmurną noc wygląda tu niesamowicie. Światła miasta rozświetlają chmury, które delikatną taflą rozpościerają się niczym letnia pierzynka nad terenem całego San Diego. W takie dni jak ten chce się żyć.
Godzina z bardzo późnej powoli zaczyna się przeobrażać w bardzo wczesną. Neony sklepów i knajp zaczynają wygasać. Wyłączają gazowe piecyki i sztuczne kominki. Zapada niezręczna cisza zmieszana z mrokiem. Nie żeby było całkiem ciemno. Światła z parkingu i ulic i tak sprawiają, że jest jasno jak w pochmurny dzień. Puste ulice powoli zapełniają się cieżarówkami sprzątającymi. Lejąc strumienie wody i szorując drucianymi szczotami mechanicznymi robią harmider jak myśliwce wracające właśnie z nocnych manewrów.
Ten kraj nie tylko jest inny. On robi nas innymi. Reklamy, sposób bycia, jedzenie... podejście do życia. Wszystko to jest tutaj kompletnie inne. Właściwie nie wiem, czy to to, czy zbyt długa samotność zaczęła mnie zmuszać do myślenia nad tematami, o których zazwyczaj się nie pamięta.
Kiedy zmieniałem ostatnio pracę kierowałem się czymś zupełnie innym niż chęcią spełnienia się. Chodziło raczej o pieniądze. W efekcie jednak zaspokoiłem inne potrzeby. Bardzo próżne.
Jedną z częstych reklam w tutejszej telewizji lokalnej jest reklama American Express. Reklamują swoje nieoprocentowane pożyczki dla ludzi, chcących założyć swoją własną firmę. Ludzi z pomysłem. Myśl przewodnia reklamy jest bardzo prosta: Chciałem coś stworzyć.
Owo lakoniczne coś odciska się na mojej głowie głębokim rowkiem. Ja też wiecznie chciałem stworzyć coś. Jednak nie chodziło o chęć tworzenia samą w sobie. Chodziło o stworzenie czegoś, co będzie dostępne dla wszystkich. Co wszyscy będą w stanie zobaczyć, zrozumieć, podziwiać. A tym samym będą podziwiać mnie samego.
Taka próżność ma pewne swoje podstawy. Być może pewnym ludziom wystarczy dach nad głową praca i ew. żona z gromadką dzieci. Mnie chodzi jednak o coś kompletnie innego. Ludzkie życie jest bardzo ulotne. Chciałbym więc zostać zauważonym. Choć na krótką chwilę zwrócić na siebie oczy całego świata.
Być kimś.
Ironia
"Co ona tak hałasuje?" nasunęło mi się, kiedy laska opuszczała parking nowiutkim, czerwonym mustangiem robiąc straszliwy hałas. Spod maski wydobywał się przeraźliwy pisk wdzierający się do czaski, jak deszcz szpilek. Zdezorientowana dziewczyna zatrzymała się nagle, zwolniła hamulec ręczny i pojechała dalej bez większych ekscesów.
Czysta ironia tego świata. Spotyka się ją na każdym kroku. Zupełnie jak policja łapiąca ludzi, którzy zagrażają ruchowi drogowemu, a nie sunący z resztą, gromadnie przekraczając limit prędkości. Sami w końcu wszystkich wyprzedzają. Żeby nie robić korków. Nie żeby było to coś niezwykłego. Tutaj jest to po prostu normalne.
Siedząc w domu i połykając smętne seriale telewizyjne wiecznie napotykam reklamy coraz to ciekawszych leków na bezsenność, otyłość, brak popędu seksualnego. Pięknie zaaranżowana sceneria, uśmiechnięci ludzie i lektor zachwalający dany produkt. Potem w tym samym tonie lekarz ostrzegający przed skutkami ubocznymi - senność, ospałość, cukrzyca, zawroty głowy, niedokrwienie. Z tym samym głupawym uśmieszkiem, jakby dalej reklamował ten przecież doskonały produkt.
Albo Phillip Morris reklamujący się jako firma zwalczająca palenie. Chcesz rzucić? Zgłoś się do nich. Pomogą Ci. Przekażą informację jak to zrobić, pomoc medyczną, stos broszur... Firma nikotynowa...
Ironia.
No i to wszechobecne wojsko. I wspaniały ruch proamerykański. Wchodzisz na SeaWorld i równo o godzinie otwarcia puszczają hymn narodowy. Jakbyśmy byli światkami wydarzenia narodowego. Chwilę potem przed samym pokazem delfinów Wujek Sam zaczyna opowiadać, że wszystko to robią dla naszego dumnego wojska. W telewizji smętny pan poseł opowiada o specjalnych dotacjach dla żołnierzy, a chwilę potem piękny filmik agitacyjny - "Dołącz do Armii Stanów Zjednoczonych".
Czasami aż strach otworzyć puszkę piwa.
"O, fajny film się zaczyna." Rozkładam się wygodnie na kanapie i nalewam sobie koli, a kiedy tylko skończą puszczać napisy początkowe, puszczają serię reklam. Półtoragodzinny film poszatkowany reklamami trwa trzy godziny. Wszystko tu kosztuje masę czasu. Tylko sklepy są zawsze blisko. O ile jedziesz samochodem i nie jedziesz w godzinach szczytu, oczywiście.
Teraz, kiedy się tak nad tym zastanawiam, szukając wielkiego wozu na gwiaździstym, bezchmurnym, nocnym niebie pustyni San Diego, ogarnia mnie straszliwa pustka. Obcy świat przepełniony wielkimi sprzecznościami, gdzie najważniejsze są flaga państwowa, hymn narodowy i wszechobecne wojsko. Ale nie tak jak w Polsce. Nie znajdziesz tutaj pijanego trepa włóczącego się po knajpach szukając bijatyki. Jedynie przeraźliwy huk przelatujacych samolotów i helikopterów startujących i lądujących na jednym z pięciu wojskowych lotnisk w tym mieście. Pięć lotnisk wojskowych na jedno cywilne. Piękna statystyka.
O, znalazłem gwiazdę północną. To teraz tylko trzeba odliczyć pięć gwiazd... Zaraz... Czemu mi ta gwiazda północna spierdala na lotnisko?
Photo seaworld
No dobrze więc. Dokładnie tutaj znajdziecie kilka zdjęć z naszej wycieczki do SeaWorld w San Diego. Nie zachecam do oglądania, ale jak ktoś ciekaw, to zapraszam.
SeaWorld
Głupi telefon. Obudził mnie o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie w niedzielę rano!
Ach. No tak. Dziś jedziemy do SeaWorld. Trzeba się zbierać.
Szybko zebrałem się z wyra i pozbierałem do kupy, żeby punkt 9.30 znaleźć się w samochodzie dokłądnie pod wejściem do budynku naszych towarzyszy podróży. Spóźnili się. Ale jedynie odrobinę. Trasa była prosta jak drut. Zresztą tu wszystkie są takie, o ile się do nich przyzwyczai. To po prostu inny świat jest. Ogromny parking świecił pustkami. Przyjechaliśmy po prostu przed czasem. Pokazaliśmy bilety i wkroczyli w cudowny bajkowy świat pełen morskiej wody. Uzbrojeni w mapki terenu zaczęliśmy od ułożenia sobie planu dnia. Zwiedzamy na głodniaka. Chyba, że ktoś chce płacić 4 dolce za malusiego hot doga.
Muzea były ciekawe, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Pierwsza atrakcja - godzina 11.30 - Delfiny. Zaczął jakiś smutny koleś przygrywając na zwykłej gitarce i fałszując piosenki. No cóż. Jesteśmy w Ameryce w końcu. Każdy robi, co mu się żywnie podoba. Później zaczęło się. Latające delifiny chlapiące na wszystkie rzędy oznaczone znaczkiem "strefa zalania". No prawie wszystkich. Dokładnie w miejscu, w którym siedziałem było cały czas sucho. Całe przedstawienie było dopracowane w najmniejszym szczególe. Doskonale dostrojone czasy skoków z muzyką i reakcją publiki i trenerów. To, że ktoś wpadł z widowni do wody też było ustawione. Przebrana trenerka. Ale było ciekawie. Niezapomniane przeżycie.
Wyszliśmy z uśmiechniętymi mordami. Dokładnie tego się spodziewaliśmy. W międzyczasie zaliczyliśmy pingwinarium i akwarium z rekinami. W tym ostatnim wspaniale zorganizowano kanał dokładnie w akwarium. Żeby można było pooglądać pływające rekiny wszędzie wokół.
Drugim przedstawieniem było przedstawienie Shamu. Orki. Ona, wraz z czterema innymi wyczyniały cuda. I dokładnie tak poprzednio, mimo siedzenia w rzędzie "grozi zalaniem" wyszedłem suchy. Ale szczęśliwy. Doskonale zorganizowano przedstawienie. W najmniejszym szczególe. I znów nie zawiodłem się ani o ksztynę. Znacznie lepsze niż to, co się widzi w telewizji. Doskonale wytrenowane, doskonale dostrojone i zsynchronizowane. Byliśmy już pewni, że nie wywaliliśmy pieniędzy w błoto. Było warto. Ale przecież to nie koniec.
Przygoda arktyczna też była warta zachodu. Co prawda było więcej wystawki niż zwierząt (jak misie polarne, czy morsy), ale było ciekawe. Całe oglądanie zaczyna się od małęgo przedstawienia. Niby helikopter i oczywiście ruchome siedzenia. Naprawdę człowiek czuje, jakby leciał helikopterem. Doskonale przygotowane. Byłem bardzo zadowolony.
Trzecie przedstawienie było już raczej przygotowane dla dzieci. Ale równie dobrze przygotowane. Lwy morskie były superowe. Skaczące, salutujące. Cieszące oko. Bardzo dobrze przygotowana historyjka i dobra obsana. Komicy połączeni z trenerami? Piękne połączenie.
Na koniec zostały nam już tylko tanie rozrywki. Jak "kolejka górska" po wodzie (w końcu coś mnie zmoczyło) i na koniec prawdziwa kolejka wodna. Tutaj to już mnie przemoczyło do szpiku. Szczególnie, żę ci szaleni Amerykanie wystawili dwa malutkie urządzonka, gdzie za 25% można postrzelać z działka wodnego prosto w uczestników wycieczki. Prawie całą armatę przyjąłem na klatę.Dobrze, że auto ma dobre grzanie.
Jedynym minusem były ceny jedzenia. Dlatego pod koneic dnia zwinęliśmy się na jakiś porządny obiadek. Ewelina wyszukała na sieci chiński bufet, który udało nam się bez trudu znaleźć. Polecany. W sumie nic dziwnego. Płacisz za napoje + 12 dolców. W tych dwunastu dolcach jest bufet w stylu = wszystko co zmieścisz w żołądku. Jezu. Było wszystko. Kurczak zrobiony na wszystkie możliwe sposoby, pieczona wieprzowina... no i specjalności - homary, sushi, żabie udka, krewetki, ośmiornice, małże... do tego masa dodatkó, owoce i masa ciast... plus lody. Wyżera w prawdziwym, amerykańskim stylu...
Wspaniały koniec dnia.
Amerykańska ekologia
"Hej!", krzyknął towarzysz niedoli zmierzając do kącika palacza skrótem przez trawnik. "Jak leci w ten chłodny dzień?". Też mi chłodny. Piętnaście stopni w środku stycznia. Na mojej buźce wykwitł znany już wszystkim grymas półuśmiechu. "Kurde, znów zmoczyłem sobie buty" stwierdził otrzepując się po spacerze zieloną trawką. Nawadniana codziennie przez pracowitego ogrodnika wygląda uroczo. Zieleni się swoją zielenią i wiecznie błyszczy od wody, której przecież w tych rejonach jest jednak na lekarstwo.
Chyba to jest tak niesamowite w tym dziwnym kraju. Zupełnie jakby zapomnieli o jakiejkolwiek ekologii. Samochody palą astronomiczne ilości paliwa. Leją słodką wodę na wszystko i wszędzie. Całe miasto świeci jak choinka każdego wieczoru. Człowiek czuje się jak w dzień.
Cały czas wrzeszczą w telewizji, żeby uważać na to i na tamto. Zupełnie jakby ci ludzie nie mieli żadnego wyczucia. I chyba nie mają.
Przychodzisz do supermarketu, którego jesteś stałym gościem i dostajesz piękną kartę. Na zniżki. Ale na słodki dodatek dostaniesz jeszcze wypożyczalnię wózków do dyspozycji. Zupełnie jak dla inwalidy, którym się stałeś, kiedy twoje dupsko wyrosło poza standardowy rozmiar siedzenia. Elektryczny silniczek zawiezie Cię gdziekolwiek byś nie chciał. Będziesz wrzucał do swojego przepastnego koszyczka cokolwiek Ci się zamarzy, licząc na kalkulatorze kalorie i ceny.
Z drugiej strony ekologiczne jedzenie też istnieje jedynie na kolorowych reklamówkach. Wszędzie błyszczą literki "bez tłuszczu", "bez cukru". Pakowane jest też wszystko. Przysmaki w stylu przesolonego mięsa i przesłodzonych napojów.
Ale żeby jeść suszoną wołowinę jak chipsy!?!?
Płacenie
Dlaczego ci dziwni Amerykanie wymyślili sobie ceny bez podatku? Za każdym razem, kiedy próbujesz coś kupić widzisz cenę netto. Mając tylko drobniaki w kieszeni nigdy nie wiesz ile zapłacisz. I jak tutaj jest z tym kupowaniem na styk? Wszystko ma inny podatek. Frustrujące. Słyszałem przecież, że ci Amerykanie to tylko lubią sobie upraszczać życie, a nie je komplikować. Za kilka klepakó kupujesz program komputerowy, który za ciebie wypełni wszystkie zeznania podatkowe, jak tylko odpowiesz na kilka prostych pytań. A z drugiej strony idziesz sobie kupić bułkę za ostatnie klepaki z kieszeni i nawet nie wiesz czy ci styknie szmalcu.
Jak to mawiał kiedyś Obelix... Ale głupi ci Amerykanie...
Bardzo zły dzień (lepszy jedynie od pierwszego dnia tutaj)
"Tu jest zielono, wiem. Ale tylko dzięki człowiekowi", stwierdził jeden z pracowników firmy, do której przyjechałem. Faktycznie. Wszystkie zielone strefy są pielęgnowane i nawadniane sztucznie. Skoro pada tu może przez miesiąc-dwa w roku (w każdym z tych miesięcy po kilka dni), to trudno się dziwić. Inaczej wszystko by tu uschło i pustnia dotarła by i tutaj. W sumie daleko nie trzeba szukać. Wystarczy kilka kilometrów za miasto i już. Jesteśmy na terenie, gdzie o wodzie to się opowiada.
Najbardziej rozbawiło mnie to, kiedy pojechaliśmy jeść do pobliskiego centrum żywieniowego. W większości obleganego przez pracowników firmy, do której przyjechałem. Jest tu tego kilkanaście ładnych budynków. Istny kampus.
Siedząc i wcinając gyrosa (tutaj smakuje zupełnie inaczej i w sumie nie jest taki drogi) zobaczyłem małego ptaszka. Ciężko mi stwierdzić co to było. Było trochę podobne do wróbla, ale tylko z pozoru. Zupełnie inne upierzenie. I kompletnie inne zachowanie. Ten koleś po prostu upatrzył sobie mój talerz! Nic dziwnego, że są tu ptaki. Może i nie ma owadów, ale tutaj ptaki karmi się jak bezpańskie psy!
Zszokowany wracałem do samochodu. Zapakowałem całą ekipę do środka i szybko pojechałem z powrotem do firmy. W czasie jazdy zobaczyłem małą żółtą karteczkę powiewającą mi za szybą. Jak tylko dojechaliśmy na parking, wyskoczyłem z auta i chwyciłem z ręką na sercu.
Mandat?
Nic z tych rzeczy. Ktoś mnie przeprasza za zniszczenie mi wozu i zostawia parę notek informacyjnych.
Zniszczył?
Jak to zniszczył???
Gdzie!?!
Pochylam się przy drzwiach i...
Na pierwszy rzut oka nic nie widać. Może dlatego, że facet jest artystą. Równiutko przez całą długość samochodu zrobił mi rysę. Tak idealnie, że bardzo pięknie wkomponowała się w linię samochodu. Jakby była do tego zaprojektowana! Teraz to dopiero będzie problem, żeby załątwić wszystkie sprawy formalne, wymienić samochód itp. Nadzwoniłem się jak dziki, wyciągając od kolejnych osób coraz to ciekawsze informacje. W końcu dowiedziałem się, że wymienią mi samochód bez problemu i nie mam się czym martwić, tylko zapakować się w auto i pojechać wymienić samochód.
Nie mogę powiedzieć, że poczułem ulgę, bo bym kłamał w żywe oczy. Ale podnieciłem się przynajmniej, że dostanę inny samochód. Coś innego, najlepiej amerykańskiego, czym będę mógł pojeździć.
Ochoczo, zaraz po pracy wyruszyłem w podróż na lotnisko, koło którego była wypożyczalnia. Wjechałem gdzie trzeba, wypełniłem papiery i radośnie, z tobołami pod pachą, pobiegłem wziąć coś innego w zamian.
"Może być BT Cruiser?" Oczywiście, że może. Nie wiem co to, ale miła to odmiana. Taszcząc tobołki dotarłem do odpowiedniego stanowiska i wpakowałem się do ogromnego, typowo amerykańskiego krążownika. Bydle potworne. Już mi się nie podobało, no ale cóż. Jak auto to auto. Podjeżdżam do bramki, strażnik sprawdza papiery...
"Pan ma niewłaściwy samochód". Znowu!? Czy ten dzień się nigdy nie skończy???
Zawracanko, odstawianko, nawarot do obsługi. Nie było więc nic innego jak pontiac. Taki sam jak miałem. I znów BIAŁY! Nie narzekajmy jednak na świat. Wróciłem do domu, wypakowałem sprzęta.
Nieszczęścia jednak chodzą parami. Pamiętam, że brałem z samochodu kartę wstępu na parking. Ale zdaje się, że ją zgubiłem. Pewnie wypadła mi gdzieś pomiędzy rzędami wielkich aut. Przepadło. 20 baksów w plecy. Nie żeby było za szczęśliwie. Do tego mogą mi kazać płacić za paliwo, którego nie zatankowałem do tego bydlaka, co mi go jakiś Hindus strzaskał. Niby się nie zorientowali, ale cholera ich wie. To jest jednak bardzo zły dzień.
Olawszy cały świat, wyszedłem na balkon zapalić papierosa. Odpocząć i ukoić nerwy wypatrując w puste ulice, zapadającego w mrok San Diego. Spokój Bazylku. To już wszystko za tobą. Niczego już nie zmienisz.
W tym momencie włączył się stojący na balkonie klimatyzator z takim impetem, że prawie wypadłem przez barierkę ze strachu.
To nie niebo spada mi na głowy. Tylko wkurw na rozum.
Osrana sprawa
Znacie to miejsce, gdzie nawet król chodzi piechotą? Chwytasz książkę. Na przykład wojenną, gdzie właśnie rozgrywa się wielka bitwa na morzu. Pochłania cię ona bez reszty. W pełnym napięciu wczuwasz się w akcję przy akompaniamencie armatnich wybuchów i szumu morza. Zatapiasz właśnie kolejny statek i już wiesz, że pora wstawać, kiedy okazuje się, że jesteś mokry nie tylko od potu.
Poziom wody w ustępnie przekracza wszelkie dopuszczalne Europejskie normy. Wcale nie znaczy, że jest zapchany. On taki jest po prostu z natury. A jego naturą jest dostarczyć Twojemu siedzeniu darmowy prysznic przy każdym posiedzeniu.
Podnosisz się i rozglądasz za papierem. Ciekawe mocowania rolek. Obracają się tak, że zawsze kończą na tej samej stronie. Dzięki temu nigdy nie będziesz musiał szukać końcówki. Zawsze będzie zwisała w dół. Problem w tym, że papier jest tak cienki, że żeby nie uświnić sobie rąk trzeba się bezpośrednio podcierać całą rolką.
Kiedy w końcu uda ci się wydostać z tego pomieszczenia z czystym tyłkiem i pustymi trzewiami, klikasz w przełącznik światła... i nic. No, może poza tym, że właśnie włączyłeś światło w przedpokoju. Jesteś w Ameryce, stary! Tutaj włączniki światła zawsze są W pomieszczeniu. Nawet w toalecie.
I zawsze pamiętaj włączać światło odpowiednio wcześnie, bo nim się rozpali typowe kiblowa jarzeniówka zdążysz zrobić nawet szybką kupę. Więc jak naprawdę cię ciśnie, weź ze sobą świeczkę.
Windowswcale nie tm
Amerykański styl życia jest tak sławny w Europie że wszyscy się prześcigają w próbach naśladowania go. Momentami ciężko to zrozumieć. Weźmy za przykład amerykańską pracę biurową.
Kiedy najmujesz się do pracy jako typowa mróweczka. Jedyną szansą dla ciebie jest praca w wielkiej hali oddzielony tekturową ścianką kończącą się na wysokości gardła albo.... niewielkim pokoiku zaszytym w czeluściach budynku tam, gdzie nie dociera żadne powietrze poza tym wydychanym przez dysze klimatyzacji i żadne światło poza żarówką. Innymi słowy - żadnych okien.
Kiepska perspektywa, prawda?
Później, kiedy uda ci się w jakiś cudowny sposób awansować (bo jest to trudne) masz pewne nikłe szanse, że dostaniesz pokój z jednym oknem. Wreszcie będziesz wyglądać przez okno marząc. Przynajmniej w wolnym czasie, którego teraz będziesz mieć znacznie więcej. Po kolejnym awansie będzie cię już stać na dwa okna w pokoju, a jako manago wyższego szczebla będziesz w końcu mógł doświadczyć tego wspaniałęgo uczucia zasiadania w biurze narożnym.
Znając te prawdy trzeba zastanowić nad dwoma bardzo ważnymi sprawami. Po pierwsze - w jaką stronę idzie nasza futurystyczna architektura, która buduje wysokie, powykręcane wieżowce, gdzie narożników jest więcej niż pięter? Przecież prostą drogą dedukcji można wywnioskować, że w takowych będzie więcej miejsca dla managerów niż pracowników - mrówek. Od razu przychodzi mi na myśl kajak z jednym wioślarzem i czterema sternikami.
No i jest jeszcze ta druga sprawa.
Dlaczego Windows™ nazywa się właśnie Windows™?
Więzienie
Siedzę przy balkonie wypatrując ludzi na ulicach. Bezskutecznie. Czasami ktoś przewinie się przed jedną z restauracji. Wychodzą do domu albo zapalić. To jedyna metoda na palenie tutaj - wyjść na zewnątrz. Z szóstego piętra niewiele można zobaczyć. W późne popołudnie, takie jak teraz, kiedy słońce zostaje już zastąpione przez księżyc, jedyne co tak naprawdę widać, to światła tego miasta. Reflektory samochodów, szyldy różnorakich instytucji i lapmy uliczne oświetlające pustoszejące ulice i wiecznie bezludne chodniki.
Przed chwilą wróciłem ze spaceru po okolicy. Byłem jedynym piechurem. Tutaj jedyne drogi jakie się przebywa to od samochodu do drzwi budynków. Siedząc na murku przed moim hotelem często widuję ludzi. Różnej maści. Uwielbiają rozmawiać, więc często jestem zaczcepiany.
Tamten co idzie to szef małej firemki programistycznej. Robią na zlecenie. Głównie dla Europy, ale i tutaj czasem coś się znajdzie. A tamta dziewczyna to turystka. Przyjechała z chłopakiem z Bostonu. Ciągle nie może uwierzyć, że u niej sypie śnieg, a tutaj co rano wychodzi ciepłe słoneczko na bezchmurne niebo. Tamten facet to tutejszy boy hotelowy. Dziś nie jest na służbie. Przyszedł pozabierać parę swoich książek. Zapomniał zabrać, schodząc ze zmiany. Studiuje matematykę. Jest niezły, ale nie lubi komputerów. Myśli o czymś humanistycznym po tym co robi. Praca tutaj to jedyny sposób, żeby pokryć koszty nauki. Ale nie tylko. Podjechał pod hotel nowiutkim Lexusem. Kupił całkiem niedawno. Tutaj to normalne. Szczególnie w Kalifornii.
Całę towarzystwo ruszyło dziś na zakupy. Ja odsypiałem tydzień. Nadal nie przestawiłem się na nowe godziny dnia. Wykańcza mnie to. Teraz siedząc przed komputerem zaczynam poważnie tęsknić za domem. Tutaj czuję się obco. Brakuje mi ludzi, z którymi zwykłem spędzać czas. Zawsze byłem samotnikiem, ale tutaj to zaczyna już przekraczać wszystkie znane mi granice. Nie jestem stąd. Napięcie w firmie jest ogromne. Pomiędzy moją, a tą do której przyjechałem rosną mury. Blokady polityczne, mentalne. Różnice poglądów. Nie przeszkadzało by mi to specjalnie gdyby nie fakt, że nasz obóz też jest podzielony. Są Niemcy, którzy są tutaj najważniejsi. Trzymają się razem. Polski obóz też jest tak naprawdę podzielony. Jest reszta i jestem ja.
Tak po prawdzie, to jestem w więzieniu. Wiezieniu uplecionym z obcego kraju, politycznych zagrywek, podejścia do życia innych i mojego własnego ja, które nie dopuszcza do siebie zbyt wiele.
Przywykłem.
Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić.
Do więzienia również.
Pytania
- Dlaczego samochody, kiedy mają włączone światła, świecą też migacze? A tylne migacze są czerwone?
- Dlaczego mimo, że wody jest tutaj od diabła i trochę a zieleni też nie brakuje w całym mieście nie znajdziesz żadnego robaka/owada ?
- Dlaczego światła dla pieszych są białe i świecą się 5 sekund, nawet jak droga przez jezdnię zajmuje truchtem 15?
- Dlaczego kierunkowskazy drogowe są mocowane po drugiej stronie skrzyżowania, na którym chcesz skręcić?
- Dlaczego kółka wózków sklepowych z tyłu nie skręcają?
- Dlaczego chodniki są węższe od wózków inwalidzkich?
- Dlaczego jestem w Ameryce a spotykam tylko Chińczyków i Hindusów z małymi wyjątkami latynosów?
Plastiki
Pocę się jak świnia. Leje się ze mnie pot, kiedy jako jedyny idę dwie ulice dalej, żeby zrobić sobie zdjęcie do identyfikatora. Próbowałem spytać o drogę sekretarki w naszym budynku, ale zaczęła mi tłumaczyć jak tam dojechać samochodem.
Dwie przecznice?!
Dziś trzeba znów zaliczyć wieczorny basen z Jacuzzi. Raczej nie będę się wybierać na plażę. Nie dziś. Nie znam i tak drogi. Spróbuję w weekend. Muszę też pojechać do parku Balboa. Obejrzeć conieco.
Pot coraz bardziej zalewa mi plecy. Na niebie nawet jednej chmurki. Niebo wygląda jak wycięte z kartonu. Sztuczne, plastikowe sterylnie czyściutkie niebo i słońce uderzające promieniami we wszystko. Biały samochód, którym jeżdżę świeci się jak psu jaja. Nic dziwnego, że jest taka pogoda - mówi mi boy hotelowy. Środek zimy. Ale już niedługo będzie lepsza pogoda. Takie 30 stopni w cieniu.
!!!
Chyba jednak cieszę się, że jestem tu w... hm... zimie?
Dochodzę do końca wąskiego chodnika. Wszystkie tutaj są takie. 50 cm szerokości... no... może nawet metr. Po co więcej? Tutaj każdy wozi tyłek nawet jedną przecznicę. McDonalds ma obroty na McDrive'ach. W środku prawie nikt nie siedzi. Nie polecam. Nasz McDonalds ma jednak jeszcze zjadliwe żarcie. Tutaj to już jest zupełny zawrót głowy, a jedzenie tak sztuczne, że lepszy w smaku jest plastikowy kubek, z którego co rano piję kawę. Znów trzeba poszukać jakiejś chińskiej restauracji. Przynajmniej tam, za parę zielonych, można zjeść coś, co my nazywamy jedzeniem.
I nigdy pizzy. Wygląda tutaj jak talerz. Smakuje podobnie. I też nie jest za duża. To po prostu plastikowy talerz z sosem pomidorowym i dużą ilością sera, który przez to swoje ciągnięcie upieprzy każde ubranie wokół. Nie tylko jedzącego.
"Kolę do tego proszę" wołam do ładnej Chinki stojącej za ladą. "Ale nie dietetyczną." dodałem, kiedy sięgnęła nie do tego kurka co trzeba. Zdziwiła się. Tutaj przecież wszyscy uważają na to, żeby nie przytyć. Dlatego w sałatce z tuńczykiem, który je mój szef jest więcej majonezu niż koli w moim kubku. I oleju oczywiście. Podobno chcieli mu do tego wcisnąć frytki. Przecież wszyscy tak to tutaj jedzą.
Pociągnąłem spory łyk. Niedobre. Wszystko tutaj ma taki sam posmak. Nawet papierosy. Skąd oni się urwali? Żeby kola miała plastikowy smak?
Chociaż... z drugiej strony może dla ich plastikowych ust w plastikowym uśmiechu to po prostu naturalna, plastikowa kolej rzeczy.
Nocny basenik
Z przyjemności delegacji
Kąpiel w basenie na dachu hotelu w ciepły wieczór naprawdę odpręża.
Z cyklu "frustracje obcokrajowca"
Tylne kółka supermarketowego wózka nie skręcają się. Ułatwia to bardzo wjechanie w tłustą dupę klientki grzebięcej na półkach z czipsami.
Kolejny dzień w San Diego
Rzeczy powoli się klarują. Mam bagaż, choć jest to dość neizwykłe, że nikt go nie zawinął po drodze. Kiedy przyjechałem na lotnisko opierniczyć cały ten bajzel (nie otrzymałem bagażu do hotelu we włąściwym terminie), odnalazłem swój bagaż, który zwyczajnie sobie leżał i czekał na lepsze czasy. Zszokowany w końcu trafiłem do hotelu, wykąpałem się i przebrałem.
Od razu poczułem się lepiej.
Mając już świeże gacie na tyłku i pokój hotelowy, zacząłem się rozglądać wokół. Świat tutaj jest nadzwyczaj dziwny.
Co się rzuca w oczy od razu to trawniki. Zadbane do granic możliwości. Nie ważne, czy są prywatne (one są tylko bardziej zielone), czy publiczne przy krawężniku. Wielkie drogi, ogromne samochody (żadnych staroci - kaszlaków, czy innego szaleństwa), wielkie palmy i temeratura dość niezwykła jak na środek stycznia.
Podobnie jest z kobietami. Niezwykle łądne jak na amerykańskie standardy. Może to dlatego, że jestem w kaliforni. Sam nie wiem. Uśmiechy przyklejone do twarzy wszystkich. Wszyscy pytają jak się miewam i oczekują (o dziwo!) odpowiedzi. Zawsze tej samej - jest dobrze, dzięki że pytasz.
Podobnie jest z paleniem. Jest zabronione praktycznie wszędzie. Owszem - można palić na ulicy, ale nie ma tam śmietników. A spróbuj tylko rzucić peta na ziemię, to zaraz cię zwiną za złamanie jakiegoś tam paragrafu. Hotele klimatyzowane zabraniają palenia grożąc grzywnami za zniszczenie mienia (podobnoż tak jest). I ten zapach. Jodu pomieszanego z paliwem lotniczym, któego opary unoszą się z lotniska na teren całego miasta.
Jest drogo. Ale nie tak bardzo, jak się spodziewałem. Zjedzenie czegoś na mieście nie graniczy z pojemnością portfela. Korzystam z gotówki, bo wypłaty zagraniczne są drogie w moim banku. Chyba po tym widzą, żem nie stąd. Tu się nawet za zapałki płaci kartą. Nieprawdopodobne przeżycie.
Zrozumiałem też czemu poinformowano mnie jakie tutaj w obiegu są monety. Monety są... różne rozmiarami. I koniec. Spróbuj się na nich doszukać nominału! Szybciej znajdziesz muchę na dwumetrowej ścianie. Płacąc za obiad na prawdę nie wiedziałem czym mam płacić. A miało być tak prosto.
Mimo całej sztuczności miasto zdaje się przyjazne. Przyklejone uśmiechy do twarzy przechodniów sprawiają wrażenie naturalnych. Pytania o zdrowie również zdają się jakieś takie zwyczajne i naturalne. Jakby naprawdę im zależało na prawdziwej odpowiedzi. Zakłamanie miesza się z naturalnością. Jakby faktycznie byli wszyscy zakłamani z natury. Nie jest to do końca prawdziwe. Przecież jakoś pewne sprawy trzeba rozwiązywać.
Siedząc teraz w firmie i kończąc dzień pracy zastanawia mnie jeszcze tylko jedna rzecz.
Jak tutaj znaleźć drogę do domu w tym ogromnym mieście, gdzie każda droga wygląda tak samo?
Podróż
Pomimo, że jestem już na miejscu spokojnie mogę powiedzieć, że moja podróż jeszcze się nie skończyła. Ostatnia doba pokazałą się być nielada koszmarem dla mnie. ZUpełnie jakby ktoś bardzo nalegał, żeby udupić moje nmalutkie jestestwo.
Zaczęło się niewinnie. Dziamgata dziamdziunia z biura Chuj-Wie-Jakiego zajmująca się przygotowaniem mojego planu podróży raczyła zapomnieć, że istnieje coś takiego jak czas przesiadki dzięki czemu na samolot w Monachium do Chicago ledwo zdążąyłem pędząc na złamanie karku na bramkę "przecież tego samego terminalu" długie kilometry.
To nie był jednak koniec mordęgi. W Chicago kolejka odprawy celnej wyglądała zupełnie jak kolejka po darmowe mięso w Polsce. Była długa, kręta iw cale nie psotępowała. Do lotu do San Diego mieliśmy jakąś godzinę i koniec. Nie było szans, zeby zdążyć na ten samolot szczególnie, że jeszcze musiałem odprawić drugi raz bagaż (posrane amerykańskie prawo). Mimo to, jakiś niesamowitym fartem dorwałem się do bagażu, nadałem go znów już na terenie Stanów do San Diego, dobiegłęm do kolejki, co mnie zawiozła na włąściwy terminal i wsiadłem do samolotu do San Diego. Na styk.
Jak się okazało nie dla wszystkich na styk.
Moje kochane bagaże zostały w Chicago, dzięki temu teraz siedzę sobie brudny jak siedem nieszczęść, nie spawszy dwie pełne doby, czekający na jakąś popierdoloną cipcię co zjebała moją rezerwację do hotelu i drugą cipcię co mi przywiezie zgubiony bagaż. Chwilowo brudny, zmęczony i zgłodniały jednej małej fajki (tu nie ma stacji benzynowych. Jak chcesz je znaleźć to trzeba sobie je wyczarować) siedzę tę przeklętą drugą dobę i zastanawiam się nad jedną rzeczą.
No i jedno jest pewne - nigdy więcej nie jadę na żadną delegację, skoro jedyne co potrafią mi załątwić to stres. Innymi słowy - jebcie się na ryj, panie i panowie.
Początek przygody
Mam wszystko. Bilety, rezerwację hotelu, ciuchy spakowane, kasę i kartę wynajmu samochodu. Jestem gotów do podróży. Start jutro o godzinie 12.50. Trzymajcie kciuki. Przygodę czas zacząć.


