Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

DISKLEJMER

Chwilowo brak disklejmera :P

-- Bazyl

Chłopak z miasta

Chyba taki polski tytuł miałaby ta książka.
Dostałem ją w prezencie urodzinowym. O czym jest? Opis mówi wszystko.
Po przetłumaczeniu na polski, brzmi on tak:

Kim jest chłopak z miasta? To ten zuchwały krawaciarz z gazetą pod pachą, który pcha się na Ciebie w metrze. To ten egoistyczny pajac, głośno chełpiący się "ile to on nie zarobił wczoraj" na rynku na każdej możliwej imprezie. To chciwy, bezwzględny kretyn, którego działania jedynie przyspieszają degradację tego świata. Przez pewien okres mojego życia - był mną.


Już pierwszy rozdział wciska w fotel :) Może powinienem się zająć tłumaczeniem tej książki na ojczysty język. Bo napisana jest super ;)

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Pieprzenie ; 09 sierpnia 2008 13:05:54.

Garbowana skóra

Życie sprawia, że albo się łamiemy, albo mamy coraz grubszą skórę.

Moja chyba jest jakaś garbowana. Chyba ją sobie pożyczyłem od kogoś i jak już się znosiła całkiem, to nie mogę się z nią rozstać.

Sprawa - cienizna, ogólnie rzecz biorąc. Wszystkie zdarzenia jakby trochę zbyt duże piętno na mnie odciskają. Przeznaczenie daje mi się we znaki i jeszcze nie do końca wiem dlaczego.

Emigracja, której rozdział zamknę za kilka tygodni, zdecydowanie wiele mnie nauczyła. Nie tylko o tym jak przeżyć w miejskiej dżungli jaką jest Londyn. Nie tylko czym jest tolerancja, czy też jej brak.

Zaczęła budować mi pewnego rodzaju charakter. Nauczyła mnie mnóstwa rzeczy o mnie samym.

Innymi słowy, swoje na tyłek zebrałem.

Życie lubi się komplikować, co oznacza tylko tyle, że wracam z większą ilością problemów niż wyjeżdżałem. Niektóre z nich zdają się tak duże, że może nawet mnie złamią w pół. Ale chwilowo jeszcze je dźwigam.

Wbrew pozorom najtrudniejszą rzeczą na świecie nie jest jakieś konkretne działanie, ale samo podejmowanie decyzji. Czasem w sprawie mniejszego zła, lub większego dobra. Czy też pomiędzy neutralnymi rozwiązaniami. O ile ten ostatni przypadek jest w miarę prosty, to pozostałe są otoczone ogromem emocji, które zaciemniają nam perspektywę.

Zazwyczaj bardzo skutecznie.

Jest jeszcze jedna rzecz, której mnie ta Emigracja nauczyła.

Każda osoba na świecie posiada swój własny system wartości. I w końcu udało mi się poznać swój.

Czy na moje szczęście, czy nieszczęście to się dopiero okaże.

6 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 05 sierpnia 2008 16:11:31.

Przeznaczenie

Nie ma przypadków na świecie.
Każde zdarzenie było nieuniknione.
Inaczej, przecież, by się nie zdarzyło.
To w jaki sposób czerpiemy doświadczenie z tego, co już miało miejsce jest zazwyczaj naszym sposobem na życie. Lecz bez względu jakie ono jest, brniemy w to dalej dopełniając własnego przeznaczenia.

Którego zawsze i niezmiennie jesteśmy tak samo nieświadomi.

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 26 lipca 2008 05:47:16.

Plaster dizaster

I stało się. Bazylek obudził się pewnego pięknego dnia z takim kaszlem, że powiedział - "Pora rzucić to gówno".

Plan był prosty. Najpierw pozbyć się typowych nawyków, jak palenie w pracy, czy w drodze do/z. Palić okazjonalnie, a w końcu rzucić całkiem.

Plan okazał się tylko planem. Pierwszy dzień w pracy był zwyczajnym koszmarem. Po powrocie do domu stwierdziłem, że muszę zapalić. Tom zapalił. I małom się nie udusił.

Fajki i wszystkie zapalniczki poszły w śmietnik. Zasada prosta - rzucam całkiem i to od razu! Zakupiłem wspomagacza w postaci plasterków nikotynowych i zaparłem się w sobie.

Jako człowiek o słabych nerwach i psychice miałem z tym nie lada problem. Kryzysy miewałem często. Żreć mi się chciało non-stop. Ale nie chciałem rzucać palenia kosztem mojej, już i tak nieco zbyt krągłej, figury.

Połączyłem w rezultacie jedno z drugim. Ćwicząc Weidera zakasływałem organizm i chęć na papierosa odchodzi jak ręką odjął. Dziś mija tydzień mojego niepalenia.

Przede mną jeszcze przynajmniej 3 miesiące męczarni. A potem całe życie pilnowania się.

Ale chyba warto, nie? :P

15 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Batalie Pieprzenie ; 08 lipca 2008 11:19:14.

W pogoni za szczęściem

- Ty, stary, masz dopiero fart - stwierdził kumpel z pracy, zaciągając się papierosem. Siedzieliśmy sobie grzecznie na ławeczce w czasie przerwy "na dymka". Rozważaliśmy to i owo na temat tego, co może przynieść nam szczęście.
- Chociaż - zaczął się poprawiać. - To nie tyle o fart chodzi, co o jaja jakimi dysponujesz.
Zgubiłem się nieco. Chyba nie do końca zrozumiałem o co mu chodzi.
- Możesz być bardziej szczegółowy? - zapytałem. - Za nic w świecie nie kumam o co ci biega.
- Jak to nie kumasz - zapytał zdziwiony. - Od dwóch lat żyjesz w obcym sobie kraju i radzisz sobie znakomicie. Spędziłeś kupę czasu w słonecznej Kalifornii. Prawdopodobnie jeszcze nazwiedzasz parę miejsc w sposób inny niż na turystyczne pocykanie sobie zdjęć. To jest fart!

W końcu załapałem o co mu chodzi. I po troszkę miał rację. Facet jest typowym Brytyjczykiem. Urodził się tutaj, wychował, pracował większość życia w Cambridge. Teraz, szczytem ryzyka dla niego okazała się przeprowadzka do Londynu. Wielkiego miasta z masą ludzi każdej maści.

Jest z tego powodu strasznie szczęśliwy. Dumny, że udało mu się tego dokonać. Ale marzy mu się coś więcej.

- Przyjechałeś tutaj znając więcej niż swój język - kontynuował. - Potrafiłeś się tu znaleźć, osiedlić i oswoić z kompletnie inną rzeczywistością. Prawdziwa przygoda! Też bym tak chciał!
- To w czym problem, stary? - zapytałem.
Myślałem, że zaksztusi się śmiechem.
- Facet! Nie mam na to jaj!

Pytanie zatem, czy ja je mam? Chyba raczej nie. On starał się wszystko zaplanować. Zupełnie jak i ja. Ale życie to nie plan. Jak śpiewał kiedyś Lennon - Życie to to, co Ci się przytrafia, kiedy zaczynasz mieć plany.

Teraz planuję powrót do kraju. Na razie idzie nieźle. Trzymam się planu. Zacznie się moja nowa przygoda. Kolejna pogoń za szczęściem.

Ale czy to wszystko uczyniło mnie szczęśliwym? Bogatszym w doświadczenia - tak. Szczęśliwym?

Nie, zdecydowanie nie. Bo, jak widać na załączonym obrazku - szczęśliwym uczyniłoby nas to, na co nie mamy odwagi.

6 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Pieprzenie ; 16 czerwca 2008 12:37:48.

(Fr)Agile

Ostatnio coraz częściej zderzam się z ludźmi wierzącymi, że mają doskonałe pojęcie czym jest Agile. Zaglądam nawet na wikipedię i zwyczajnie oczom nie wierzę.

Agile zrobił się modny. Wszyscy chcą go używać i jednocześnie wszyscy doskonale wiedzą czym on jest. Problem w tym, że każdy sądzi podłóg siebie, definiując czym jest Agile po swojemu. Takie budowanie wielkiej teorii z niczego. Znajomy podsumował, że konstruują śmierdzącą kupę, pakują ją w celofan i ziu...

To był może niesmaczny cytat, ale jakże trafny.

Odkąd zacząłem pracę w Wielkiej Brytanii, każda firma, dla której pracowałem chwaliła się tym, że Agile wprowadza do swoich procesów biznesowych. Przywykłem nazywać te mutanty Fragile, bo dokładnie tym są. Wielką, śmierdzącą kupą, robiącą więcej zamieszania niż pożytku.

Ponieważ jednak - tak samo jak inni - mam swoją własną teorię na temat jak to działa, a co gorsze - używałem tego z powodzeniem w dużej firmie, może podzielę się swoimi spostrzeżeniami na ten temat.

Agile NIE JEST procesem tworzenia oprogramowania. Jest jedynie WSPARCIEM istniejącego procesu. Teoria głosi kilka podstawowych zasad:

  • Programista nie ma pojęcia w ile jest w stanie wykonać dane zadanie
  • Manager kocha się rządzić i nie znosi słuchać, że coś jest trudne albo zajmie więcej czasu, niż on sobie wymyślił
  • Zmiany last-minute są zawsze do dupy i zawsze psują smaczek pracy w tym zawodzie

Agile nie robi nic innego jak stara się rozwiązać te trzy podstawowe problemy. Z powodzeniem rozwiązuje dwa z nich. Trzeci traktuje troszkę po macoszemu.

Podstawową jednostką pracy w Agile jest SCRUM Team. Zespół ludzi pracujący nad danym fragmentem, bądź też całością kodu. W takim zespole wyróżnia się dwie nietypowe postaci. SCRUM Master ma za zadanie pilnować, żeby ludzie nie skakali sobie do gardeł. Pilnuje, żeby trzymać się reguł, ale nie posiada decyzyjności jako takiej. Product Owner jest przedstawicielem managementu, który chce wszystko i na wczoraj. Licytuje się z resztą zespołu co i na kiedy może być zrobione.

Podstawową jednostką czasu wykonania grupy zadań jest Sprint. Różne firmy, w zależności od natury projektu, wielkości zespołu itp. definiją sprint jako różne okresy. Ogólnie przyjęty jest miesiąc. Początkujące zespoły powinny jednak skracać go do dwóch tygodni. Czemu - wyjaśnimy sobie zaraz.

Przed rozpoczęciem sprintu, zespół licytuje się z Product Ownerem co ma być wykonane w danej jednostce czasu. Product Owner przedstawia żądania. Zespół funkcjonalności do zaimplementowania. Zespół, z pomocą SCRUM Mastera dzieli podane grupy funkcjonalności (backlog items) na pojedyncze zadania (backlog tasks). Podział powinien być dośc drobny, ale nie ZA drobny. Żeby jasno definiował jak coś będzie wykonywane.

W tak zwanym międzyczasie, Product Owner definiuje priorytety grup (backlog items). Zespół natomiast definiuje czasochłonność, mając na uwadze ile jest do wklepania i na ile trudne/skomplikowane jest to zadanie. Obciąża zadania (backlog tasks) liczbą wykonywalności (story points). Najczęściej używaną sekwencją liczb, są liczby Fibonacciego. Banalniackie zadanie - 1, proste - 2... Później 3,5,8,13... czasem używane jest 21, ale to już BARDZO rzadko.

Kiedy zespół dopiero obywa się z Agile, przyjęło się wybierać najprostrze zadanie z listy (backlog) i obciążać go wartością 2. Każdy kolejny krok przydziału ma referencję do innego prostego zadania. 1nki zdarzają się niezmiernie rzadko. Tak samo jak 21nki... 13 zazwyczaj określane jest jako - szalenie skomplikowane, ale wiemy co robimy. 21 natomiast jako nie mam bladego pojęcia. 21 to taka czerwona lampka, że zadanie powinno zostać podzielone na mniejsze dla jasności i teoretycznie (w praktyce w sumie również) nie powinno mieć miejsca.

Po przydziale punktów (story points) zespół licytuje się z Product Ownerem co wykonają w danym sprincie. Czasem dochodzi nawet do zmian priorytetów. Na początku ludzie mierzą ile dadzą radę zrobić w sprincie "na oko", niestety. Później to procentuje.

Po ustaleniu co zostanie wykonane, pozostajemy z kompletną listą (sprint backlog) definiującą co zostanie zrobione w danym czasie. Ta lista pozostaje niezmienna przez cały okres sprintu. W teorii. W praktyce bywa różnie, ale wtedy SCRUM Master jest naszym obrońcą. Licytuje się co z listy wyjąć, by włożyć coś innego. Zazwyczaj wyciąga się więcej niż wkłada ze względu na specyfikę pracy.

Po zakończeniu sprintu wiemy jedno. Czy się udał. Udał się jedynie wtedy jeśli wykonaliśmy plan w 100%. Jeśli wykonaliśmy 99.9% planu sprint się NIE POWIÓDŁ i należy zrediwować produktywność zespołu. Wszyscy muszą się tłumaczyć. Niepowodzenie powinno być zauważone również wcześniej. Ale o tym zaraz.

Zamknięcie sprintu pozostawia nam również informację za ile punktów udało nam się wykonać zadań w zespole. Ta wartość to wydajność zespołu (team velocity). Ze sprintu na sprint wartość ta będzie coraz stabilniejsza i da podstawy zespołowi, żeby określić ile faktycznie zadań są w stanie wykonać podczas pojedynczego sprintu. Daje to też informacje Product Ownerowi na ile wydajny jest zespół, czy może powinno się go podszkolić/zmienić?

Ostatnim istotnym elementem jest SCRUM daily meating. 15 minut dziennie, kiedy cały zespół spotyka się razem. Każdy członek zespołu jest odpytywany z tego co zrobił poprzedniego dnia, co ma zamiar robić danego dnia i czy stoją mu na przeszkodzie jakieś nieprzewidziane problemy (impediments). Zadaniem SCRUM Mastera jest rozwiązywanie tych trzecich.

Ale SCRUM Meeting to nie tylko sposób na komunikowanie problemów. To dwukierunkowa komunikacja zespół <-> management i, co najważniejsze motywator. Z czasem, jeśli podczas spotkania wszyscy mówią, że zrobili postępy, a jedna osoba nie może się pochwalić żadnymi, sam z siebie będzie robił wszystko, żeby to zmienić. Wymówką od niezrobienia czegoś jest jedynie poważny impediment, którym musi się zająć SCRUM Master.


Agile składa się oczywiście z miliona innych rzeczy, ale kwintesencja działania tego systemu została powyżej rozpisana. Czy działa? Działa znakomicie. Mogę to powiedzieć z całą pewnością, bo wdrażałem ten proces w jednej firmie i z sukcesem używałem przez długi kawałek czasu (dopóki pracy nie zmieniłem :P).

Ludzie dorabiają milion teorii do Agile. Przekombinowują, tłumacząc sobie backlogi jako minimalistyczne kodowanie. Kończy się to tym, że ludzie przepisują z iteracji na iterację cąły kod, bo nie przewidywali kolejnych kroków implementacji. BZDURA!

Jak już napisałem wcześniej - Agile to jedynie wsparcie procesu. Piramida SCRUM Teamów jest oczywista. Na górze architekci z managementem, poniżej Product Ownerzy w postaci architektów itd. To tylko wspomaganie procesów. RUP, planowanie i testowanie definiowane są gdzie indziej. Ludzie konstruują milion dokumentów na temat jak rozwiązane są powyższe problemy. Zupełnie inaczej definiują też zasady działania zespołów.

Szczerze mówiąc, włos mi się jeży na głowie, kiedy czytam te bzdury. Nie znoszę, kiedy ludzie zabierają się za filozofowanie na temat nie mając kompletnie żadnej praktyki w używaniu Agile. Szukają rozwiązań, wynajdując koło na nowo.

Ludzie! Trochę zdrowego rozsądku!

EDIT: Zamiana SCRUMM na SCRUM

22 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Batalie Pieprzenie Programowanie Technikalia ; 28 maja 2008 13:15:50.

Nowa zabawka

Moze nie jest to jakos super wygodne, ale da sie. Wpis ten powstal na mojej nowej zabawce.

iPhonie.

Ciesze sie jak male dziecko. Zreszta wedlug niektorych, zachowuje sie tez jak takie:)

2 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne Pieprzenie ; 19 kwietnia 2008 02:47:05.

Żegnaj okrutny świecie!

Kiedy dwa lata temu zdecydowaliśmy się wyjechać do Wielkiej Brytanii, chcieliśmy zażyć pewnej przygody, nauczyć się czegoś... i oczywiście godziwie i dostatnio żyć.

Rzeczywistość przyłożyła nam z rozpędu i bolało jak pijackie zderzenie z asfaltem.
Życie nikogo nie rozpieszcza. A tym bardziej ludzi, którzy ryzykują. Pytanie zatem, czy ryzyko się opłaciło?

Zdecydowanie tak. Przekarbowano mi skórę niejednokrotnie. Poznałem się nieco na ludziach. Wykorzystano mnie wielokrotnie. Nauczyłem się cierpliwości, co w moim przypadku jest rzeczą niezwykłą. Nauczyłem się wyciszać, kiedy nieprawdopodobnie mocno chcę komuś przyłożyć w zęby.

Szkoda tylko, że nie oduczyłem się kląć. Douczyłem się tylko robić to lepiej. Po angielsku oczywiście.

Przez ostatnie półtora roku przeżyłem więcej niż przez poprzednich kilka lat. Miałem więcej trosk i problemów niż mogłem się tego spodziewać. Ale i przyjemności nie brakowało.

Nauczyłem się żyć samodzielnie.

Czas jednak nie stoi w miejscu, a - wydaje mi się - że moje życie zatrzymała na dobre, ta twarda jak asfalt rzeczywistość.

Rzeczywistości oczywiście nie zmienię. Ale mogę ją jakoś wykorzystać.

Postanowiłem więc pożegnać ten świat.

Postanowiłem powrócić do własnego.

Wracam do Polski!

13 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Emigracja Pieprzenie ; 14 kwietnia 2008 18:12:36.

Marzenia się spełniają

Na prawdę się spełniają.

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem programować w zamkniętych systemach. Głównie na urządzenia mobilne. Telefony, PDA. Dlatego wybrałem taką firmę. Praca z tego rodzaju aplikacjami sprawia mi radość. Jest przyjemna. Trzeba zwracać uwagę na wszystkie aspekty. Wydajność, zarządzanie pamięcią. Ciężka praca, ale dająca efekty.

Kiedy widzisz, jak ktoś używa Twojej aplikacji na telefonie, krzyczysz: "O! To ja napisałem!".

Moją drugą pasją są maczki. Kocham te komputery. Lubię na nie programować, choć często mam na to mało czasu. Zawsze więc chciałem pisać NA maczku i NA maczki.

Wczoraj Apple ogłosiło oficjalne SDK do iPhone'a. Innymi słowy opublikowało zestaw narzędzi do pisania oprogramowania na ich telefon, który powoli staje się kultowy. Może nie dla wszystkich, ale na pewno dla mnie.

Stworzyło to dogodną sytuację. Możliwość połączenia obu pasji. Maczków i telefonów.

I stało się.

Dziś zostałem zaproszony na dywanik do szefa. Po krótkiej konsultacji dostałem przykaz wyznaczenia maczka potrzebnego do pracy. Jeszcze dziś po południu na moim firmowym biurku stanie maczek. Od przyszłego tygodnia pracuję nad wersją naszego oprogramowania pracującą na iPhone.

Toż to prawdziwe spełnienie marzeń!

Orgazm normalnie!

14 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Obj-C Pieprzenie Programowanie ; 07 marca 2008 12:21:08.

Fame

I'm gonna trade this life for fortune and fame I'd even cut my hair and change my name

So true. Chyba za bardzo się identyfikuję z takimi słowami. A nawet część z nich wprowadziłem w życie.

W sumie to te chłopaki i tak wszystko śpiewają na jedno kopyto. Ale tekst wyrywa czachę z miednicą.

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 29 lutego 2008 17:38:49.

Jam w końcu szczęśliw

Nawet bardzo.
Zabaweczka na biurku

Moja zabawka

Wspaniały, czyż nie? ;]

29 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 28 lutego 2008 10:54:30.

Strony internetowe

Kiedy zaczynałem zabawę z komputerami, pierwszą pracę, jaką udało mi się złapać, było robienie stronek internetowych. Już w tamtym czasie traktowano tego rodzaju pracę jako zdeczka upadlającą. Że niby to takie dłubanie w g..., a w sumie to nawet bardzo proste dłubanie.

Kiedy ostatnimi czasy zacząłem się bawić w zrobienie swojej własnej strony domowej (i redesign mojego bloga), zorientowałem się, jak bardzo nie mają racji ci, którzy tak sądzą.

Wielokrotnie wystawiałem znajomych webdeveloperów na próby zadając im kretyńskie (tak mi się zdaje) pytania. Irytowałem się, jak coś, co w moim mniemaniu jest dobrze, nie wyświetla się w przeglądarce jak powinno.
Innymi słowy - szlag mnie trafiał.

Po kilku bogatszych wypowiedziach jednego znajomego na temat tego jak rzeczywiście działa xHTML, czy CSS, zacząłem rozumieć jaki kawał wiedzy kryje się za tym, żeby dobrze i sprawnie budować serwisy internetowe.

To, że się do tego specjalnie nie nadaję to jedno. Ale z drugiej strony, wszyscy webdeveloperzy z prawdziwego zdarzenia (a poznałem ich trochę w ostatnim czasie) mają u mnie spory szacunek.

Wyrazy szacunku, drodzy koledzy. Odwalacie kawał dobrej roboty.

And I really mean it!

9 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie Programowanie ; 27 lutego 2008 13:32:21.

Batalii z komputerem ciąg dalszy

Jestem zdumiony.
Naprawdę zdumiony!

Strona z informacjami na temat przesyłki została zaktualizowana. Dzięki niej wiem, że nie tylko dziś nikt mi niczego nie dostarczy, ale że dziś o godzinie 19.31 paczka dopiero doleciała do Europy.

Banda impertynentów.

4 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Batalie Pieprzenie ; 26 lutego 2008 21:02:01.

Gdzie mój komputer?

Pytanie jest dobre. Bo w sumie jest opłacony. Dziś jest deadline dostarczenia, ktoś cały czas czeka u mnie w domu na ew. przesyłkę, a dostawcy, jak nie było tak nie ma. Patrząc na zegarek, mogę jedynie stwierdzić, że raczej mu się dziś już do mnie dotrzeć nie zdarzy.

Mimo, że do przewidzenia - cała sytuacja mocno mnie irytuje. Nie zdarzyło mi się w tym kraju, żeby coś tak po prostu do mnie dotarło na czas. Co ciekawe, czytając fora dyskusyjne na temat dostaw ze sklepu Apple mówią wprost - normalka, że poczekasz z tydzień - dwa dłużej niż powinieneś.

Pytanie moje zatem jest takie. Skoro wszyscy o tym wiedzą, dlaczego Apple nic z tym nie robi?

Jeśli ktoś jeszcze ponarzeka na SAD w Polsce, to mu głowę utnę. Nie-tubylcy nie wiedzą tak na prawdę co to jest ludzka ignorancja i życzę im, żeby nigdy się o tym nie przekonali.

Tymczasem ja - wydawszy już odpowiednie pieniądze - czekam (nie)cierpliwie na swoją przesyłkę i tracę czas.

Niestety, nie przez nic innego, jak zwykłą ignorancję - od pracowników Apple począwszy, na zidiociałych dostawcach skończywszy.

Na prawdę jest mi przykro. Bo w końcu strasznie oczekuję na tę jedną przesyłkę i mimo, że w duszy wiedziałem jak cała "dostawa" będzie się rozgrywała, mam żal do tych ludzi.

Zwyczajny żal.

11 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 26 lutego 2008 18:32:40.

Perypetie z zabaweczką

Zajrzałem sobie na stronę Apple Store, żeby sprawdzić jak idzie dostarczanie mi komputera.

... i się przeraziłem...

Not yet shipped
Estimated Shipping: 19 Feb, 2008
Estimated Delivery: 27 Feb, 2008 - 28 Feb, 2008

Się, kurna naczekam...

8 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 14 lutego 2008 16:57:00.

Zabawka

W końcu się udało. Pozbierałem troszkę, resztę wziąłem na kredyt i zakupiłem sobie nowego komputerka. Tym razem stacjonarnego, bo czasem lepiej posiedzieć przy kompie, a nie z kompem.

Informuję więc, że jeśli bank nie zrobi mi już więcej żadnego hopla (a nie powinien, bo kredyt już formalnie zatwierdził) za kilka dni będę posiadaczem komputerka moich marzeń.

Oznacza to też przyspieszenie prac nad moją zabawkową aplikacją, bo skończy się w domu wojna o dostęp do komputra :-)

Proszę bardzo o trzymanie kciuków :)

14 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 11 lutego 2008 16:09:11.

Polska właśnie

Czasami naprawdę staram się polubić rządzących moim krajem. Czasem zdarza się nawet spotkać jakiegoś polityka, zamienić kilka słów. Ale po przeczytaniu takiego artykułu mam tylko chęć ich rozstrzelać, jeśli by weszli mi dziś w drogę.

Niepojęte jak kretyńskie sposoby wynajdują te kanalie, żeby ukraść pieniądze.

8 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 13 grudnia 2007 13:58:38.

Cocoa

Ostatnio - po dyskusji ze znajomym na temat jego statystyk bloga - postanowiłem samemu sprawdzić po jakich słowach kluczowych ludziska wyszukują moje wypociny.

Poza podstawową frazą bazyl blog znalazła się inna.

Programowanie Cocoa

Gugiel wyjawił mi tajemnicę. W Polsce NIE MA materiałów na ten temat poza kilkoma bzdetnymi artykułami na jakiś wiki i kilkoma moimi (do tego z poważnymi błędami) artykułami.

Należałoby to chyba jednak zmienić.

Szukam chętnych :)

6 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Cocoa Pieprzenie Programowanie ; 12 października 2007 13:36:34.

Półmetek A6W - czyli kuracja odchudzająca

Jak już wcześniej pisałem, zabrałem się (po długich namowach kobiety) za zrobienie coś z postępującą lustrzycą. Wybrałem (ee.. -śmy?) metodę A6W. Pora pokazać wstępne rezultaty kuracji.

Uwaga, wpis zawiera "obsceniczne" zdjęcia mojego obleśnego brzucha!

  • Z czegoś takiego startowałem, choć prawda jest taka, że było znacznie gorzej. To zdjęcie po pierwszych dwóch dniach kuracji. Waga startowa: 91kg.
  • Po pierwszym tygodniu byłem zaskoczony efektami. Straciłem 5kg!!! Brzuch stężał i tłuszczyk się ubił. Już mniej upadał mi na jajka. Od razu jakoś lżej było. Waga: 86kg.
  • Dwa tygodnie kuracji dały w kość zarówno mnie jak i brzuchowi. Pampers przy ćwiczeniach zaczął być obowiązkowy, ale efekt... Zbity brzunio. Zacząłem widzieć swoje kolana, a spodnie mimo paska musiałem co chwila podciągać. Schudłem już mniej, ale sądzę, że pod tłuszczykiem też zaczęła się rewolucja. Waga: 82kg.
  • Dziś mija 3 tygodnie i jestem coraz bardziej zadowolony. Mimo, że zdjęcia kiepsko to pokazują, to tłuszcz jest już niewielki, a wcięcia w nim wynikają z warstwy pod tłuszczem. Czuję już uformowane mięśnie. Tylko tłuszczyk je trochę zbytnio przykrywa. Znów waga spadła, ale niewiele i wątpię by spadła bardziej. Waga: 79kg.


Jak widać - wyniki imponujące. Szczególnie, że to dopiero połowa kuracji. Jeszcze drugie tyle. Do bólu brzucha się już przyzwyczaiłem. Szczególnie, że momentami jest nawet... przyjemny. Nie, nie, nie jestem masochistą! Po prostu "ból" to owe czucie mięśni pod spodem. I wychodzi na to, że zobaczę je, kiedy kuracja się skończy.

Nie wiem jak wy, ale ja jestem zaskoczony. Nie miałem pojęcia, że w tak krótkim czasie można dokonać czegoś takiego!

Ciuchy - owszem - muszę wymienić. Ale czuję się wyśmienicie. Samopoczucie znacznie mi poprawiło. Znajomy z pracy, który ma 51 lat a wygląda rzeźko (maniak siłowni), mówi że dla faceta jednak wygląd ma znaczenie i żebym kontynuował, a potem może rozbudował coś na klatce piersiowej do kompletu. Mówi, że zacząłem idealnie, bo brzuch najważniejszy jest (razem z plecami) do rozbudowywania wszystkiego innego. To tzw core. No cóż. Musi mieć rację.

Wracając do pytania: czy warto?

Odpowiedź pozostawiam Wam...

13 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Batalie Pieprzenie ; 09 października 2007 01:22:03.

Z cyklu durnot

Idąc za Jajcusiem i Patrysem, przedstawiam swoje wyniki:

NerdTests.com says I'm a Cool Nerd King.  What are you?  Click here!









3 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 29 września 2007 01:03:45.

Od nowa się

No i zaczęło się. Szukam nowej pracy.

Ofert z Londynu, które mnie interesują jest przerażająco mało, więc dopiero zobaczymy jak to będzie.

Ech, przydała by się jakaś firma programująca na maczkach. Ale za cholerę takich tu znaleźć nie mogę. Smuggi? Nie szukają u Ciebie ludzi? :)

5 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Ogłoszenia Pieprzenie ; 18 września 2007 12:23:58.

Rejestracja stron

Właśnie przeczytałem sobie uważnie notki na portalach, że niby moją stronę mam rejestrować w sądzie i płacić za to pieniądze, bo jest blogiem i uaktualniam ją częściej niż raz w roku.

Wysoki sądzie, najwyższa izbo, panowie i panie politycy.

Poprzewracało Wam się już w Waszych szacownych dupach. Nie jest moją winą, że nie potraficie rządzić ani sądzić. Takie prawo możecie sobie wsadzić głęboko tam gdzie słońce Wam już nie dochodzi. Polecam jednak na przyszłość zapytać się kogoś kto ma mózg na temat prawa, które chcecie stanowić i (o mój Boże!) sankcjonować.

Sądzę również, że powinniście się przebranżowić i zająć - na przykład - ogrodnictwem. Bo pseudopolityka jaką uprawiacie już nawet nie jest śmieszna. Jest tragikomedią. Śmieje się z Was cały świat, a Wy tylko podrygujecie w tańcu pacynek.

22 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie Prasówka ; 29 sierpnia 2007 14:30:56.

Akcja "Wisła"

Czytając kolejne ciekawe wiadomości z Polski, zaczynam odnosić wrażenie, że aktualny rząd wyznaje politykę określoną dawno dawno temu mianem Akcji "Wisła": Pogłebiać dno i trzymać się koryta.

2 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 09 sierpnia 2007 11:54:59.

Postanowienia

Co roku tworzę sobie listę postanowień, co chcę osiągnąć w ciągu następnych 12 miesięcy. Na koniec zawsze się rozliczam z tego co udało się osiągnąć i to czego osiągnąć się nie udało. Prawie zawsze lista wychodziła pół na pół. Nie zadowalało mnie to zbytnio. Zawsze się biczowałem, że za mało się staram, że da się lepiej i tak dalej.

Z drugiej jednak strony zawsze na liście znajdowało się kilka pozycji z serii "nie do osiągnięcia". Coś w rodzaju kretyńskich marzeń. Ale nie odpuszczałem sobie nigdy takich wpisów. W końcu po części marzeniami się żyje.

Ten rok jednak przyniósł nieoczekiwane rezultaty, jak chodzi o "spełnialność" listy.

Nie zrealizowałem ani jednego punktu planu.

A kolejny rok znów minął.

2 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Pieprzenie ; 08 sierpnia 2007 12:04:28.

Z serii: Nudzi mi się, więc robię durne testy

Wychodzi na to, że jestem normalny ;]

DisorderRating
Paranoid:Low
Schizoid:Low
Schizotypal:Low
Antisocial:Low
Borderline:Moderate
Histrionic:Moderate
Narcissistic:Moderate
Avoidant:Low
Dependent:Low
Obsessive-Compulsive:Low

-- Personality Disorder Test --
-- Personality Disorder Information --

4 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 30 maja 2007 16:42:43.

Idąc za Wampirkiem

Sam wklejam swój własny profil

Read my VisualDNA     Get your own VisualDNA™
Nic dodać, nic ująć...
Dzięki, Wampirek

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 29 maja 2007 23:38:40.

Jeszcze trochę o napisach dot org

Tak, pozamykali ich. Tak, też mnie to irytuje. Ale może się wytłumaczę
Ja sprawę widzę dość oczywistą.
Tak - tłumaczenie filmów nie jest nielegalne. Ale synchronizacja ich do nielegalnych kopii oraz samo publikowanie już jest.

Mimo to, w większości krajów cywilizowanych jest to swego rodzaju “martwe” prawo. Tak jak posiadanie nielegalnej kopii windowsa w domu. Dlaczego?

Ponieważ zarobek producenta (oparty na sprzedaży produktu) pozostaje niezachwiany, a piractwo, nomen-omen, często pomaga. Jeśli masz w domu nielegalnego windowsa, to przyzwyczajasz się do niego na tyle, że przy pracy, też z niego korzystasz. Proste, prawda?

Mnóstwo ludzi i tak kupi film/grę/program, która mu/jej się podoba.

Oczywiście nie dotyczy to w takim stopniu Polski jak zachodnich krajów. Jest to - oczywiście - powodowane stosunkiem zarobków do cen tychże produktów.

Cały ten fajans, podniesiony przez debili - dystrybutorów, wynika z faktu, że oni rzeczywiście czują, że tracą kasę. Polska mentalność zawsze była i zawsze będzie podążała krokiem szmalu. Więcej, za jak najmniej - najlepiej darmo.

Poleje się krew z całą pewnością. W metaforycznym rozumieniu tego słowa. Będzie wielka batalia, kolesi skażą, a światek tłumaczy/warezowiczów uderzy ze zdwojoną siłą.

Może być nawet tak, że wybuchną zamieszki.

Dlatego właśnie rozumiem obie strony. Bo obie są polakami (przez małe p). Pojęcie “mieć więcej” zaciemnia im oczy. Tłumacze chcieli troszkę sławy ukrytej pod płaszczykiem altruizmu, za co im się oberwie. A dystrybutorzy szumu, który ma zmusić ludzi do kupowania oryginałów. W rezultacie zaczną tracić, bo ludzie z niechęci przestaną kupować filmy/chadzać do kina, a kolejne trzy miliony Polaków, po douczeniu się angielskiego wyjedzie za granicę.

Ot i mała paranoja małego kraiku nad Wisłą.

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 21 maja 2007 13:25:50.

Kolejny fragment (Brytyjska poprawność)

Zachęcony troszkę ostatnimi komentarzami, wklejam inny kawałek moich wypocin.
Od razu zaznaczę, że materiał jest przeplatany dwoma rodzajami "kawałków". Pierwszy z nich to opisowy. W nich tak na prawdę się coś dzieje. Tak jak ten fragment wstępu, który wklejałem wczoraj.

Drugi zaś, to rozmowy. Są to tak zwane scenki komentujące. Wprowadzające w świat, jaki jest tutaj stworzony. Jedno i drugie jest dość ważne i następuje tak naprawdę obok siebie. Staram się zwyczajnie zbudować odpowiedni nastrój, żeby odpowiednio skonstruować całość materiału.

Kawałek, który tutaj prezentuję, pozostawia wiele niezamkniętych objaśnień. Jest to zrobione bardzo celowo. Każdy z nich znajdzie swoje miejsce w odpowiednim miejscu i czasie.

Po raz kolejny zachęcam do komentowania.

No ale już dość pieprzenia :) Oto obiecany kawałek o tytule Brytyjska poprawność

Oto on. Rozpoczął swój kolejny, schematyczny dzień. Właśnie wbiega na stację. Zaraz za nim człapie trochę wyższy jegomość. Pilnuje, żeby nie stracić Roberta z oczu. Przeciskają się przez strumień ludzi zmierzających do wyjścia, żeby złapać pociąg, który odjeżdża za niecałe dwie minuty. Robert oczywiście znajduje jeszcze chwilę, żeby chwycić za darmową gazetę i w momencie, kiedy rozlega się pisk ostrzegający przed zamykającymi się drzwiami, wpada do wagonu.

Obaj zdyszani patrzą na siebie, krzywo wyginając usta w niemym uśmiechu. Zdążyli. Jak zawsze.

Towarzysz Roberta to Krystian. Przyjechał do miasta ledwo wczoraj. Zatrzymał się w ciasnym pokoiku Roberta i dziś chce obejrzeć okolice, w której przyjdzie mu pracować i być może mieszkać. Obaj zajmują strategiczne miejsca przy drzwiach. Krystian czuje się jeszcze troszkę zagubiony. Mieszkał całe życie w mieście, które uważał za duże. Wielkość Londynu jednak troszeczkę go przytłacza.

- Jak tam nasi nowi towarzysze pracy? - pyta po chwili milczenia.
- Zależy o co pytasz - odpowiada Robert. - Ciężko skwitować to jednym zdaniem.
- No czy uprzejmi, mili. Czy da się z nimi pogadać i w ogóle.
- Trudno stwierdzić jednoznacznie. To Brytyjczycy.
- Wymijasz się troszkę od odpowiedzi - irytuje się Krystian.
- Wręcz przeciwnie - rzecze Robert. - Brytyjskość polega na stwarzaniu pozorów.
- A jaśniej?
- Znasz stereotypy Brytyjczyka? - pyta Robert. - Wiesz, ten wykrzywiony system wartości. Jak w Monty Pythonie na ten przykład.
- Monty Python to komedia.
- To się jeszcze zdziwisz.

W tym momencie otwierają się drzwi i obaj wypadają na peron. Truchtem dobiegają do schodów i niemal sprintem przebiegają na peron obok, gdzie przyjdzie im chwilę poczekać na kolejny pociąg. Robert zaciąga Krystiana trochę dalej od schodów, wypatrując miejsca w okolicy obszaru, gdzie zaparkuje przedostatni wagon. Lekko zdyszany Krystian nie ukrywa swojej irytacji.

- Sądzę, że troszeczkę przesadzasz z tą opinią o Anglikach.
- Brytyjczykach - poprawia Robert. - Uważaj jak ich nazywasz.
- No ale jesteśmy w Anglii, prawda?
- Owszem. Ale jak trafisz na przykład na Szkota, to będzie już to dla niego afront. Może się to źle skończyć. Oni mają zdecydowanie za krótki nerw. Jak Polacy.
- Angole?
- Nie! Szkoci. Angole są pewnego rodzaju przeciwieństwem. Każde zdanie międlą w ustach dwadzieścia razy, zanim skonstruują odpowiedź.
- Czyli są po prostu ostrożni w słowach. To dobrze!
- Nie dobrze! Nie tyle są ostrożni, co poprawni politycznie - nadąsa się Robert. - Bardzo ciężko jest wykryć co naprawdę sądzi, czy uważa na dany temat.
- Poważnie? - dziwi się Krystian.
- Nawet bardzo poważnie - przytakuje Robert. - Ja do dnia dzisiejszego nie wiem, co sądzi o mnie grupa, z którą pracuję. Wszyscy są przemili aż do zrzygania. To raczej źle wróży.
- Czemu tak uważasz? Może po prostu pasujesz do nich.
- Nie pasuję na pewno. W tym właśnie rzecz.

Ciężki do zrozumienia, nosowy głos właśnie powiadamia o zbliżającym się pociągu na ich peron. Niestety, ma on jechać w inne miejsce, niż nasi imigranci. Krystian nie wytrzymuje i wypluwa kilka przekleństw na ten temat. Robert jedynie się uśmiecha.

- Patrz na przód pociągu - mówi. - Jest bardzo prawdopodobne, że temu debilowi znów się coś popieprzyło. Zdarza mu się to aż nazbyt często.

I faktycznie. Pociąg, który właśnie wjeżdża na peron jedzie na lotnisko, a nie jak zostało ogłoszone - na północ Londynu. Robert uśmiecha się kwaśno i wsiada do pociągu, ciągnąc za sobą, lekko zdziwionego Krystiana.

- To on tak często?
- Prawie zawsze.
- I nikt tego nie zgłosił? Przecież koleś powinien stracić robotę za takie ruchy.
- Ty nadal nic nie rozumiesz.
- No chyba...
- Więc postaw sobie - zaczyna Robert - że Brytole są tak poprawni politycznie, że nigdy nie powiedzą nic złego na drugiego Brytola. Uważają to po prostu za tak ohydny afront, że zwyczajnie im nie przystoi.
- To jak oni tu pracują? Przecież tak się nie da!
- A czy ja powiedziałem, że pracują?

Pociąg terkocze, mijając kolejne stacje. Obaj stoją w milczeniu. Nie zajmują miejsc. Tłok może nie jest zbyt wielki, ale wychowanie coś w nich jednak wypracowało. Co chwilę, gdy na kolejnych stacjach zwalniają się jakieś miejsca siedzące, pierwsi dopadają ich młodsi, nie patrząc na starszych ludzi, którzy nadal sapią naszym imigrantom nad uchem.

- Ale niewychowana swołocz! - irytuje się Krystian.
- Mój znajomy zwykł ich nazywać "małymi bydlądkami".

Obaj parsknęli śmiechem, zwracając na siebie uwagę większości pasażerów. Ale tylko na ułamek sekundy. Po chwili wszystko powraca do normy. Krystian jednak zaintrygowany sytuacją, zaczyna oglądać się na ludzi.

- Przestań - zwraca mu uwagę Robert.
- Co mam przestać?
- Gapić się na ludzi.
- To też tutaj jest niegrzeczne?
- Oj, nawet bardzo. Nie wolno ci i już.
- Ale to bez sensu! Po to ma się oczy!
- Oczy masz do oglądania się za laskami, nie do gapienia się na ludzi w metrze.
- Nie rozumiem znów.
- Spoko, nauczysz się.

Krystian nie ma siły już poruszać tematu. Milczy i tylko co jakiś czas spogląda na Roberta, który tonie w lekturze lokalnej gazetki o dźwięcznej nazwie "Metro". Co jakiś czas wykrzywia się w uśmiechu, czytając kolejne artykuły o tym, co danego dnia zrobiła jakaś znana, lokalna osobistość oraz komu wrazili nóż w plecy i dlaczego. Co jakiś czas komentuje jakiś kawałek Krystianowi, który zdaje się nie zwracać na niego uwagi.

- Dziwny się zrobiłeś tutaj - wypomina mu. - Śmiejesz się z jakiś biednych ludzi. A przecież powinieneś łyknąć tej ich brytyjskości choć na tyle, żeby nie komentować innych.
- Ale oni robią to samo - uśmiecha się Robert.
- Jak to samo? Sam przed chwilą powiedziałeś, że to afront zwracać na kogoś uwagę, czy wypominać mu błędy.
- Owszem - przytakuje Robert. - Ale nie dotyczy to tych wspaniałych celebrities, czy morderców i ofiar.
- Bez sensu.
- Właśnie nie bez sensu - odpiera zarzuty Robert. - Te ludziska są tak wymęczone swym udawaniem, że komentują i oglądają ludzi, którzy są wystawieni na widok publiczny. Są publiczni, więc im wolno. I koło się zamyka.
- Jakoś jest to dla mnie niepojęte.

Pisk drzwi. Obaj wybiegają prosto na kolejne schody, dopadają bramek wyjściowych, po czym szczęśliwi, że zdążyli przed tłumem, dumnie kroczą do hinduskiego sklepiku. Robert chwyta butelkę koli, rzuca monetę na ladę i wychodzi razem z Krystianem na przystanek autobusowy przed budynkiem stacji metra.

- Wyjaśnij mi zatem jedną rzecz - zaczyna Krystian. - Jeśli tym babciom jest tak ciężko, dlaczego nie pogonią tych bachorów z siedzeń.
- Bo to by uwłaczało ich godności.
- Ale przecież się męczą!
- Nadal nie rozumiesz.
- A co tu rozumieć!? - wścieka się Krystian. - Przecież to zwyczajnie jest głupie.
- Nie głupie - uśmiecha się Robert. - Brytyjskie.

11 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 09 maja 2007 14:42:01.

Znowu to samo

Ja wiem, że wałkuję ten temat już enty raz, ale muszę spróbować raz jeszcze.
Kilkakrotnie podchodziłem do tematu. Tym razem jednak mam jakąś podstawę. Zamiast budować nowy, nieznany mi świat, użyłem tego, w którym żyję. Swoje własne emocje wyolbrzymiłem i przeobraziłem w coś innego.

Jakiego rodzaju to będzie materiał? Nie powiem. Dam Wam tylko kawałek wstępu. Możecie wyrażać opinie. Nawet te negatywne. I tak nie zmieni to mojego podejścia do tematu.

No ale jak obiecałem, to wklejam :)

Przedstawiam wam Roberta. Ma dwadzieścia pięć lat i jest najbardziej poukładaną osobą jaką znam.
Codziennie, równo o godzinie siódmej rano budzi go alarm ustawiony na jego telefonie komórkowym. Zawsze włącza go w tryb uśpienia, który przestawia czas budzenia o dziewięć minut do przodu.
Robi to dwukrotnie, więc w rzeczywistości wstaje o godzinie siódmej osiemnaście.

Plus dziesięć sekund na przetarcie oczu i dotarcie do kuchni.

W kuchni nastawia wodę na herbatę oraz parówki i biegnie do łazienki. Prawie nigdy się nie goli. W zamian za to nakłada żel na włosy. Nie dla wyglądu. Dzięki temu pamięta, żeby wieczorem umyć głowę. Śniadanie, które je mniej więcej 7.30 składa się z dwóch tostów posmarowanych solonym masłem, dwoma parówkami typu Frankfurter i odrobiną keczupu. W międzyczasie zawsze sprawdza pocztę internetową i wypija duży kubek herbaty.

Z domu wybiega 7.45 i z ledwością łapie właściwe metro. Zawsze wsiada dokładnie w trzecie drzwi drugiego wagonu od końca składu. Pozwala mu to na szybkie opuszczenie peronu po trzech stacjach, by zdążyć na metro w drugą stronę, które wiezie go na lotnisko. Stację przed lotniskiem wysiada, kupuje półlitrową kolę w hinduskim sklepiku i zapala papierosa.
Dokładnie, gdy zaciąga się nim po raz ostatni, przyjeżdża spóźniony zawsze 5 minut autobus, który zawozi go do pracy.

Klawisz power wciska zawsze o godzinie 9.03, rozpoczynając poukładany dzień korporacyjnego życia zachodniego Londynu.

Robert jest imigrantem. Przyjechał do Anglii w poszukiwaniu lepszego życia. Nęcony kolorowymi filmami i wielkimi pieniędzmi, ruszył na podbój świata.

Tak przynajmniej mu się wydawało.

W praktyce wykonuje prymitywną robotę przelewając z pustego w próżne przez cały dzień. I równo o godzinie 17.20 opuszcza biuro i idzie na przystanek autobusowy, z którego odjeżdża autobusem numer 203 dokładnie o 17.29. Korki sprawiają, że dopiero 18.11 dojeżdża na stację metra, gdzie pociąg zapchany przyjezdnymi na Wielkie Wyspy Brytyjskie wtacza się na peron czternaście minut później. I tym razem wybiera trzecie drzwi drugiego wagonu od końca, ponieważ wjedzie 23 minuty później na ten sam peron przesiadkowy i znów będzie biegł przed tłumem na peron obok. Tym razem wciskając się w trzecie drzwi pierwszego wagonu od początku składu. Powód? Ten sam. Wbiec przed tłumem na schody i opuścić stację końcową. Skręcić w lewo, zaglądnąć do sklepu, by kupić paczkę papierosów i jedno czerwone wino wytrawne.

Do domu dociera równo 19.07. O ile nie ma kolejki w sklepie.

Na kolację zjada cokolwiek i z komputerem na kolanach, przerzucając kanały lokalnej telewizji wypija całe wino.

Paląc ostatniego papierosa na balkonie i dopijając resztkę wina, patrzy w okna pubu na przeciwko. Nigdy tam nie zagląda. Głównie dlatego, że nie ma tam nic ciekawego, poza garstką starzejących się Anglików, którzy swoje smutki zalewają piwem.

Robert używa wina, bo jest szybsze i tańsze. I nie trzeba biegać do toalety tak często.

Wtedy jeszcze nie wiedział, że nadejdzie dzień, w którym nie napije się wina do wieczornej sesji przed telewizorem.

I nie zdawał sobie sprawy, że to niedopatrzenie doprowadzi do jego śmierci.

8 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 08 maja 2007 00:37:44.