Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

DISKLEJMER

Chwilowo brak disklejmera :P

-- Bazyl

Chłopak z miasta

Chyba taki polski tytuł miałaby ta książka.
Dostałem ją w prezencie urodzinowym. O czym jest? Opis mówi wszystko.
Po przetłumaczeniu na polski, brzmi on tak:

Kim jest chłopak z miasta? To ten zuchwały krawaciarz z gazetą pod pachą, który pcha się na Ciebie w metrze. To ten egoistyczny pajac, głośno chełpiący się "ile to on nie zarobił wczoraj" na rynku na każdej możliwej imprezie. To chciwy, bezwzględny kretyn, którego działania jedynie przyspieszają degradację tego świata. Przez pewien okres mojego życia - był mną.


Już pierwszy rozdział wciska w fotel :) Może powinienem się zająć tłumaczeniem tej książki na ojczysty język. Bo napisana jest super ;)

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Pieprzenie ; 09 sierpnia 2008 13:05:54.

Odliczanie

Wszystko pozamykane. Pozostało nadać paczki w ostatnim tygodniu.
Odliczanie rozpoczęte.

Za 22 dni w końcu będę w domu...

Koniec Emigracji!

4 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Emigracja Ogólne ; 08 sierpnia 2008 12:52:28.

Weekend spod znaku brytyjskiego idioty

Pomijam fakt, że muszę zapłacić 450 funtów councilowi, "bo tak". Bo ceny mieszkań w górę, więc oni też. Że zaległość z zeszłego roku. Banda fiutów.

Ale być w banku dwukrotnie, jeździć do domu, tłuc się autobusami, żeby na koniec jakaś biurwa mówiła, że zapomniała wspomnieć o braku konsultantów na dzień dzisiejszy i że ona może nas na poniedziałek...

- Proszę panią - odparłem jej uprzejmie. - W przeciwieństwie do pani, ja pracuję w normalne dni tygodnia i nawet potrafię wykonywać swój zawód. Pani wyraźnie nie. Do niezobaczenia.

I znów jestem w czarnej dupie. Już i tak muszę odprawiać ciężką gównoplastykę, żeby załatwić bankowe sprawy, bo - po raz kolejny - "bo tak". Bo system bankowy nie ma takiego klikacza do kliknięcia i trzeba to zrobić dookoła i w ogóle, to muszą mnie usunąć i dodać raz jeszcze i znów zaświadczenia, przerejestrowania.. a wszystko tylko na dwa miesiące.

Proszę mi bardzo wybaczyć, ale już ZUSowe pipy z Polski mają więcej rozumu i chęci pomocy niż ta banda ignorantów i nierobów tutaj.

Jezu, jak dobrze, że już wracam.

6 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Batalie Emigracja ; 12 lipca 2008 12:44:32.

Angielski według Polaków

Z czasem orientuję się, że pobyt tutaj ma swoje plusy. Jako przykład podam tytuł bardzo starego filmu już.

Czy ktoś z Was pamięta Porachunki ? Na pewno tak. Wspaniały kawałek kina.

Bajer polega na tym, że oryginalny tytuł brzmi Lock, Stock and Two Smoking Barrels, którzy nasi polscy tłumacze nie wiedzieli za bardzo jak ugryźć. Tłumaczenie wprost zwyczajnie jest bezsensowne.

Teraz jestem w stanie przetłumaczyć ten kawałek.

To regionalizm. Bardzo często używany przez północnych Anglików (nie mylić ze Szkotami... to trochę "niżej" ;P). Znaczy tyle co nasze polskie sformułowanie Pełen wypas.

8 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 17 czerwca 2008 13:19:46.

W pogoni za szczęściem

- Ty, stary, masz dopiero fart - stwierdził kumpel z pracy, zaciągając się papierosem. Siedzieliśmy sobie grzecznie na ławeczce w czasie przerwy "na dymka". Rozważaliśmy to i owo na temat tego, co może przynieść nam szczęście.
- Chociaż - zaczął się poprawiać. - To nie tyle o fart chodzi, co o jaja jakimi dysponujesz.
Zgubiłem się nieco. Chyba nie do końca zrozumiałem o co mu chodzi.
- Możesz być bardziej szczegółowy? - zapytałem. - Za nic w świecie nie kumam o co ci biega.
- Jak to nie kumasz - zapytał zdziwiony. - Od dwóch lat żyjesz w obcym sobie kraju i radzisz sobie znakomicie. Spędziłeś kupę czasu w słonecznej Kalifornii. Prawdopodobnie jeszcze nazwiedzasz parę miejsc w sposób inny niż na turystyczne pocykanie sobie zdjęć. To jest fart!

W końcu załapałem o co mu chodzi. I po troszkę miał rację. Facet jest typowym Brytyjczykiem. Urodził się tutaj, wychował, pracował większość życia w Cambridge. Teraz, szczytem ryzyka dla niego okazała się przeprowadzka do Londynu. Wielkiego miasta z masą ludzi każdej maści.

Jest z tego powodu strasznie szczęśliwy. Dumny, że udało mu się tego dokonać. Ale marzy mu się coś więcej.

- Przyjechałeś tutaj znając więcej niż swój język - kontynuował. - Potrafiłeś się tu znaleźć, osiedlić i oswoić z kompletnie inną rzeczywistością. Prawdziwa przygoda! Też bym tak chciał!
- To w czym problem, stary? - zapytałem.
Myślałem, że zaksztusi się śmiechem.
- Facet! Nie mam na to jaj!

Pytanie zatem, czy ja je mam? Chyba raczej nie. On starał się wszystko zaplanować. Zupełnie jak i ja. Ale życie to nie plan. Jak śpiewał kiedyś Lennon - Życie to to, co Ci się przytrafia, kiedy zaczynasz mieć plany.

Teraz planuję powrót do kraju. Na razie idzie nieźle. Trzymam się planu. Zacznie się moja nowa przygoda. Kolejna pogoń za szczęściem.

Ale czy to wszystko uczyniło mnie szczęśliwym? Bogatszym w doświadczenia - tak. Szczęśliwym?

Nie, zdecydowanie nie. Bo, jak widać na załączonym obrazku - szczęśliwym uczyniłoby nas to, na co nie mamy odwagi.

6 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Pieprzenie ; 16 czerwca 2008 12:37:48.

Żegnaj okrutny świecie!

Kiedy dwa lata temu zdecydowaliśmy się wyjechać do Wielkiej Brytanii, chcieliśmy zażyć pewnej przygody, nauczyć się czegoś... i oczywiście godziwie i dostatnio żyć.

Rzeczywistość przyłożyła nam z rozpędu i bolało jak pijackie zderzenie z asfaltem.
Życie nikogo nie rozpieszcza. A tym bardziej ludzi, którzy ryzykują. Pytanie zatem, czy ryzyko się opłaciło?

Zdecydowanie tak. Przekarbowano mi skórę niejednokrotnie. Poznałem się nieco na ludziach. Wykorzystano mnie wielokrotnie. Nauczyłem się cierpliwości, co w moim przypadku jest rzeczą niezwykłą. Nauczyłem się wyciszać, kiedy nieprawdopodobnie mocno chcę komuś przyłożyć w zęby.

Szkoda tylko, że nie oduczyłem się kląć. Douczyłem się tylko robić to lepiej. Po angielsku oczywiście.

Przez ostatnie półtora roku przeżyłem więcej niż przez poprzednich kilka lat. Miałem więcej trosk i problemów niż mogłem się tego spodziewać. Ale i przyjemności nie brakowało.

Nauczyłem się żyć samodzielnie.

Czas jednak nie stoi w miejscu, a - wydaje mi się - że moje życie zatrzymała na dobre, ta twarda jak asfalt rzeczywistość.

Rzeczywistości oczywiście nie zmienię. Ale mogę ją jakoś wykorzystać.

Postanowiłem więc pożegnać ten świat.

Postanowiłem powrócić do własnego.

Wracam do Polski!

13 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Emigracja Pieprzenie ; 14 kwietnia 2008 18:12:36.

Marzenia się spełniają

I tak właśnie w tej chwili siedzę przed swoim nowym, firmowym komputerem. Nie jest to oczywiście nic wyszukanego. Ot - zwykły MacMini z powiększoną ilością pamięci.

Ale jest! A ja mam tylko jedno zadanie - przystosować naszą firmową aplikację do pracy na iPhone.

Firma właśnie wzbogaciła się o jednego, strasznie szczęśliwego programistę... :D

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Cocoa Emigracja Obj-C Programowanie ; 10 marca 2008 14:00:31.

Marzenia się spełniają

Na prawdę się spełniają.

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem programować w zamkniętych systemach. Głównie na urządzenia mobilne. Telefony, PDA. Dlatego wybrałem taką firmę. Praca z tego rodzaju aplikacjami sprawia mi radość. Jest przyjemna. Trzeba zwracać uwagę na wszystkie aspekty. Wydajność, zarządzanie pamięcią. Ciężka praca, ale dająca efekty.

Kiedy widzisz, jak ktoś używa Twojej aplikacji na telefonie, krzyczysz: "O! To ja napisałem!".

Moją drugą pasją są maczki. Kocham te komputery. Lubię na nie programować, choć często mam na to mało czasu. Zawsze więc chciałem pisać NA maczku i NA maczki.

Wczoraj Apple ogłosiło oficjalne SDK do iPhone'a. Innymi słowy opublikowało zestaw narzędzi do pisania oprogramowania na ich telefon, który powoli staje się kultowy. Może nie dla wszystkich, ale na pewno dla mnie.

Stworzyło to dogodną sytuację. Możliwość połączenia obu pasji. Maczków i telefonów.

I stało się.

Dziś zostałem zaproszony na dywanik do szefa. Po krótkiej konsultacji dostałem przykaz wyznaczenia maczka potrzebnego do pracy. Jeszcze dziś po południu na moim firmowym biurku stanie maczek. Od przyszłego tygodnia pracuję nad wersją naszego oprogramowania pracującą na iPhone.

Toż to prawdziwe spełnienie marzeń!

Orgazm normalnie!

14 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Obj-C Pieprzenie Programowanie ; 07 marca 2008 12:21:08.

Przesada

Metro. Godziny poranne. Do wagonu na stacji East Acton wchodzi młody człowiek. Na oko - 20-25 lat. Schludnie ubrany, ogolony, z mp3playerem i dużymi słuchawami na uszach. Ma zbytino podkręconego tego playera, bo muzykę, czy raczej technosiekę słychać w całym wagonie.

Tym razem akurat niewiele mi to przeszkadzało. Kiedy jednak technosieczka się skończyła, a ruszyły zastępy disco polo, długo zduszałem w sobie śmiech...

3 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Emigracja ; 26 stycznia 2008 14:02:15.

Londoner

Od poniedziałku jeżdżę do centrum miasta, a nie w drugą stronę. Cisnę się w metrze dojeżdżając pod samego Ogóra. Cisnę się wąskimi uliczkami, mijając setki panów w garniturach, gadających przez komórkę i pań w spódnicach i garsonkach, poginających na obcasach.

Czuć ruch. Widać, że dużo się dzieje. Ludzie się ciągle gdzieś spieszą, robotnicy budowlani wciąż coś zmieniają, a ulice zalewa wieczny korek.

Oto London City.
Serce Wielkiej Brytanii.
Tutaj teraz pracuję.
I na razie mi się podoba.

7 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Emigracja ; 28 listopada 2007 11:04:47.

Emigracja

Moda na migrowanie w różne części świata opanowała polską młodzież już całkowicie. Ludzie szukają swojego miejsca na ziemi, czy okazji do bardziej przyzwoitych zarobków. Jak jest faktycznie, niestety, wszyscy przekonują się już na miejscu.

Ale dlaczego nie wracają?

W sumie jest to bardzo dobre pytanie i (przynajmniej tak mi się zdaje) jestem w stanie na nie dość składnie odpowiedzieć.

Ale po kolei.

Moja przygoda zaczęła się niewiele ponad rok temu. Zmieniłem środowisko i przeprowadziłem się do Londynu, pracując niedaleko poza granicami miasta. Właśnie w ten sposób rozpocząłem niesamowitą drogę przez mękę.

Rozmawiając z wieloma innymi polskimi imigrantami na Wyspach Brytyjskich, doszliśmy wspólnie do wniosku, że miałem niespodziewanie wiele problemów z integracją. Mógłbym praktycznie stwierdzić, że wszystkie możliwe, ale skłamałbym. Nie okradziono mnie, nie pobito, ani nie mieszkałem pod mostem.

Wszystko inne się raczej przydarzyło.

Pierwszym problemem z jakim się tu Polak spotyka, to biurokracja, która - pomimo wstępnych szacunków - okazuje się nie ułatwiać, ale utrudniać niesamowitą liczbę kwestii.

Brak dowodów osobistych w tym kraju (bo to naruszenie praw człowieka, przecież!) powoduje, że podstawą identyfikacji człowieka jest adres. Adres, który w przypadku imigrantów przecież zmienia się dość często. Do tego niewiele z nas mieszka sam. Raczej dzielimi lokum z innymi, obniżając zatrważająco wysokie koszty życia w Londynie (w Londynie - poza tym miastem jest jednak nieco lepiej). Z tego tytułu zazwyczaj nie mamy potwierdzenia swojego adresu zamieszkania (wymagany tzw "utility bill", czyli rachunek za prąd, gaz, czy telefon na nasze nazwisko pod danym adresem). Innymi słowy - jesteśmy niewiarygodni. Nie możemy mieć normalnego konta bankowego, kredytu, karty kredytowej, linii debetowej, telefonu na abonament czy czegokolwiek innego. Praktycznie nie istniejemy!

Z czasem się to zmienia, znajdujemy sposoby, by to zdobywać, ale jest to niesłychanie skomplikowane i często niewygodne.

Kolejnym kulturowo-biurokratycznym murem jest idea. Idea, którą zaszczepili w Polakach Amerykanie, a która tutaj nie istnieje w ogóle. "Klient nasz pan" tutaj nie istnieje. Nie mogliśmy dostarczyć paczki, bo (z jakiegoś dziwnego powodu) o 11.30 rano nikogo nie było w domu! Trudno. Lepiej sobie odbierz sobie ją od nas sam z depo odległego tylko o 10 kilometrów od Twojego domu. Do godziny 18stej. Jak tego nie zrobisz, to paczka wróci do nadawcy. A jeśli to były jakieś Twoje zakupy to licz się z tym, że kasy za dany przedmiot nie odzyskasz w całości. Najprawdop0odobniej w ogóle nie odzyskasz, a jeśli to pewnie po 6-10 miesiącach.

Normalka.

Frustracja we mnie rosła z każdą chwilą, ale tutaj inaczej się nie da. Mieszkam w nowym budynku, więc mój kod pocztowy nie jest we wszystkich bazach danych. Więc nie istnieję. Nie mogę czegoś kupić, czy założyć konta, czy zamówić. Mnie tam nie ma! A jeśli firma dowozowa np Cię nie znajdzie (nie wie gdzie to jest) to nawet Ci o tym nie powiedzą. Przecież zostawili Ci awizo! Już trzecie z rzędu. Ciekawe jak, skoro nigdy tu nie dojechali.

Mieszkaniówka? Koszmar. Większośc ludzi przyzwyczajona jest do domków. Domków, w których pokoje i korytarze uwierają w biodra, na ogródku pięknie rośnie chwast nawożony brudnymi pieluchami i kupami Twojego psa. Psa, którego oczywiście nie masz prawa posiadać, bo jeśli chatę wynajmujesz, to Landlord (właściciel mieszkania) nigdy w życiu się na niego nie zgodzi. No Pets i No Children widnieje na 99.9% ogłoszeń wynajmu mieszkania.

W Polsce podatek drogowy płacimy w paliwie. Tutaj - osobno. W Polsce, często musimy stać w okienkach i załatwiać swoje sprawy. Tutaj robi się to pocztą, która się gubi akurat wtedy, kiedy nadaliście wymagany paszport do urzędu.

Royal Mail (odpowiednik Poczty Polskiej) ostatnio został ukarany za zgubienie i/lub zniszczenie 14 MILIONÓW paczek w roku 2005!

Ostatnio dostałem umowę do nowej pracy w połowie spaloną.

Jakim cudem im się to udało - nie wiem. Pewnie odpalali sobie od mojej umowy lufki. Bo trawę jarają tu chyba wszyscy. Na każdej dyskotece dostaniecie dowolny narkotyk, który jest Wam niemalże wpychany do gardła, a w sklepach bez problemu kupi się tańsze papierosy z przemytu.

Tak poza tym, to przestępczości nie ma. Tylko w ostatnich 4rech miesiącach zastrzelona lub zadźgano jedynie 17stu nastolatków. Dorosłych nie liczę, a marichuanę, ecstasy, czy kokainę łatwiej kupić niż polski chleb.

Czasem coś wybuchnie, a czasem nie zdąży, bo policja odholuje samochód pułłapkę za złe parkowanie.

Policja nie nosi broni palnej. W ogóle. Broni tutaj nie ma nikt poza złodziejami i gangsterami, ale rewolwer możesz kupić w pół godziny za 35 funtów.

Rośnie nieprawdopodobnie liczba gwałtów. Wszyscy z tego powodu płaczą. Choć prawda jest taka, że wg statystyk jedynie 5% zgłoszeń jest prawdziwym gwałtem. W pozostałych przypadkach to laska po prostu upiła się do nieprzytomności, rozłożyła nogi, a rano obudziła się z potwornym bólem głowy obok kogoś kogo nie zna i jest obrzydliwy. Więc zgłasza gwałt. Facet idzie siedzieć, bo poderwał laskę w barze i to właśnie ona się do niego przystawiała, a nie na odwrót.

I tu dochodzimy do kolejnego elementu. W tym kraju przede wszystkim się bawi. Wydaje się pieniądze, których się nie ma, dzięki temu długi osób indywidualnych sięgają kwot 17-19 miliardów funtów. Chodzi się na dyskoteki, pije po barach, bzyka wszystko jak leci zbierając przy tym całkiem pokaźny wahlarz chorób wenerycznych. Aktualnie króluje chlamydia. HIV na szczęście mniej. Ludzie z AIDS zazwyczaj się tutaj wieszają albo strzelają sobie w łeb, więc za szybko się to nie rozprzestrzenia.

Pytanie pozostaje: po co tu przyjeżdżamy... i dlaczego zostajemy?

Ja zostaję, bo... właśnie zmieniłem pracę i mam rachunki do spłacenia, kontrakty na telefony, czy telewizję satelitarną. A potem raczej wrócę. Bo nic mnie tu nie trzyma.

Moi znajomi czasem myślą jak ja, a czasem inaczej.

  • Bo tam (w Polsce) jest szaro
  • Bo tam jest nudno
  • Bo tam nie ma pracy
  • Bo wszyscy inni już wyjechali
  • Bo tam tyle nie zarobię


Zdaje się, że mam chyba troszkę inną definicję życia. I nie lubię kraju, gdzie moim największym wrogiem jest drugi Polak (straciłem przez takich ludzi mnóstwo pieniędzy i kupę nerwów), gdzie lokalni nie koniecznie pomagają (oblewając mnie piwem z przejeżdżającego samochodu), gdzie wiecznie pada, a żeby wyjść na fajną imprezę muszę wydać fortunę, której nie mam.

27 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 20 listopada 2007 14:09:00.

Wyniki wygłupów

No dobra. Byłem, wystąpiłem, a co gorsza - poszło na żywo. Wszystkie błędy wyszły od razu. Powiedziałem nie to co chciałem i nie JAK chciałem. No ale cóż. Obiecałem, więc wystawiam. Miłego wyśmiewania ;]

33 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Emigracja Ogłoszenia ; 02 listopada 2007 23:45:11.

BBC One: Breakfast Show

Jeśli ktoś z Was odbiera BBC One i ma ochotę zobaczyć moją mordę wypowiadającą się na temat Polskiej imigracji w jUKeju, zapraszam jutro rano.

Wchodzę na antenę około godziny 8smej rano.

Będzie śmiesznie. Już nie mogę się doczekać.

4 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Ogłoszenia ; 31 października 2007 17:37:51.

Brit pop

Na wyspach istnieje dość specyfiiczny rodzaj muzyki. Nazywa się on Brit Pop i jest mocno udziwnionym rodzajem Pop muzyki. Bardzo rzadko się zdarza, że zespół tworzący taką muzykę wyrywa się i zdobywa sławę gdzieś dalej niż na tej wietrznej i deszczowej wyspie.

Cóż takiego innego jest w tej muzyce? Ciężko stwierdzić, ale po usłyszeniu jej raz, zawsze rozpozna się ją jako zupełnie inny trend. Muzyka, mimo że dość prosta, wpada w ucho. Nie każdy kawałek oczywiście. Ale coś je wiąże.

Być może to dziwne, ale jakoś bardziej zaczęła mi ta muzyka odpowiadać od momentu, kiedy tu zamieszkałem.

Załączam próbkę, która jeszcze pół roku temu utrzymywała się dość długo na topie list przebojów. Just Jack i ich utwór Starz in their eyes opowiada o innym, już mniej miłym trendzie. Bardzo wyspiarskim. Ale o tym kiedy indziej.

Miłego słuchania.

6 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 28 października 2007 16:29:25.

Dla mnie to by była kompletna porażka

...gdyby obcokrajowiec zaczął mi poprawiać dokumenty (ortografia, interpunkcja, gramatyka), które sam napisałem w swoim ojczystym języku.

A oni się tylko cieszą z tym swoim grymasem, jak robię to po raz setny.

18 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 05 października 2007 11:27:25.

Poczta...

Poczta Polska to miodzio w porównaniu do Brytyjskiej.

Kretyni stworzyli sobie takie "zasady", że jeśli w budynku jest domofon, to oni na górę nie wejdą, tylko zostawią awizo.. często nie w skrzynce, tylko gdzieś zatknięte, żeby wszyscy mogli poczytać. Paczek nie noszą raczej w ogóle. Tylko awiza.

Właśnie dziś, ogłosili strajk.

Przez tydzień nie będę miał poczty. Po raz 5ty w tym roku zresztą.

Jak dla mnie to mogą ich wystrzelać.

9 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 05 października 2007 09:05:18.

Brytyjska wiedza

Kiedyś już chciałem o tym napisać, ale nigdy nie mogłem się za to zabrać.

Tym razem po prostu powiem, że tak jest. I to nawet wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Bardzo niewiele brytyjczyków wie w ogóle coś ponad to jakiego koloru są gacie Bekhama

Bajer polega jednak na tym, że Polska zmierza w dokładnie tym samym kierunku. Co zresztą wyraźnie widać, po naszych rządzących. Głowa Państwa wielkości siedzącego psa szczująca swoją władzą wszystkich dookoła i jego lustrzany braciszek, który też z tej władzy korzysta nie znając przy tym nawet hymnu narodowego.

Dobra nasza?

Ja tam zaczynam się bać.

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 31 sierpnia 2007 14:00:55.

Małe Rio

Raz w roku w Londynie robi się podobny szum do Rio. Nazywają to Notting Hill Carnival. Pewnie dlatego, że karnawał jest w dzielnicy Notting Hill. Karnawałem nazywa się dlatego, że jest na ulicy i robi wiele hałasu.

Choć nie można powiedzieć, że o nic.

Karnawał jako całość trwa dwa dni. Dzień pierwszy jest dla dzieci. Mnóstwo atrakcji, wata cukrowa, balony i tym podobne pierdolety. Oznacza to również, że dorośli zachowują się doroślej i starają się raczej nie prać po mordach.

Drugi dzień jednak należy już w całości dla dużych dzieci. Karnawał niby jest ten sam, ale jakby więcej jest stanowisk z piwem niż z lodami, czy watą cukrową.

Sama atmosfera imprezy jest raczej dziwaczna. Kilka ulic zamkniętych dla ruchu jest przeładowana ludźmi gnącymi się w takt bongosów albo innego pokrzykiwania. Coponiektórzy leją pod murami, a innych stać na toalety za funta w nowopowstałych toaletach publicznych w pobliskich domach.

Stosy śmieci na chodnikach rosną w zastraszającym tempie. W niektórych miejscach powstają "stoiska", na których ekipa murzyńska wygina tyłki damskie i torsy męskie pokrzykując radośnie w nutę swojej muzyki. Jest to dość miłe, jeno troszeczkę głośne.

Kiedy przechodziło się obok zestawu głośników, można było poczuć drżenie każdego organu wewnętrznego. Odruch wymiotny był niemalże natychmiastowy.

Ogólnie rzecz biorąc impreza podobno była z pompą, choć tego jakoś nie doświadczyłem. Były to obchody 200-lecia zniesienia niewolnictwa. Zdaje się jednak, że jedynym atutem tegorocznych obchodów była zminimalizowana przestępczość podczas karnawału. Tylko 150 osób wylądowała za kratkami i tylko 25 osób dostało nożem między żebra.

Faktycznie. Jest się czym chwalić.

Dla zainteresowanych, pod tym adresem można znaleźć kilka fotek z karnawału pomieszanych z innymi zrobionymi przeze mnie tego dnia.

Choć po prawdzie - nie było się czym podniecać.

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 28 sierpnia 2007 11:17:36.

Twarda rzeczywistość

Każdy, dosłownie każdy Polak przyjeżdżający na Wyspy prędzej czy później zderza się z twardą rzeczywistością tego świata. Zaczyna się tak zwany etap narzekania. Ja też przez to przeszedłem. A może nawet jeszcze przechodzę.

Z czasem jednak dochodzi się do słusznego wniosku, że jest to walka z wiatrakami i umartwianie się nad rzeczami, na które nie ma się wpływu.

Każda sprawa, którą próbuje się załatwić w urzędach trwa wieki. Wiecznie gubią nasze papiery, źle rozumieją nasze intencje, a my ich. Źle traktują swoich własnych klientów, poniekąd wiedząc, że biedni petenci nie mają żadnej alternatywy.

Albo mizerną.

Zderzamy się również z tym lubieżnym (w naszym rozumieniu) stylem życia. Zapijanie się niemal na śmierć, ruchanie wszystkiego co się rusza i nie ucieka na drzewo, imprezowanie do granic wytrzymałości organizmu, branie wszelkiej maści narkotyków...

Listę można by ciągnąć w nieskończoność. To sprawia, że nie czujemy się tutaj jak u siebie. Otoczeni innością nie do zaakceptowania marnujemy własne siły próbując zmieniać świat, który według nas - utonął już w dekadencji i zepsuciu.

Ale czy na pewno?

Do dziś pamiętam słowa pewnej starszej Polki twierdzącej, że tutaj po prostu lepiej się żyje. Dziwne stwierdzenie, szczególnie w tych okolicznościach. Narzekamy, ale nie chcemy wracać. Z czasem i my stajemy się tak samo "zepsuci" i "zdemoralizowani". Z początku narzekamy na ignorancję Brytyjczyków, a potem sami stajemy się ignorantami.

By zrozumieć ten mechanizm, najpierw trzeba zrozumieć co nas tak na prawdę różni.

O Polakach mówi się, że są kombinatorami. Pracowici, zapatrzeni w pieniądze, staramy się osiągnąć tyle, ile tylko się da. Marnujemy sobie życie i zdrowie starając się dotrwać do momentu, kiedy wyprawią nam wspaniały pogrzeb za pieniądze, do których udało nam się dojść. Żeby nas wspominali - "ten to dopiero miał jaja. A jaki był przedsiębiorczy, zasięrzutny i w ogóle..."

Dlaczego? Bo Polacy od zawsze mieli problem z egzystencją. Krąży nawet takie stare powiedzenie, że młodzi uważają, że pieniądze są najważniejsze w życiu, a starzy... są po prostu tego pewni. Ta mania zrobiła z nas maszyny. Stawiając czoła życiu, staramy się wiązać koniec z końcem. Dotrwać od pierwszego do pierwszego. Przeżyć. Właśnie. Przeżyć, a nie - żyć. Zawsze to było dla nas problemem. Nie potrafiliśmy korzystać z uroków życia.

A Brytyjczycy? W końcu dość drogi i bogaty kraj. A co robią jego mieszkańcy? Żyją. Na swój, osobliwy i całkowicie niezrozumiały dla nas sposób - żyją. Biorą co potrafią. Najważniejszą osobą w ich życiu są oni sami. Piją, ćpają i bzykają. Dlaczego? Bo to jest fajne i przyjemne. Bo po to się żyje, żeby z tego korzystać.

Czy my - Polacy - uważamy tak samo? Nie do końca. Bo nauczeni życiem szukamy wyzwań. To nas kręci. Chcemy się buntować, być sławni i bogaci. Jak uda nam się stanąć w końcu na nogi, staramy się zdobyć jeszcze więcej... i więcej... i więcej. I bardzo zważamy na to, co myślą i mówią o nas inni. Musimy być bardziej glamour od największych gwiazd filmowych.

To właśnie dzięki temu jesteśmy smakowitym kąskiem dla Brytyjskiej gospodarki. Wprowadzamy ruch w interesie. Korzystamy z ulg i walczymy o swoje ile tylko się da, przynosząc fortunę tutejszemu rządowi w postaci podatków.

Czy to sprawia, że jesteśmy lepsi od Brytyjczyków, którzy zwyczajnie chcą fajnie żyć?

Tego nie wiem. A Wy?

20 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 29 czerwca 2007 12:18:23.

Polska

Jak ktoś mi powie że tutaj jest wszystko w porządku to jest równie pojebany jak cały nasz rząd, ZUS i wszystkie te pojeby, które rozpierdalają nam kraj.

I nie - nie używam zbyt silnych słów. Gdyby istniały silniejsze przekleństwa też bym ich użył.

6 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 23 marca 2007 16:49:55.

Polak

I przyznaj się teraz komuś, że jesteś Polakiem.

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 22 marca 2007 14:13:15.

Wada wymowy

Życie na Wyspach, mimo wielu zalet ma również mnóstwo wad.

Jedną z nich jest fakt, że mówiąc po polsku zaczynam seplenić.

10 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 16 marca 2007 17:31:52.

Lekarstwo

Zdałem sobie właśnie sprawę dlaczego ostatnio zaliczam tak straszliwe doły emocjonalne. Zaczynam narzekać niewiadomo na co, a odpowiedź jest przecież oczywista.!

Od tych kilku dni, kiedy jedynie narzekam, nie grzebałem nic przy moim projekcie! Innymi słowy nie robiłem nic konstruktywnego. Dziś będę się "leczyć" i jak dobrze pójdzie i skończę pewien etap, to podzielę się skrinszotami! :D

Życzę sobie powodzenia :D

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja Ogólne Programowanie ; 07 marca 2007 17:46:58.

Konsekwencje pewnego pytania

- To dlaczego chciałby pan zmienić pracę? - zapytał mnie starszy jegomość z uśmiechniętą twarzą. W ogóle nie schodził mu z twarzy ten przyklejony uśmiech. Typowy manager starający się ukryć prawdziwe intencje pod delikatnym płaszczykiem wariactwa. Był pocieszny. Wprowadzał luźną atmosferę do rozmowy. Pozwalał popuścić trochę nerwy, skoncentrować się na pytaniu. Techniki relaksacyjne rodem z sali egzaminacyjnej. No ale przecież właśnie tego potrzebowali pytani.
Ja, na szczęście, miałem przygotowaną odpowiedź już od dawna. Nie potrzebowałem się specjalnie wysilać. Z rozbrajającą szczerością zacząłem mu opowiadać o problemach mojego pracodawcy, o mojej wewnętrznej potrzebie rozwijania się. Korzystałem z tych samych lekcji, co on. To była polityczna gra.

Wymiana zdań szła starym szablonem. Atakował mnie na przeróżne sposoby. Jego oczy krzyczały touche. Ja podchwyciłem ten jego entuzjazm podnosząc kolejne garde. Szkolono mnie do tego przez lata. Doświadczenie w tej materii miałem lepsze niż przeciętny człowiek.

Byłem z tego niezmiernie dumny.

Mimo to, po rozmowie czułem pewien niedosyt. Przewijałem w głowie film z całego dnia, sobie samemu wytykając błędy, które popełniłem w trakcie rozmów. Nie byłem z siebie zadowolony w ogóle. Duma też jakoś znikła.

Pusty niesmak nie do końca udanego dnia.

Mimo wszystko następnego dnia poinformowano mnie, że przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną śpiewająco i mogę rozpocząć pracę w prężnie rozwijającej się firmie. Kontynuować ten ciągły rozwój, na którym tak mi zależy.

Dopiero potem zaczął się horror.

Nowy świat, nowe wyzwania i wieczne problemy. Przełamywanie barier językowych i kulturowych. Zderzenie się z inną rzeczywistością. Nie gorszą. Inną. Początkowe problemy z poukładaniem sobie życia tasowały się niegrzecznie z wiecznym piekle w firmie. Odbiło się to silnie na postrzeganiu mnie jako kompetentnej osoby.

Czas na szczęście pomaga w wielu kwestiach. Również w tym przypadku, cierpliwość zajęła pierwszoplanowe miejsce w moim modelu zachowań. Niczym mnich z klasztoru Shao Lin pokonywałem kolejne trudności techniką zimna kropla drąży skałę nie siłą lecz ciągłym spadaniem.

Zaczęło działać. Wyuczona w ostatniej chwili technika przynosiła korzyści w stabilizacji i codzienności. Czasami jednak wciąż wybuchałem dziwnymi napadami złości wziętymi w sumie z nikąd. Powody były zawsze, ale w końcu nauczyłem się z nimi walczyć, prawda?

Koniec końców okazało się jednak, że główny priorytet przyjazdu legł w gruzach. Ów rozwój nie tylko nie istnieje. Ma wartość ujemną. Uwsteczniam się powoli wykonując robotę porównywalną do składania długopisów. Płacą jedynie lepiej i chyba tylko dlatego jeszcze tutaj jestem.

Ale gdzie w tym wszystkim logika?

Praca w poprzedniej firmie przyniosła mi może niezbyt wygórowane korzyści materialne, ale dawała pewnego rodzaju stabilizację. Dawała jednak nieprawdopodobną siłę w postaci rozwoju.

Chodziło się do pracy z przyjemnością. Nie z przymusu.

Tymczasem zamienił stryjek. Produkuję pieniądze metodą taśmową. Składam swoje długopisy, kalkulując sobie w głowie ile jeszcze wytrwam. Jak długo będę się musiał jeszcze męczyć i co mi to wszystko da.

Nie, żebym czegokolwiek żałował. Jest mi jedynie przykro, że to już nie pracownik ściemnia, żeby dostać pracę, a pracodawca, żeby zyskać pracownika. Świat stanął na głowie. Tak teraz ja na niej stanę. Zobaczę wszystko z innej perspektywy i może wymyślę w końcu jaki kolejny krok powinienem wykonać.

Nie koniecznie zaraz. Ale plan trzeba mieć. Bo to nie sama praca, co perspektywa wykonywania tego zawsze dewastuje najmocniej.

12 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 06 marca 2007 16:09:36.

Klient nasz pan

Jak zdołałem już to wyjaśnić w poprzednim wpisie - Anglicy są bardzo dziwni. Również od strony czegoś, co globalnie można nazwać usługami. Mimo wszystko, nasze polsko-amerykańskie podejście, że "klient nasz pan" (customer is the key) tutaj kompletnie nie działa.

Po raz kolejny magister głupoty zaatakował nasze nerwy i pozbawił nas telefonu i internetu raz jeszcze. Zapewne na kolejny tydzień. Całe szczęście, nauczony doświadczeniem, przestałem się już tym przejmować i zabieram dziś całą ekipę na piwo.

Bo co samemu robić w domu?

Po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że kombinatoryka tego kraju jest całkowicie sprzeczna z wszystkim, czego nas uczono od dziecka. Ignorancja jest tutaj jednak na bardzo wysokim poziomie.

Wspominam teraz słowa mojego ojca, który już przy wyjeździe do Wielkiej Brytanii przepowiadał mi przeprowadzkę znacznie dalej.

Miał rację.

Za kilka lat, kiedy moje nerwy będą już na wyczerpaniu, zaatakuję USA. Z tego co pamiętam - tam jest też przesrane, ale po amerykańsku. A przecież my - Polacy - już od dawna jesteśmy do tego amerykanizmu przystosowywani.

Tymczasem ostrzegam po raz wtóry - jeśli potrzebujecie coś załatwić w Wielkiej Brytanii - uzbrojcie się w stalowe nerwy i często przygryzajcie język. I tak nic nie wskóracie. A co się da załatwić samemu - róbcie.

No i powtarzam znów - unikajcie British Telecom jak ognia. Tam ignorancja jest wysoka nawet jak na Brytyjczyka.

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 01 marca 2007 14:09:46.

Jak to Polaków traktują na "ziemi obiecanej"

Wielka Brytania. Kraj absurdu dla wschodniej Europy. Kompletnie inna kultura, inne schematy zachowań. Ta inność bije z każdej możliwej strony. Inne podejście do świata i życia. Jakieś takie luźniejsze. Bardziej wyuzdane (pisałem już o tym).

Wielu Polaków traktuje Wyspy jak ziemię obiecaną. Skuszeni możliwością normalniejszych zarobków i bardziej dostatniego życia, zjeżdżają tu całymi stadami. Brytyjczykom to bardzo pasuje. Zabieramy im głównie prace, których nie lubią, bądź zwyczajnie nie chcą wykonywać. Wrzucamy im do kiesy pieniądze, poprawiając gospodarkę, podnosząc statystyki i - przede wszystkim - zwiększając jakość wykonywanej pracy.

Nie znaczy to jednak, że traktują Polaków dobrze.

Niejednokrotnie już pisano o tym na wielu forach dyskusyjnych, portalach i innych pierdołach. Jesteśmy inni. To wystarczy.

Sami po części też sobie temu zawiniamy. Polaczkowe kombinatorstwo zmusiło angoli do zmian. Lepsze zabezpieczenia, mniejsza ufność wobec obcych. Ale są gorsi.
Dla przykładu - dom. Pełen Polaków. Wynajęty na spółkę od Hindusa. Mieszkanie na kupie jest tu dość często spotykane. Wielka oszczędność. Ludzie oszczędzają, chcąc zarobić jak najwięcej i wrócić do kraju. Z czasem się stabilizują, kupują sobie "polepszacze życia" w postaci komórek, iPodów, telewizorów plazmowych, kin domowych. Samochody używane są tu tańsze, więc i w to się ludziska pakują.

Pieniądze trzymają w domu. Nie ufają bankom, a banki im. Jeszcze do niedawna ciężko było założyć konto nie posiadając dowodu zatrudnienia i mieszkania pod danym adresem. To pierwsze - trudne do dostania przy pracach dorywczych. To drugie - niemożliwe, kiedy się mieszka na kupie i rachunki przychodzą na jedno nazwisko.
Trzymają zatem wszystko w domu.

Któregoś popołudnia (wieczora), wracają wyczerpani z pracy i zastają wymienione zamki. Dom jest pusty. Hindus wszystko wywiózł i sprzedał. Gotówkę też zgarnął.

Ot, epizod z życia na obczyźnie.

Tym wykształconym, z zawodem mniej fizycznym, jak księgowi, architekci, programiści. Oni mają łatwiej. Pracują w dużych firmach posiadających wyraźnie w statutach zaznaczone, że nie wolno poniżać. Nie ważne z jakiego powodu. Płci, rasy, czy wyznania. Nawet orientacji seksualnej. To też bariera dla Polaków. My przywykliśmy poniżać. Zazwyczaj wszystkich dookoła.

Najbardziej boli jednak różnica kulturowa. Czasami ciężko się porozumieć. Nie ze względu na język. Ze względu na podejście. Brytyjczycy boją się kłótni. Nie przyznają się do błędów. To normalne. Konstruktywna krytyka jest tutaj tematem tabu. Boją się jej wszyscy. Bo to niegrzeczne, niemiłe. To poniżanie, które jest zabronione.

Ot, kolejna zagwozdka.

Chyba głównie z tych powodów pracuje się razem, ale osobno. Wystraszeni poziomem naszej wiedzy i innością kulturową, biorą nas na dystans. Możecie z nimi wyjść na lunch. Pod warunkiem, że się wprosicie, bo im nie wypada odmówić (to poniżanie, przecież!). Sami tego nie zaproponują raczej. Boją się nas.

Polacy zaczynają się wtedy zbijać w grupki. Imigranci. Wzajemnie plują sobie w brodę, że tu są, ale wracać nie chcą. Bo pieniądze. Bo przecież jest lepiej.

Jest inaczej. To nas ciągnie. Staramy się za wszelką cenę być lepsi, mieć lepiej, czasami pakując się jedynie w kłopoty.

Czy ja tu zostanę na zawsze? Raczej nie. Ale nie wrócę do kraju. Pojadę dalej. Bo życie mam całe na zwiedzanie. A tych dystansowców nie zdzierżę całego życia. Ich kultury nie połknę, bo jest głupia.

Wbrew pozorom, moi drodzy, to naprawdę kraj Monty Pythona. I jest tu dokładnie tak jak w tych skeczach.

Brytyjsko.

8 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 28 lutego 2007 14:04:00.

Jest lepiej

Jest troszkę lepiej.. Internet już działa, a ja wyrwałem moją kasę za ten TV, co to nie potrafili mi go dowieźć. Niewiele dołożywszy kupiliśmy takie cacko. Dorzucimy do tego pakiet Sky i będzie cacy.

Ale na sprzęt trzeba czekać do poniedziałku. Cholera. Nie obejrzę jutro Top Gear'a. Szkoda.

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 17 lutego 2007 14:28:01.

O tym jak nie umiem mówić po angielsku

Nie należę do ludzi, którzy chcą się wypierać tego co napisali. Dlatego zostawię sobie poprzedni wpis dla pamiątki, wraz z wszystkimi komentarzami.

Przykro mi jedynie, że ludzi bardziej interesuje jak napisałem, a nie o czym napisałem. Ale to chyba już pewne zboczenia narodowe. Filologiem angielskim nie jestem. Jestem zwykłym informatykiem, którego zaczyna już irytować totalna ignorancja tego kraju. I nie ogranicza się to jedynie do wspomnianego BT.

W zeszłą niedzielę kupiłem telewizor. Oczywiście używając karty debetowej, bo takiej gotówki ze sobą nie noszę. Telewizor był w uszkodzonym pudełku, ale zdawał się nienaruszony. Działał. Przez kilka godzin. Potem przestał.
Ponieważ wykupiłem sobie Customer Care kazałem im przywieźć nowy a ten zabrać. Odmówili, mówiąc, że musieli by najpierw poprzedni przywieźć, żeby go zabrać bezpośrednio z mojego mieszkania.

Cóż było robić? Dodźwigałem te 32 cale z powrotem i następny kazałem sobie dowieźć do mieszkania. Burkali coś o 3 tygodniach oczekiwania, ale szybko zostało im to wybite z głowy. Mieli przywieźć wczoraj.

Cały dzień miał ktoś siedzieć w domu, żeby czekać na durnego dostawcę, który postanowił sobie nie przyjechać.

Dziś dzwoniąc do nich dowiedziałem się, że był (nie był) ale nikogo nie było w domu (było mnóstwo osób). Dzwonił do mnie na komórkę (nie dzwonił), ale nikt nie odbierał (odebrałbym z całą pewnością). Do tego ubzdurali sobie, że płaciłem gotówką, kiedy płaciłem kartą. Wielki burdel.

Powiedziałem, że nie chcę już tego telewizora, tylko z powrotem moją kasę, bo sprzedają uszkodzone telewizory nie potrafiąc nawet ich dowieźć do domu!
Na to kochana pani z telefonu powiedziała, że najpierw to oni muszą do mnie dojechać i ja muszę im powiedzieć prosto w oczy, że mam ich w d...

Powiedziałem, że powiem to prosto w oczy ich managerowi jutro rano, jak będą mi robić u nich w sklepie problemy ze wzrotem pieniędzy, a jak tego nadal nie będą chcieli zrobić z umową Customer Care, którą od nich mam, pójdę sobie najpierw na policję zgłaszając wymuszenie, a potem pójdę do gazety (w końcu pracuję w News Corporation, więc nie będzie z tym większego problemu).

Zmienili ton.

Zobaczymy co powiedzą jutro.

Wniosek jednak jest jeden. Ten kraj jest pełen debili i ignorantów. Oni chcą pomóc. Ale są na to za głupi. W porównaniu z Polskim chciejstwem do zrobienia wszystkich na szaro i zwykłego złodziejstwa, jest trochę lepiej, ale rezultat jest taki sam.

Niestety.

Co ciekawe - nadal nie umiem mówić, ani pisać po angielsku. Ale i tak mówię i piszę lepiej niż większość, bo anglików jest tu znakomita mniejszość. U mnie w pracy akurat są sami rodowici angole, ale te wszystkie prace nosiciela kabelków z BT, czy dostawcy ze sklepu na pewno są obsadzone przez importowanych pseudo-niewolników.

Żal mi ich. Bo inżynier dostanie za swoją pomyłkę przynajmniej ochrzan. A przecież jest tylko głupi.
Tak samo kierowcy. Za składanie fałszywych zeznań (mam dowody, że kłamie) może zostać wywalony. A on też jest tylko głupim towarem importowanym.

Jak ja.

5 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 16 lutego 2007 10:41:20.

British Telecom is a company full of idiots!

Why do I write this note in English? Because of target readers. And Google. Let it be indexed right!

If you EVER would like to be BT customer... DON'T!

I've ordered land line with broadband Internet. It took them FOUR FUCKING WEEKS to make it happen. Of course everything was a problem. They couldn't find my flat, they sucked me out of the money because they haven't had any idea if this building exists and asked for deposit... PLUS additional 120 quid... because nobody had any BT line in there yet... So I had to pay for something that is written to be free.

But this is only beggining of the story. Obviously DSL router that they've given me can be managed only through WINDOWS. Cute. But I'm using Mac. What then?

Ouch! I need a Windows only to instal FUCKING router!!!!!!

But the best action happened yesterday. Suddenly my internet stopped working... I was trying to reconnect it somehow. Without any success. I called from BT land line to realise that.... MY NUMBER HAS CHANGED!

What happened!? Some fuking moron that is named as an Engineer (obviously he has Banchelors degree for being a complete idiot of course) accidently discinnected my line in the nearest cross-box. And... connected it somwhere else... Because it is a different number... my services ARE NOT WORKING.

Another idiot on a hotline informed me that it is obviously MINE MISTAKE and I will pay for the service.

....

THE FUCKING WHAT!?!?!?!?!

Of course I've informed him that this is THEIR mistake and it is BT that will pay for this. I want to have it fixed by yesterday.
At least they said sorry and booked Engineer (of idiocy of course) for a next day to fixed. Early in the morning.

Day has passed. Nothing works. So I am calling them again...

...

To be informed that Idiot-Engineer has no time and booked me for SATURDAY!

This fucking bastards are thinking that they can do anything and not paying for their mistakes!!!

I will wait. My calls are recorded. I already told them that I will not pay any bills for that period, because another guy can now call a fucking Hong-Kong on my account. Of course they tried to tell me that this won't be the case and so on. But now I don't believe them eny more.

It is more than obvious that whole story will end in the court.

A lot of trouble.

And why?

Because BT employees are complete morons! That's why!

So if you have an alternative - order from someone else.

If you don't - either be ready for long weeks in court, either have a lot of money to spent on nothing.

Otherwise - DON'T TAKE ANYTHING FROM BT!

It's not worth it.

16 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 15 lutego 2007 17:15:56.

Jak poszedłem do fryzjera

Poszedłem do fryzjera. Musiałem, bo wyglądałem już jak zakurzona miotła. Lekko nie było. Ale od początku.

Wypytawszy ludzi z firmy, gdzie warto, a gdzie nie warto iść, skierowano mnie do miłego miejsca o dźwięcznej nazwie "Toni & Guy". Bardzo miłego miejsca. Pewnie dlatego, że pracują tam jedynie panie. Do tego bardzo apetyczne. Ubrane jak przystało na apetyczne fryzjerki - skromnie. Z fajnymi fryzurkami i szerokimi uśmiechami. Kilka było grubszych, ale do mnie uśmiechnęła się akurat ta najładniejsza i od razu do mnie podbiegła.
Oczywiście, że chciałem strzyżenie! Ale dlaczego muszę się umawiać?
Wpisałem się na listę oczekujących i wróciłem do pracy. Odsiedziałem swoje i wróciłem o wyznaczonej godzinie.

Ta sama, ładna blondyneczka podbiegła do mnie, wzięła (czy też raczej ściągnęła) ze mnie kurtkę, dała bialusi fartuszek i posadziła na fotelu. Wypytała co bym chciał i jak, po czym oddała w ręce trochę grubszej, która z wielkim namaszczeniem umyła mi głowę.
Oj już nie pamiętam jak to jest, kiedy ktoś myje moją głowę za mnie! Było przecudnie!

Wróciłem na fotel fryzjerski i z miejsca zaproponowano mi kawę.
Odmówiłem.
Chciałem jak najszybciej być po wszystkim.
Moja blondyneczka wzięła się do roboty, gaworząc (ale nie przesadnie) ze mną na tematy wszelakie. Co planuję w ten wspaniały dzień, jak się czuję, gdzie pracuję, dlaczego chce mi się mieszkać w tym wielkim Londynie itp.
Odpowiadałem sobie grzecznie i poddawałem się zabiegom. Zacząłem pojmować to skomplikowane słownictwo, jak "faktura włosów", tudzież "fakturowanie włosów". Wypytywała mnie o wszystko i informowała o każdym kroku, jaki poczyna z moimi włosami. Aż za wiele razy musiałem ją informować, że to ona jest specjalistką i że oddaję się całkowicie w jej ręce.

Przed suszeniem, spryskała mi głowę jakimś dziwnym środkiem, który podobno zapobiega niszczeniu się włosów pod wysoką (no przecież!) temperaturą suszarki. Nawoskowała mnie grzecznie i wręczyła śliczną wizytówkę z prośbą, że jak przyjdę jeszcze kiedykolwiek, to koniecznie do niej, bo się jej miło rozmawia.

Sophie. Ładne imię. Pasuje do niej. Mnie też się podobało, ale mam dziwne wrażenie, że jej chodzi po prostu o procent, który na mnie zarobi.

Z drugiej strony jest najładniejsza i najładniej się uśmiecha. Na pewno o nią poproszę następnym razem.

Tylko czemu tak drogo!?

6 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Emigracja ; 14 lutego 2007 18:21:04.