Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

DISKLEJMER

Chwilowo brak disklejmera :P

-- Bazyl

Z serii: Nudzi mi się, więc robię durne testy

Wychodzi na to, że jestem normalny ;]

DisorderRating
Paranoid:Low
Schizoid:Low
Schizotypal:Low
Antisocial:Low
Borderline:Moderate
Histrionic:Moderate
Narcissistic:Moderate
Avoidant:Low
Dependent:Low
Obsessive-Compulsive:Low

-- Personality Disorder Test --
-- Personality Disorder Information --

4 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 30 maja 2007 16:42:43.

Idąc za Wampirkiem

Sam wklejam swój własny profil

Read my VisualDNA     Get your own VisualDNA™
Nic dodać, nic ująć...
Dzięki, Wampirek

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 29 maja 2007 23:38:40.

Dla tych co narzekają na MacDonalda

Narzekasz na fast food?

Całkiem słusznie.

Narzekała też 14stoletnia Charlene Downes, która na tyłach jednego z kebab-shopów w Londynie spotykała się z ciemnymi typami w celach handlowych.

Handlowała tyłkiem.

Sprawa się jednak rypła, gdy zbyt jasno dała do zrozumienia swojemu klientowi - właścicielowi kebabowni - Iyadowi Albattikhi - że jak nie zapłaci jej, to pójdzie na policję.

Starszy (54 lata) pan w afekcie ją udusił.

Bardzo niemiły koniec tej historii ma jednak ciekawą pointę.
By pozbyć się "śladów", pan z pomocą swej małżonki, pociął ciało 14stolatki na kawałki i dodał do swojego mięsa na kebaby.

Dlatego chyba, aż 4 lata trwała sprawa. Ciężko szukać dowodów w cudzych żołądkach.

A wszyskim miłośnikom takiej kuchni, życzymy smacznego.

28 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Prasówka ; 25 maja 2007 13:42:30.

Policjantem być

Ostatnimi czasy, bycie policjantem wiąże się coraz bardziej z obszarami bardziej intymnymi.
Angielski glina - Richart Browen, udowodnił to po raz kolejny, kiedy po złapaniu pani, próbującej ukraść samochód, zaczął się na jej oczach masturbować i dobierać do paska jej spodni.

Wniesiono więc do sądu pozew o próbę gwałtu.

Tym razem pani wyraźnie nie pochodziła z branży porno i po prostu chciała nową brykę.

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Prasówka ; 25 maja 2007 12:24:43.

Zbieranko

Moda na uczestniczenie w imprezach charytatywnych rośnie.

Ostatnio pląsające na scenie Kylie M. i Sharon S. uzbierały ponad 300 tys. funtów dla biednych dzieci.

Chociaż tak naprawdę większa część tej kwoty została uzyskana z jednej aukcji:
sprzedawano całusa od Żorża Kluneja. Anonimowy pan biznesmen wygrał ją w końcu kwotą niemal 180 tys funtów, po czym wręczył w prezencie swojej już nieanonimowej małżonce.

W sumie, ciekawa sprawa. Sławy zaczynają się sprzedawać dla biednych.

Ot takie charytatwne cichodajki.

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Prasówka ; 25 maja 2007 12:02:14.

Urozmaicenie

Starsza niemiecka para - pan Jochen Ranstett i jego małżonka Maria - postanowiła sobie urozmaicić nieco życie seksualne.

Natura pozwalała im na igraszki nawet w tak późnym wieku (56 lat). Nudziło ich jednak zwyczajne bzykanko, więc zakupili trochę sprzętu do BDSM.

Starość jednak nie radość, bo choć pamiętali jak TO się robi, to zupełnie zapomnieli gdzie posiali kluczyk do tego ustrojstwa.

Na całe szczęście telefon był w zasięgu ręki, a straż pożarna podejmuje każde wyzwanie.

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Prasówka ; 24 maja 2007 14:59:18.

O plusach bycia pornogwiazdą

Milusia, 21-letnia gwiazda porno, pani Justis Ritchert (znana w tym światku jako Barbie Cummings), zgłosiła się na policję.

Okazuje się, że podczas zatrzymania, gdy wlepiano jej mandat, niejaki pan James Randy Moss, znalazł w jej samochodzie narkotyki. Stwierdził więc, że niczego nie widział, jeśli pani mu zrobi loda.

Laska robi to chyba na tyle często, że przystała na warunki.

Problem jednak w tym, że poczuła się nie w porządku. Prusząc sobie głowę popiołem, przyznała się do wszystkiego. Wyroku nie odsiedzi. Odsiedzi za to gliniarz, który nieopatrznie pomyślał nie tą częścią ciała co trzeba.

Panu współczujemy problemów z niedokrwieniem, pani statusu leśnego ssaka.

Z drugiej strony status gwiazdki porno jej pomógł. Nie każdej przecież glina złożyłby taką propozycję.

Chociaż... to blondynka. Może próbował chwytu "na alkomat"...

1 komentarz. Poziom: 0; Kategorie: Prasówka ; 24 maja 2007 14:05:32.

Jeszcze trochę o napisach dot org

Tak, pozamykali ich. Tak, też mnie to irytuje. Ale może się wytłumaczę
Ja sprawę widzę dość oczywistą.
Tak - tłumaczenie filmów nie jest nielegalne. Ale synchronizacja ich do nielegalnych kopii oraz samo publikowanie już jest.

Mimo to, w większości krajów cywilizowanych jest to swego rodzaju “martwe” prawo. Tak jak posiadanie nielegalnej kopii windowsa w domu. Dlaczego?

Ponieważ zarobek producenta (oparty na sprzedaży produktu) pozostaje niezachwiany, a piractwo, nomen-omen, często pomaga. Jeśli masz w domu nielegalnego windowsa, to przyzwyczajasz się do niego na tyle, że przy pracy, też z niego korzystasz. Proste, prawda?

Mnóstwo ludzi i tak kupi film/grę/program, która mu/jej się podoba.

Oczywiście nie dotyczy to w takim stopniu Polski jak zachodnich krajów. Jest to - oczywiście - powodowane stosunkiem zarobków do cen tychże produktów.

Cały ten fajans, podniesiony przez debili - dystrybutorów, wynika z faktu, że oni rzeczywiście czują, że tracą kasę. Polska mentalność zawsze była i zawsze będzie podążała krokiem szmalu. Więcej, za jak najmniej - najlepiej darmo.

Poleje się krew z całą pewnością. W metaforycznym rozumieniu tego słowa. Będzie wielka batalia, kolesi skażą, a światek tłumaczy/warezowiczów uderzy ze zdwojoną siłą.

Może być nawet tak, że wybuchną zamieszki.

Dlatego właśnie rozumiem obie strony. Bo obie są polakami (przez małe p). Pojęcie “mieć więcej” zaciemnia im oczy. Tłumacze chcieli troszkę sławy ukrytej pod płaszczykiem altruizmu, za co im się oberwie. A dystrybutorzy szumu, który ma zmusić ludzi do kupowania oryginałów. W rezultacie zaczną tracić, bo ludzie z niechęci przestaną kupować filmy/chadzać do kina, a kolejne trzy miliony Polaków, po douczeniu się angielskiego wyjedzie za granicę.

Ot i mała paranoja małego kraiku nad Wisłą.

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 21 maja 2007 13:25:50.

Kolejny fragment (Brytyjska poprawność)

Zachęcony troszkę ostatnimi komentarzami, wklejam inny kawałek moich wypocin.
Od razu zaznaczę, że materiał jest przeplatany dwoma rodzajami "kawałków". Pierwszy z nich to opisowy. W nich tak na prawdę się coś dzieje. Tak jak ten fragment wstępu, który wklejałem wczoraj.

Drugi zaś, to rozmowy. Są to tak zwane scenki komentujące. Wprowadzające w świat, jaki jest tutaj stworzony. Jedno i drugie jest dość ważne i następuje tak naprawdę obok siebie. Staram się zwyczajnie zbudować odpowiedni nastrój, żeby odpowiednio skonstruować całość materiału.

Kawałek, który tutaj prezentuję, pozostawia wiele niezamkniętych objaśnień. Jest to zrobione bardzo celowo. Każdy z nich znajdzie swoje miejsce w odpowiednim miejscu i czasie.

Po raz kolejny zachęcam do komentowania.

No ale już dość pieprzenia :) Oto obiecany kawałek o tytule Brytyjska poprawność

Oto on. Rozpoczął swój kolejny, schematyczny dzień. Właśnie wbiega na stację. Zaraz za nim człapie trochę wyższy jegomość. Pilnuje, żeby nie stracić Roberta z oczu. Przeciskają się przez strumień ludzi zmierzających do wyjścia, żeby złapać pociąg, który odjeżdża za niecałe dwie minuty. Robert oczywiście znajduje jeszcze chwilę, żeby chwycić za darmową gazetę i w momencie, kiedy rozlega się pisk ostrzegający przed zamykającymi się drzwiami, wpada do wagonu.

Obaj zdyszani patrzą na siebie, krzywo wyginając usta w niemym uśmiechu. Zdążyli. Jak zawsze.

Towarzysz Roberta to Krystian. Przyjechał do miasta ledwo wczoraj. Zatrzymał się w ciasnym pokoiku Roberta i dziś chce obejrzeć okolice, w której przyjdzie mu pracować i być może mieszkać. Obaj zajmują strategiczne miejsca przy drzwiach. Krystian czuje się jeszcze troszkę zagubiony. Mieszkał całe życie w mieście, które uważał za duże. Wielkość Londynu jednak troszeczkę go przytłacza.

- Jak tam nasi nowi towarzysze pracy? - pyta po chwili milczenia.
- Zależy o co pytasz - odpowiada Robert. - Ciężko skwitować to jednym zdaniem.
- No czy uprzejmi, mili. Czy da się z nimi pogadać i w ogóle.
- Trudno stwierdzić jednoznacznie. To Brytyjczycy.
- Wymijasz się troszkę od odpowiedzi - irytuje się Krystian.
- Wręcz przeciwnie - rzecze Robert. - Brytyjskość polega na stwarzaniu pozorów.
- A jaśniej?
- Znasz stereotypy Brytyjczyka? - pyta Robert. - Wiesz, ten wykrzywiony system wartości. Jak w Monty Pythonie na ten przykład.
- Monty Python to komedia.
- To się jeszcze zdziwisz.

W tym momencie otwierają się drzwi i obaj wypadają na peron. Truchtem dobiegają do schodów i niemal sprintem przebiegają na peron obok, gdzie przyjdzie im chwilę poczekać na kolejny pociąg. Robert zaciąga Krystiana trochę dalej od schodów, wypatrując miejsca w okolicy obszaru, gdzie zaparkuje przedostatni wagon. Lekko zdyszany Krystian nie ukrywa swojej irytacji.

- Sądzę, że troszeczkę przesadzasz z tą opinią o Anglikach.
- Brytyjczykach - poprawia Robert. - Uważaj jak ich nazywasz.
- No ale jesteśmy w Anglii, prawda?
- Owszem. Ale jak trafisz na przykład na Szkota, to będzie już to dla niego afront. Może się to źle skończyć. Oni mają zdecydowanie za krótki nerw. Jak Polacy.
- Angole?
- Nie! Szkoci. Angole są pewnego rodzaju przeciwieństwem. Każde zdanie międlą w ustach dwadzieścia razy, zanim skonstruują odpowiedź.
- Czyli są po prostu ostrożni w słowach. To dobrze!
- Nie dobrze! Nie tyle są ostrożni, co poprawni politycznie - nadąsa się Robert. - Bardzo ciężko jest wykryć co naprawdę sądzi, czy uważa na dany temat.
- Poważnie? - dziwi się Krystian.
- Nawet bardzo poważnie - przytakuje Robert. - Ja do dnia dzisiejszego nie wiem, co sądzi o mnie grupa, z którą pracuję. Wszyscy są przemili aż do zrzygania. To raczej źle wróży.
- Czemu tak uważasz? Może po prostu pasujesz do nich.
- Nie pasuję na pewno. W tym właśnie rzecz.

Ciężki do zrozumienia, nosowy głos właśnie powiadamia o zbliżającym się pociągu na ich peron. Niestety, ma on jechać w inne miejsce, niż nasi imigranci. Krystian nie wytrzymuje i wypluwa kilka przekleństw na ten temat. Robert jedynie się uśmiecha.

- Patrz na przód pociągu - mówi. - Jest bardzo prawdopodobne, że temu debilowi znów się coś popieprzyło. Zdarza mu się to aż nazbyt często.

I faktycznie. Pociąg, który właśnie wjeżdża na peron jedzie na lotnisko, a nie jak zostało ogłoszone - na północ Londynu. Robert uśmiecha się kwaśno i wsiada do pociągu, ciągnąc za sobą, lekko zdziwionego Krystiana.

- To on tak często?
- Prawie zawsze.
- I nikt tego nie zgłosił? Przecież koleś powinien stracić robotę za takie ruchy.
- Ty nadal nic nie rozumiesz.
- No chyba...
- Więc postaw sobie - zaczyna Robert - że Brytole są tak poprawni politycznie, że nigdy nie powiedzą nic złego na drugiego Brytola. Uważają to po prostu za tak ohydny afront, że zwyczajnie im nie przystoi.
- To jak oni tu pracują? Przecież tak się nie da!
- A czy ja powiedziałem, że pracują?

Pociąg terkocze, mijając kolejne stacje. Obaj stoją w milczeniu. Nie zajmują miejsc. Tłok może nie jest zbyt wielki, ale wychowanie coś w nich jednak wypracowało. Co chwilę, gdy na kolejnych stacjach zwalniają się jakieś miejsca siedzące, pierwsi dopadają ich młodsi, nie patrząc na starszych ludzi, którzy nadal sapią naszym imigrantom nad uchem.

- Ale niewychowana swołocz! - irytuje się Krystian.
- Mój znajomy zwykł ich nazywać "małymi bydlądkami".

Obaj parsknęli śmiechem, zwracając na siebie uwagę większości pasażerów. Ale tylko na ułamek sekundy. Po chwili wszystko powraca do normy. Krystian jednak zaintrygowany sytuacją, zaczyna oglądać się na ludzi.

- Przestań - zwraca mu uwagę Robert.
- Co mam przestać?
- Gapić się na ludzi.
- To też tutaj jest niegrzeczne?
- Oj, nawet bardzo. Nie wolno ci i już.
- Ale to bez sensu! Po to ma się oczy!
- Oczy masz do oglądania się za laskami, nie do gapienia się na ludzi w metrze.
- Nie rozumiem znów.
- Spoko, nauczysz się.

Krystian nie ma siły już poruszać tematu. Milczy i tylko co jakiś czas spogląda na Roberta, który tonie w lekturze lokalnej gazetki o dźwięcznej nazwie "Metro". Co jakiś czas wykrzywia się w uśmiechu, czytając kolejne artykuły o tym, co danego dnia zrobiła jakaś znana, lokalna osobistość oraz komu wrazili nóż w plecy i dlaczego. Co jakiś czas komentuje jakiś kawałek Krystianowi, który zdaje się nie zwracać na niego uwagi.

- Dziwny się zrobiłeś tutaj - wypomina mu. - Śmiejesz się z jakiś biednych ludzi. A przecież powinieneś łyknąć tej ich brytyjskości choć na tyle, żeby nie komentować innych.
- Ale oni robią to samo - uśmiecha się Robert.
- Jak to samo? Sam przed chwilą powiedziałeś, że to afront zwracać na kogoś uwagę, czy wypominać mu błędy.
- Owszem - przytakuje Robert. - Ale nie dotyczy to tych wspaniałych celebrities, czy morderców i ofiar.
- Bez sensu.
- Właśnie nie bez sensu - odpiera zarzuty Robert. - Te ludziska są tak wymęczone swym udawaniem, że komentują i oglądają ludzi, którzy są wystawieni na widok publiczny. Są publiczni, więc im wolno. I koło się zamyka.
- Jakoś jest to dla mnie niepojęte.

Pisk drzwi. Obaj wybiegają prosto na kolejne schody, dopadają bramek wyjściowych, po czym szczęśliwi, że zdążyli przed tłumem, dumnie kroczą do hinduskiego sklepiku. Robert chwyta butelkę koli, rzuca monetę na ladę i wychodzi razem z Krystianem na przystanek autobusowy przed budynkiem stacji metra.

- Wyjaśnij mi zatem jedną rzecz - zaczyna Krystian. - Jeśli tym babciom jest tak ciężko, dlaczego nie pogonią tych bachorów z siedzeń.
- Bo to by uwłaczało ich godności.
- Ale przecież się męczą!
- Nadal nie rozumiesz.
- A co tu rozumieć!? - wścieka się Krystian. - Przecież to zwyczajnie jest głupie.
- Nie głupie - uśmiecha się Robert. - Brytyjskie.

11 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 09 maja 2007 14:42:01.

Znowu to samo

Ja wiem, że wałkuję ten temat już enty raz, ale muszę spróbować raz jeszcze.
Kilkakrotnie podchodziłem do tematu. Tym razem jednak mam jakąś podstawę. Zamiast budować nowy, nieznany mi świat, użyłem tego, w którym żyję. Swoje własne emocje wyolbrzymiłem i przeobraziłem w coś innego.

Jakiego rodzaju to będzie materiał? Nie powiem. Dam Wam tylko kawałek wstępu. Możecie wyrażać opinie. Nawet te negatywne. I tak nie zmieni to mojego podejścia do tematu.

No ale jak obiecałem, to wklejam :)

Przedstawiam wam Roberta. Ma dwadzieścia pięć lat i jest najbardziej poukładaną osobą jaką znam.
Codziennie, równo o godzinie siódmej rano budzi go alarm ustawiony na jego telefonie komórkowym. Zawsze włącza go w tryb uśpienia, który przestawia czas budzenia o dziewięć minut do przodu.
Robi to dwukrotnie, więc w rzeczywistości wstaje o godzinie siódmej osiemnaście.

Plus dziesięć sekund na przetarcie oczu i dotarcie do kuchni.

W kuchni nastawia wodę na herbatę oraz parówki i biegnie do łazienki. Prawie nigdy się nie goli. W zamian za to nakłada żel na włosy. Nie dla wyglądu. Dzięki temu pamięta, żeby wieczorem umyć głowę. Śniadanie, które je mniej więcej 7.30 składa się z dwóch tostów posmarowanych solonym masłem, dwoma parówkami typu Frankfurter i odrobiną keczupu. W międzyczasie zawsze sprawdza pocztę internetową i wypija duży kubek herbaty.

Z domu wybiega 7.45 i z ledwością łapie właściwe metro. Zawsze wsiada dokładnie w trzecie drzwi drugiego wagonu od końca składu. Pozwala mu to na szybkie opuszczenie peronu po trzech stacjach, by zdążyć na metro w drugą stronę, które wiezie go na lotnisko. Stację przed lotniskiem wysiada, kupuje półlitrową kolę w hinduskim sklepiku i zapala papierosa.
Dokładnie, gdy zaciąga się nim po raz ostatni, przyjeżdża spóźniony zawsze 5 minut autobus, który zawozi go do pracy.

Klawisz power wciska zawsze o godzinie 9.03, rozpoczynając poukładany dzień korporacyjnego życia zachodniego Londynu.

Robert jest imigrantem. Przyjechał do Anglii w poszukiwaniu lepszego życia. Nęcony kolorowymi filmami i wielkimi pieniędzmi, ruszył na podbój świata.

Tak przynajmniej mu się wydawało.

W praktyce wykonuje prymitywną robotę przelewając z pustego w próżne przez cały dzień. I równo o godzinie 17.20 opuszcza biuro i idzie na przystanek autobusowy, z którego odjeżdża autobusem numer 203 dokładnie o 17.29. Korki sprawiają, że dopiero 18.11 dojeżdża na stację metra, gdzie pociąg zapchany przyjezdnymi na Wielkie Wyspy Brytyjskie wtacza się na peron czternaście minut później. I tym razem wybiera trzecie drzwi drugiego wagonu od końca, ponieważ wjedzie 23 minuty później na ten sam peron przesiadkowy i znów będzie biegł przed tłumem na peron obok. Tym razem wciskając się w trzecie drzwi pierwszego wagonu od początku składu. Powód? Ten sam. Wbiec przed tłumem na schody i opuścić stację końcową. Skręcić w lewo, zaglądnąć do sklepu, by kupić paczkę papierosów i jedno czerwone wino wytrawne.

Do domu dociera równo 19.07. O ile nie ma kolejki w sklepie.

Na kolację zjada cokolwiek i z komputerem na kolanach, przerzucając kanały lokalnej telewizji wypija całe wino.

Paląc ostatniego papierosa na balkonie i dopijając resztkę wina, patrzy w okna pubu na przeciwko. Nigdy tam nie zagląda. Głównie dlatego, że nie ma tam nic ciekawego, poza garstką starzejących się Anglików, którzy swoje smutki zalewają piwem.

Robert używa wina, bo jest szybsze i tańsze. I nie trzeba biegać do toalety tak często.

Wtedy jeszcze nie wiedział, że nadejdzie dzień, w którym nie napije się wina do wieczornej sesji przed telewizorem.

I nie zdawał sobie sprawy, że to niedopatrzenie doprowadzi do jego śmierci.

8 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Pieprzenie ; 08 maja 2007 00:37:44.