Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Powrót

Kiedy mi powiedziano, że za kilka dni wyjeżdżam z powrotem do Stanów byłem lekko zaskoczony. Owszem - potwierdziłem, że ewentualnie mógłbym pojechać, ale że nastąpi to tak szybko?

Moja kobieta, oczywiście nie byla z tego powodu szczęśliwa. Żeby było ciekawiej - mnie też raczej nie przypadła cała sytuacja do gustu. Ale wizja dodatkowych pieniędzy jednak zrobiła swoje.

Lot miałem zaplanowany w bardzo przedziwny sposób. Żadnych obcych krajów po środku. Od razu z Polski do USA. Na całe nieszczęście - polskimi liniami lotniczymi, a nie amerykańskimi. Na czym polega różnica? Zamiast 8miu filmów - są dwa. I to do tego średniej klasy. Do tego dostaje się tylko obiad i drobną kolację, zamiast jakiś 8śmiu posiłków w formie przekąsek. I jednak milsza obsługa jest w tym Hamerykańskim stylu.

Plusem natomiast było towarzystwo. Zgadałem się z dwoma polkami. Jedną lecącą do Chicago i jedną do samego San Diego - do chłopaka. Dziwna sprawa taka miłość na odległość. Szczególnie taką, gdzie już na pewno wiadomo, że jest to odległość większa od długości.

Zasadniczym udogodnieniem był również czas pomiędzy lotami. Upłynął spokojnie. Nigdzie nie trzeba było biegać. Na wszystkie loty zdążyliśmy jeszcze ze sporym zapasem czasu.

Kiedy usiadłem w samolocie do San Diego z właśnie nowo poznaną koleżanką, złapała nas jedna ze stiuardes, krzycząc do niej "Jaka jesteś śliczniutka!". Zatkało nas oboje. Była święcie przekonana, że laska ma góra 15 lat, a nie jak pokazywał jej paszport - 25. Potem zaczęła mi gratulować wspaniałej dziewczyny, przez co spłoneliśmy oboje czerwonym rumieńcem i znów poczeliśmy tłumaczyć, że fakt iż jesteśmy podobnie ubrani nie znaczy, że jesteśmy parą. Ona jedzie do swojego chłopaka, a ja OD swojej dziewczyny, nad czym ubolewam.

Mimo to od razu zasłużyliśmy na milszą obsługę i pełną uwagę, więc ostatni odcinek lotu przebiegł w bardzo miłej atmosferze, mimo ogarniającego nas już w tym momencie kompletnego wycieńczenia.

W San Diego - niespodziewanka! Oczywiście niespodzianie zaskoczyła jedynie moich towarzyszy podróży. Nasz bagaż znów został w Chicago! Biedne towarzystwo zaczęło obgryzać paznokcie, w przeciwieństwie do mnie. Z szyderczym uśmiechem na twarzy pokazałem żelazne zabezpieczenie w postaci dodatkowych czystych gaci i szczoteczki do zębów.

Z braku innego zajęcia, wzięliśmy więc auto i wyszukaliśmy naszego hoteliku. Apartament w takim samym standardzie jak poprzedni. Jaccuzzi i basen oczywiście jest na stanie, więc niczego nie straciliśmy i tym razem. Dzięki mojemu względnemu obeznaniu się w temacie, wszędzie trafiliśmy jak po sznurku, a mój towarzysz zaczął doceniać fakt, że poprzednim razem troszeczkę jednak po tych okolicach pojeździłem. "Ja bym się tutaj już zdążył z 15 razy zgubić!", stwierdził. "Jak wyście sobie wcześniej radzili!?" - ciągle był w szoku.

Szybka akomodacja została zwieńczona powrotem na lotnisko (znów z pomocą mojego pilotażu, który z wdzięcznością został przyjęty poraz wtóry przez Oktawiana. "Jeszcze nie ma państwa bagaży", powiedział miły pan za ladą, "ale samolot z nimi już wylądował. Proszę tutaj są vouchery na jedzenie, proszę sobie coś przekąsić i zapraszam z powrotem." Z propozycji skorzystaliśmy i po drobnej kolacyjce od razu zawinęliśmy bagaże i wróciliśmy do hotelu. Szybka kąpiel i w końcu zasłużony odpoczynek po wielogodzinnej podróży.

Ranek miał mi się zacząć późno, ale żołądek zbudził mnie już koło godziny 7dmej rano czasu lokalnego. Nie mnie jednego. Z wielką determinacją, zaczęliśmy szukać sklepu z żywnością. Nasz ulubiony market został już zamknięty, więc po krótkich poszukiwaniach dotarliśmy do nowego miejsca... Fajne jedzenie. Takie niemalże polskie. Tylko kurewsko drogie. I NIE MA KOLI!

Być w stanach i nie pić lokalnego przysmaku to zgroza. Przepytana obsługa, poinformowała nas z uśmiechem, że to sklep z tzw. zdrową żywnością i nie sprzedają takiej chemii. Więc objuczeni bagażami, ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, szukając normalnego sklepu.

Znalezienie takowego również nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Same zakupy również nie. Wybrane przysmaki w postaci koli classic i koli waniliowej, wylądowały w bagażniku, potem w lodówce, a my na kanapie.

"W końcu!", stwierdziłem zapijając ciepłą herbatką. Oszczędzam gardło, bo ledwo co wyszedłem z choróbska. Kola na później. "Czuję, że wróciłem"
"Ja też", rzekł Oktawian zapijając waniliówką. Wróciliśmy. Do Kalifornii - krainy snów. Do tej opowieści o tym, jak dwóch pracowników wybrało się w delegację i mieszkając w akademiku wyglądającym jak najdroższy polski hotel, po raz kolejny podbijają amerykańskie serca.

Albo na odwrót.

Co za różnica? :)

Sabayon

Genialny wpis. Czytam już trzeci raz ;-)

Jeszcze, jeszcze ^^

bazyl

to poczytaj te z poprzedniej mojej wizyty tutaj :) Może Ci przypadną do gustu :) Dział "podróze" ;]

Grabioza

Od razu widać, że tym razem jesteś w domu ;)
Udanego pobytu!

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code