Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

DISKLEJMER

Chwilowo brak disklejmera :P

-- Bazyl

Microsoft bankrutem?

Jakoś nie wydaje mi się, żeby obecna sytuacja firmy była naprawdę tak czarna jak to opisują. Mimo to, łezka się w oku kręci. Czyżby jednak? Zadufanie się w swoich produktach zaczyna im się odbijać sporą czkawką. Bo przecież jak ktoś może być lepszy?
Broniąc swoich interesów, starają się za wszelką cenę zniszczyć pozywających ich o monopol konkurentów. I to jest ok. Sądzę jednak, że konkurencja, która coraz bardziej widzi w tym swój interes, wyjdzie na światło dzienne. Któregoś dnia okaże się, że system początku ery komputerów nagle straci nie tylko tę 1/10 klientów. Jeno wszystkich.
Do tego, jednak, potrzeba nie tylko czasu, ale i wysiłku wielu mniejszych przedsiębiorców. Żal mi jedynie Polski. Bo mamy potencjał, by wyrwać sobie całkiem duży kawałek tortku. Problem jest w tym, że kacza gospodarka jest w jeszcze gorszej sytuacji niż Microsoft.

13 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Ogólne ; 27 czerwca 2006 22:52:25.

Up and running

Serwer znów na chodzie.
Zachęcam więc ponownie do wziecia udziału w wyścigu pt. "kto bardziej skrytykuje te wypociny :D

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Ogłoszenia ; 27 czerwca 2006 21:44:51.

Podsumowanie

Wyraźnie powiastka pozostawia wiele do życzenia. Nie trzyma się stylistycznie do klimatu, który powinna tworzyć. Nie jest dobrze. Wychodzi na to, że trzeba będzie to napisać jeszcze raz. Ale coraz bardziej powątpiewam, czy będę w stanie ten klimat utrzymać.

Porywam się chyba z motyką na słońce. Nie jestem jeszcze gotów do publikowania tego, co piszę. Brakuje temu wszystkiemu tego "czegoś", co sprawia, że nadaje się to do czytania. Przykra sprawa.

Dzięki jeszcze raz za feedback.

Może spróbuję jeszcze raz kiedy indziej.

Bardzo kiedy indziej.

1 komentarz. Poziom: 0; Kategorie: Ogłoszenia Opowiadacze ; 27 czerwca 2006 18:30:35.

Awaria

Wyraźnie serwer z opowiadaniem ma jakąś awarię. Nie jestem w stanie tego naprawić z takiej odległości. Trzeba poczekać. A szkoda. Liczyłem na szybką reakcję od ewentualnej publiki :) Wiem, że już przed padem 20 osób ściągnęło tę opowiastkę. Mam nadzieję, że pomożecie :)

1 komentarz. Poziom: 0; Kategorie: Ogłoszenia ; 27 czerwca 2006 08:28:29.

Rozdział pierwszy - wersja draft

No i stało się!
Kto jest chętny, niech czyta. Ale uprzedzam, że to wersja bardzo draft. Za wszystkie neidociągnięcia bardzo przepraszam.
A! I chętnie przyjmuję krytykę. Nawet (a wszczególności nawet) tę niepochlebną. Proszę mi wytykać błędy. Ja się dopiero uczę :)
No to miłego czytania pierwszego rozdziału!

8 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Ogłoszenia Opowiadacze ; 27 czerwca 2006 01:43:22.

Zemsta za próby

Odkąd powziąłem sobie za decyzję napisania opowiadania dla NFu, cała decyzja zaczyna się na mnie mścić. Niewinne opowiadanko zaczęło się rozrastać. Świat, który stworzyłem - wymykać mi się spod kontroli. Z dnia na dzień coraz ciężej mi się odpędzić od potrzeby zasiądnięcia przed komputerem, by rozwijać to niewinne opowiadanie.

Powoli zbliżam się do zamknięcia tegoż opowiadania. Niedopowiedzianego, niewinnego opowiadania, któego kontynuacja już jest zaplanowana na najbliższe 15 rozdziałów.

Najgorsze jest to, że plan ten był już od dawna. Ale nie w takiej formie. Wszystko było jak w schemacie. Może nic zaskakującego, ale była to moja historia. Teraz obraz się zatarł. Usunąłem ładnych parę rozdziałów. Teraz widzę do przodu nie wiele dalej niż dwa rozdziały. Ale widzę wyraźnie.

Niejednokrotnie mnie zachęcano, żebym pisał. Żebym tworzył, bo - może nie znam technik prawidłowego pisania - ale potrafię pisać. Zawsze się broniłem dwustronnym toporem. Z jednej strony było napisane "brak czasu", a z drugiej "brak pomysłu". Mam czas. Chwilowo. Na pewno za mało, żeby to rozwinąć po porządnemu. Ale nadal nie mam pomysłu. Czuję się, jakbym żył tą historią. Jakby ona żyła własnym życiem, podczas kiedy ją piszę.

Boję się, że wyjdzie z tego jeden wielki niewypał, ale Ci którzy mają dostęp do wyższych poziomów niebawem zobaczą pierwszy rozdział w całości. Gotowy do tego, by go poprawić.

Liczę na Was.

Żebyście pomogli mi przeżyć tę historię do końca...

1 komentarz. Poziom: 0; Kategorie: Ogólne Opowiadacze ; 26 czerwca 2006 06:32:44.

Istny Meksyk

Tak to właśnie wygląda.
Przekroczenie granicy w tamtą stronę było czymś niezwykłym. Obskrobane drzwi obrotowe, pozwalające wyjść, ale nie pozwalające wrócić. Żadnego sprawdzania paszportów. Nic. Kompletnie nic.
Zaraz za bramką - istny Meksyk. Ludzie wrzeszczący, zapraszający do swoich sklepów, namolnie proponujących taksówki. Ceny oczywiście zarówno w pesos jak i w dolarach. Ceny zawyżone. Ale to normalne.
- 23 dolary
- Co tak drogo? Tam dalej widziałem to samo za 15!
- Nie widział pan na pewno, sinor. 20.
- To ja idę tam się stargować do 10, do widzenia!
- Nie, czekaj pan. 15.
- Ale tam starguję do 10ciu!
- Mowy nie ma. Ja też muszę z czegoś żyć! 13!
- Właśnie sprzedał pan towar. Oto 13.


I tak dokładnie to wygląda. Jeśli nie będziesz się targować, obrazisz sprzedawcę. Nie można inaczej. Choć pod granicą inaczej to wygląda. Masa Amerykańców biorących wszystko jak leci. Utarg i tak i tak.
Przeklęty upał. Ten sam po drugiej stronie jest znacznie bardziej znośny. To pewnie przez tą gęstą zabudowę.
Znów ktoś trąbi. Strasznie nerwowi ci kierowcy. Jeszcze gorzej niż w Polsce. I ci meksykanie. Może to przez wychowanie na amerykańskich filmach, ale każden jeden wygląda jak zakapior.
Za to te kobiety...
Piękna, specyficzna uroda. Już wiem dlaczego amerykańce tam jeżdżą :) Aż mnie się zaszczepiło :P

Powrót był straszny. Ogromna, długa kolejka. Podobno krótsza niż ostatnio. Staliśmy tylko godzinę, a nie trzy. - Coś do oclenia?
- Nie. Chyba, że ta butelka tequili. Wie pan. Dla rodziców. Chcieli oryginalną flachę. Z robakiem.
- Nie, tego nie trzeba.
- Proszę pana?
- Tak?
- To nie jest amerykański paszport. Niech pan niemacha nim przez czytnik, bo nie rozpozna.
- Jak to nie... a... Polska? Nigdy nie widziałem tutaj Polaka. U was chyba teraz tak gorąco, nie?
- To wie pan gdzie to jest? Mało kto tutaj wie.
- Straż graniczna musi, nie?
- Zapewne.
Mam dość. To była straszliwa wycieczka. Ten wszechobecny uał, męczący ludzie, szaleni kierowcy i ten niepokój, czy ktoś zaraz nie sprzeda mi plomby za patrzenie się na jego dziewczynę. Ale na co innego tam patrzeć? Wyniszczałę auta... a sklepy? Trzy rodzaje sklepów. Co trzeci (DOSŁOWNIE! To nie jest przenośnia!) to apteka. Oczywiście bezreceptowa. Wszystko idzie kupić. Amerykańce oczywiście tonami wynoszą szemranego źródła środki przeciwbólowe, antybiotyki itp. Żałosne.
Oprócz tego burdele (wyraźnie nie tylko mnie się podobają meksykanki :P) z alfonsami zapraszającymi co krok na "erotyczny masaż" i sklepy z pamiątkami. Takowy sklep składa się z kilku podstawowych rzeczy. Poncza, Sombrera i srebra. W cholerę srebra po cenach dumpingowych. Oczywiście wszystko z Chin. Może poza srebrem :) Ale też dość sztucznie wygląda. No cóż. Amerykańce łatwo się nabierają.
Specjalnie wyszliśmy wcześniej, żeby minąć ten ścisk. I zadziałało. Jak wracaliśmy, dopiero ulice zapełniły się tysiącem amerykańców kupujących wszystko jak leci.

Mam dość. Nie podobało mi sie. Teraz siedząc w hotelu, stwierdzam, że najlepsze z całej wycieczki było przekraczanie granicy w stronę USA. To uczucie ulgi - w końcu.
No cóż. Wracając zobaczyłem bardzo fajną koszulkę na grzbiecie jakiejś amerykańskiej murzynki. Tzn sama koszulka była taka sobie. Natomiast napis na niej mówił wszystko.
The worst failure in the world is not to try...

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Podróże ; 25 czerwca 2006 02:14:29.

Inverloch po polsku

No wreszcie!
Doczekałem się polskiej edycji mojego ukochanego komiksu!
Co prawda trochę minie, zanim nadgoni oryginal, ale cóż... Może jakoś się to ładnie w czasie zmieści.

Zatem wszem i wobec ogłaszam i zapraszam! Oto Komiks Inverloch po polsku!

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Ogłoszenia ; 21 czerwca 2006 04:54:48.

Próba

Właśnie skonsolidowałem swoje wypociny do malutkiego opowiadanka na kilkanaście stron. Po namowie kilkoro znajomych, wysyłam je do nich po poprawki. A potem postaram się o publikację tego na łamach NF'u. Jak by się udało... Oczywiście to mrzonka, ale jeśli by się to powiodło... wtedy pomyślę nad skończeniem i publikacją całości.

A nóż widelec?

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Opowiadacze ; 19 czerwca 2006 23:04:28.

Dziurki

Kiedyś był pewien bardzo często opowiadany dowcip o dziurkach. W chwili kryzysu bracia Wright mieli bowiem się wybrać do pewnego indiańskiego szamana, który na odpadające ciągle skrzydła udzielił im rady nawiercenia dziurek u ich nasady. Swoją radę usprawiedliwiał w następujący sposób: "Kiedy rano wstaję i po kupie chcę podetrzeć tyłek, urywając papier z rolki nigdy nie mogę go urwać na tych cholernych dziurkach!".

Dowcip - owszem - był śmieszny. Ale zaczynam rozumieć jego głęboki sens. W Hameryce, faktycznie ciężko urwać ten papier na tych cholernych dziurkach!!!

Moje wytłumaczenie jest następujące: papier jest tu tak cienki, że rwie się przy każdym szarpnięciu. A w miejscu dziurek, czy raczej dokładnie pomiędzy nimi warstwa srajtaśmy jest jednak nieco grubsza, ponieważ maszyna dziurkująca rozepchała papier podczas dziurawienia. Zupełnie przypadkiem - papier w tym miejscu jest po prostu bardziej wytrzymały.

Czego nie można powiedzieć o reszcie. Nic dziwnego, że na jedno posiedzenie zużywa się pół rolki, skoro żeby nie uświnić sobie rąk trzeba się podcierać od razu 6ścioma warstwami "papieru".

5 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Podróże ; 14 czerwca 2006 18:22:08.

Tęsknię za Tobą, myszko...

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Ogólne ; 13 czerwca 2006 03:51:49.

Obcy

Czasami cieżko zrozumieć według jakiego klucza ludzie tutaj żyją. Szczególnie teraz, kiedy nie mamy specjalnie zbyt wielkiego towarzystwa. Ludzie z którymi pracowaliśmy wcześniej, zostali przeniesieni do innych projektów albo są na wakacjach. Polaków tu nie ma praktycznie w ogóle. Pozostali "przyjezdni" są zamknięci i nudni.

Widziałem już wszystko co chciałem zobaczyć. Towarzystwa nie mam tu wcale. Mieszkam niby w akademiku, ale co to za akademik. Ani pijaństwa, ani szaleńst... Zwykła cisza, jogging rano i siu - na uczelnię. Nie ma się nawet do czego przystosowywać.

Tymczasem wyprawą stało się samo wyjście do sklepu, kiedy najbliższe zostały zamknięte z powodu bankructwa.

Nuda!

Ileż można tak? Jak wytrzymać tutaj trzy tygodnie w niemalże pełnej izolacji od świata? Kiedy naprawdę nie ma do kogo nawet gęby otworzyć? Wchodzę do kuchni i wszystkie rozmowy natychmiast milkną. Szum wraca, gdy tylko po nalaniu sobie kawy, znikam z pomieszczenia.

Stanowczo nie lubią tu obcych. Takim więc pozostanie mi tutaj być. Trzy całe tygodnie.

Obcym.

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Podróże ; 13 czerwca 2006 02:42:30.

Powrót

Kiedy mi powiedziano, że za kilka dni wyjeżdżam z powrotem do Stanów byłem lekko zaskoczony. Owszem - potwierdziłem, że ewentualnie mógłbym pojechać, ale że nastąpi to tak szybko?

Moja kobieta, oczywiście nie byla z tego powodu szczęśliwa. Żeby było ciekawiej - mnie też raczej nie przypadła cała sytuacja do gustu. Ale wizja dodatkowych pieniędzy jednak zrobiła swoje.

Lot miałem zaplanowany w bardzo przedziwny sposób. Żadnych obcych krajów po środku. Od razu z Polski do USA. Na całe nieszczęście - polskimi liniami lotniczymi, a nie amerykańskimi. Na czym polega różnica? Zamiast 8miu filmów - są dwa. I to do tego średniej klasy. Do tego dostaje się tylko obiad i drobną kolację, zamiast jakiś 8śmiu posiłków w formie przekąsek. I jednak milsza obsługa jest w tym Hamerykańskim stylu.

Plusem natomiast było towarzystwo. Zgadałem się z dwoma polkami. Jedną lecącą do Chicago i jedną do samego San Diego - do chłopaka. Dziwna sprawa taka miłość na odległość. Szczególnie taką, gdzie już na pewno wiadomo, że jest to odległość większa od długości.

Zasadniczym udogodnieniem był również czas pomiędzy lotami. Upłynął spokojnie. Nigdzie nie trzeba było biegać. Na wszystkie loty zdążyliśmy jeszcze ze sporym zapasem czasu.

Kiedy usiadłem w samolocie do San Diego z właśnie nowo poznaną koleżanką, złapała nas jedna ze stiuardes, krzycząc do niej "Jaka jesteś śliczniutka!". Zatkało nas oboje. Była święcie przekonana, że laska ma góra 15 lat, a nie jak pokazywał jej paszport - 25. Potem zaczęła mi gratulować wspaniałej dziewczyny, przez co spłoneliśmy oboje czerwonym rumieńcem i znów poczeliśmy tłumaczyć, że fakt iż jesteśmy podobnie ubrani nie znaczy, że jesteśmy parą. Ona jedzie do swojego chłopaka, a ja OD swojej dziewczyny, nad czym ubolewam.

Mimo to od razu zasłużyliśmy na milszą obsługę i pełną uwagę, więc ostatni odcinek lotu przebiegł w bardzo miłej atmosferze, mimo ogarniającego nas już w tym momencie kompletnego wycieńczenia.

W San Diego - niespodziewanka! Oczywiście niespodzianie zaskoczyła jedynie moich towarzyszy podróży. Nasz bagaż znów został w Chicago! Biedne towarzystwo zaczęło obgryzać paznokcie, w przeciwieństwie do mnie. Z szyderczym uśmiechem na twarzy pokazałem żelazne zabezpieczenie w postaci dodatkowych czystych gaci i szczoteczki do zębów.

Z braku innego zajęcia, wzięliśmy więc auto i wyszukaliśmy naszego hoteliku. Apartament w takim samym standardzie jak poprzedni. Jaccuzzi i basen oczywiście jest na stanie, więc niczego nie straciliśmy i tym razem. Dzięki mojemu względnemu obeznaniu się w temacie, wszędzie trafiliśmy jak po sznurku, a mój towarzysz zaczął doceniać fakt, że poprzednim razem troszeczkę jednak po tych okolicach pojeździłem. "Ja bym się tutaj już zdążył z 15 razy zgubić!", stwierdził. "Jak wyście sobie wcześniej radzili!?" - ciągle był w szoku.

Szybka akomodacja została zwieńczona powrotem na lotnisko (znów z pomocą mojego pilotażu, który z wdzięcznością został przyjęty poraz wtóry przez Oktawiana. "Jeszcze nie ma państwa bagaży", powiedział miły pan za ladą, "ale samolot z nimi już wylądował. Proszę tutaj są vouchery na jedzenie, proszę sobie coś przekąsić i zapraszam z powrotem." Z propozycji skorzystaliśmy i po drobnej kolacyjce od razu zawinęliśmy bagaże i wróciliśmy do hotelu. Szybka kąpiel i w końcu zasłużony odpoczynek po wielogodzinnej podróży.

Ranek miał mi się zacząć późno, ale żołądek zbudził mnie już koło godziny 7dmej rano czasu lokalnego. Nie mnie jednego. Z wielką determinacją, zaczęliśmy szukać sklepu z żywnością. Nasz ulubiony market został już zamknięty, więc po krótkich poszukiwaniach dotarliśmy do nowego miejsca... Fajne jedzenie. Takie niemalże polskie. Tylko kurewsko drogie. I NIE MA KOLI!

Być w stanach i nie pić lokalnego przysmaku to zgroza. Przepytana obsługa, poinformowała nas z uśmiechem, że to sklep z tzw. zdrową żywnością i nie sprzedają takiej chemii. Więc objuczeni bagażami, ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, szukając normalnego sklepu.

Znalezienie takowego również nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Same zakupy również nie. Wybrane przysmaki w postaci koli classic i koli waniliowej, wylądowały w bagażniku, potem w lodówce, a my na kanapie.

"W końcu!", stwierdziłem zapijając ciepłą herbatką. Oszczędzam gardło, bo ledwo co wyszedłem z choróbska. Kola na później. "Czuję, że wróciłem"
"Ja też", rzekł Oktawian zapijając waniliówką. Wróciliśmy. Do Kalifornii - krainy snów. Do tej opowieści o tym, jak dwóch pracowników wybrało się w delegację i mieszkając w akademiku wyglądającym jak najdroższy polski hotel, po raz kolejny podbijają amerykańskie serca.

Albo na odwrót.

Co za różnica? :)

3 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Podróże ; 10 czerwca 2006 20:17:54.