Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Ostatni weekend w San Diego

"Nie śpij", krzykąłem do Wojtka, który radośnie zaczął już pochrapywać.
"Odezwał się", odparł przyglądając się mojej embrionalnej pozie na tylnym siedzeniu samochodu. Cholernie śmiesznie musiało to wyglądać. Dwóch dorosłych facetów na tylnym siedzeniu zmasakrowanego samochodu na pustym parkingu w środku nocy. Popijając zimną już pomarańczową herbatę zacząłem się rozglądać za jakimś przytulnym miejscem na zronienie siku.
"Która jest?", zaytał zaspanym głosem.
"Dochodzi druga", odparłem spoglądając na telefon komórkowy. "Ciekawe ile to jeszcze potrwa."
"Fajny weekend, co?"
"Odwal się."

Wszystko zaczęło się przez sobotnią wizytę na oceanie. W wietrzny dzień, firma zabrała nas na oglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku. Duża łódka, parę mil od brzegu i jakieś malutkie obłoczki wody sikajacej z płuc wielorybów, które zwyczajnie miały nas w nosie. Zresztą. Czemu się dziwić. Przez całe trzy godziny podróży jedynie przemarzłem i wypatrzyłem kilka delfinów, które ochoczo ścigały się z łodzią.

Do tego spóźniony samolot chłopaków i niepotrzebnie spędzone godziny na lotnisku. Nie było fajnie. Dlatego w niedzielę chcieliśmy odreagować.

"Wstawaj!", szarpnąłem Wojtka za ramię. "Jeszcze nie śpimy. Jeszcze tylko chwilka."
"Ta twoja chwilka trwa już prawie pięć godzin."
Co racja to racja... Obaj walczymy już ze snem. Zupełnie jak rano. Budzik o szóstej rano w niedzielę to jednak morderstwo. Ale podróż na pustynię w Nevadzie zabiera trochę czasu. Musieliśmy wyjechać wcześnie. W dwa samochody jechaliśmy bezdrożami, podziwiając okolicę. Niesamowite góry, przystanki co jakiś czas na grupowe zdjęcie. Albo ojciec z maksimum 12stoletnimi synkami na motorach crossowych atakujący suchą pustynię wznosząc tumany kurzowego piachu.

Kiedy dojechaliśmy do parku narodowego (O dźwięcznej nazwie "Drzewko Jezuego") i zapłaciliśmy haracz zaczęło się prawdziwe podziwianie. Góry kamieni wyglądające jak zrzucone tu przez człowieka. Wojownicze kaktusy, które zaatakowały Marcina na tyle poważnie, że łapa mu spuchła do wielkości ramienia, punkty widokowe, gdzie można zobaczyć dużą część parku i ten wszechobecny kurzowy piach prosto z westernów. Wszyscy byli zachwyceni, ale kiedy Oktawian wlazł na jakąś górkę po czym zniknął nam z oczu, zrobiło się zdziebko gorąco. Kiedy się w końcu znalazł cały i zdrowy, stwierdziliśmy, że pora do domu.

Tym razem już podążając autostradami, powoli toczyliśmy się do domu.

Wtedy zaczął się odzywać mój pęcherz.

Zrobiło się na tyle poważnie, że gdy tylko znalazłem się na trasie, którą już znałem, wcisnąłem po prostu gaz do dechy. Wszyscy w samochodzie spali, kiedy przekraczałem dozwoloną prędkość o dobre 20 mi/h. Na szczęście nie byłem sam. Jeszcze mnie wyprzedzali, więc czułem się rozgrzeszony.
"Już prawie w domu!" krzyczałem do siebie w duchu zjeżdżając z autostrady. Jeszcze tyko mały odcinek, kolejna autostrada i potem już hotel. Raptem 20 minut drogi. Nie jestem jednak piratem drogowym. Kiedy żółte światło pojawiło się na skrzyżowaniu, po prostu się zatrzymałem. Fakt, trochę ostro, ale wiedziałem, że pora się jednak zatrzymać. ŻÓlte było już dłuższą chwilę.
Wtedy usłyszałem pisk i chwilę potem już byłem po drugiej stronie autostrady przepchany przez małego pick-upa. Tył auta był w strzępach. Można powiedzieć, że aucie już wszystko zwisało. Ze zderzakiem i światłami włącznie.

Jak się jest na długich wakacjach, to trzeba poznać miasto z każdej strony. W tym na przykład wóz policyjny i policjantów, którzy grzecznie, ale z rezerwą zebrali zeznania, napisali raport i pomogli mi się pozbierać do kupy. Fajne mają te samochodziki. I te komputery pokładowe rodem z filmów akcji. Nic dodać nic ująć.

Pozostało jedynie zadzwonić na całodobową pomoc drogową firmy, która dała mi auto i dostać nowe.

Tylko.

"Wiesz co, włączę silnik i podgrzeję nas trochę, bo zaraz zamarzniemy", powiedziałem Wojtkowi, odpalając auto, Szósta godzina oczekiwania na pomoc drogową właśnie się zaczyna. Środek nocy w San Diego wyznaczają zazwyczaj gęste mgły, ale nie aż tak gęste jak ta dzisiejsza. Ledwo widziałem czubek własnego nosa.
"Jedzie!", krzyknął podniecony Wojtek. Faktycznie. Dojechało. Szybko zrzucił mi nowe auto, wziął stare, a my już byliśmy w drodze. 20 mi/h, nie więcej. Ciężko prowadzić auto, kiedy stojąc na skrzyżowaniu z trudem widzisz jakie światło się świeci. Gdyby nie fakt, że okolicę znam jak własną kieszeń, to pewnie bym się zgubił. Albo i nawet zabił na jakimś zakręcie przy autostradzie.

Odwiozłem Wojtka, zjechałem autem do garażu, wpakowałem się do pokoju, i gdy tylko dotknąłem głową poduszki, zasnąłem.

Tylko na 2-3 godziny. Bo przecież już jest poniedziałek. Trzeba do pracy.

San Diego się postarało, żebym długo nie zapomniał tego ostatniego weekendu na jego terenie.

Mamuśka

Wszystko fajnie ale tyle godzin czekania na lawete...

psz

Żeby to tylko było czekać na lawetę... Jak moja mama się rozbiła, to mniej więcej tyle czasu co Bazyl, to my czekaliśmy na policję oraz to, żeby nas z drogi pozbierali; laweta była w 5 minut... ;)

Ryba

O Bzylu, kurna chata, chociaz fote zrobiliscie rozwalonego autka? Ja to wykorzystam, jak juz moja złomyote trzeba bedzie jakos korzystnie na pieniadz zmienic... Klasyczne "nie zachowanie odleglosci" hihi :) Grunt, ze nic sie wam nie stalo! Niech hamerykanie znaja, co to kurtura na skrzyzowaniu, psze panstwa! :D:D

axis

jak moge sie z toba skontaktowac bazyl ?
mam kilka pytan odnosnie tego wspanialego blogu

axis

i oto moj blad ;p
nie podalem rzadnego kontaktu do mnie !
email czopik6@wp.pl

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code