Archiwum
- Sierpień 2008 (4)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (23)
- Emigracja (50)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (229)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (29)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (39)
- Cocoa (14)
- iPhone (2)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Ostatni weekend w San Diego
"Nie śpij", krzykąłem do Wojtka, który radośnie zaczął już pochrapywać.
"Odezwał się", odparł przyglądając się mojej embrionalnej pozie na tylnym siedzeniu samochodu. Cholernie śmiesznie musiało to wyglądać. Dwóch dorosłych facetów na tylnym siedzeniu zmasakrowanego samochodu na pustym parkingu w środku nocy. Popijając zimną już pomarańczową herbatę zacząłem się rozglądać za jakimś przytulnym miejscem na zronienie siku.
"Która jest?", zaytał zaspanym głosem.
"Dochodzi druga", odparłem spoglądając na telefon komórkowy. "Ciekawe ile to jeszcze potrwa."
"Fajny weekend, co?"
"Odwal się."
Wszystko zaczęło się przez sobotnią wizytę na oceanie. W wietrzny dzień, firma zabrała nas na oglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku. Duża łódka, parę mil od brzegu i jakieś malutkie obłoczki wody sikajacej z płuc wielorybów, które zwyczajnie miały nas w nosie. Zresztą. Czemu się dziwić. Przez całe trzy godziny podróży jedynie przemarzłem i wypatrzyłem kilka delfinów, które ochoczo ścigały się z łodzią.
Do tego spóźniony samolot chłopaków i niepotrzebnie spędzone godziny na lotnisku. Nie było fajnie. Dlatego w niedzielę chcieliśmy odreagować.
"Wstawaj!", szarpnąłem Wojtka za ramię. "Jeszcze nie śpimy. Jeszcze tylko chwilka."
"Ta twoja chwilka trwa już prawie pięć godzin."
Co racja to racja... Obaj walczymy już ze snem. Zupełnie jak rano. Budzik o szóstej rano w niedzielę to jednak morderstwo. Ale podróż na pustynię w Nevadzie zabiera trochę czasu. Musieliśmy wyjechać wcześnie. W dwa samochody jechaliśmy bezdrożami, podziwiając okolicę. Niesamowite góry, przystanki co jakiś czas na grupowe zdjęcie. Albo ojciec z maksimum 12stoletnimi synkami na motorach crossowych atakujący suchą pustynię wznosząc tumany kurzowego piachu.
Kiedy dojechaliśmy do parku narodowego (O dźwięcznej nazwie "Drzewko Jezuego") i zapłaciliśmy haracz zaczęło się prawdziwe podziwianie. Góry kamieni wyglądające jak zrzucone tu przez człowieka. Wojownicze kaktusy, które zaatakowały Marcina na tyle poważnie, że łapa mu spuchła do wielkości ramienia, punkty widokowe, gdzie można zobaczyć dużą część parku i ten wszechobecny kurzowy piach prosto z westernów. Wszyscy byli zachwyceni, ale kiedy Oktawian wlazł na jakąś górkę po czym zniknął nam z oczu, zrobiło się zdziebko gorąco. Kiedy się w końcu znalazł cały i zdrowy, stwierdziliśmy, że pora do domu.
Tym razem już podążając autostradami, powoli toczyliśmy się do domu.
Wtedy zaczął się odzywać mój pęcherz.
Zrobiło się na tyle poważnie, że gdy tylko znalazłem się na trasie, którą już znałem, wcisnąłem po prostu gaz do dechy. Wszyscy w samochodzie spali, kiedy przekraczałem dozwoloną prędkość o dobre 20 mi/h. Na szczęście nie byłem sam. Jeszcze mnie wyprzedzali, więc czułem się rozgrzeszony.
"Już prawie w domu!" krzyczałem do siebie w duchu zjeżdżając z autostrady. Jeszcze tyko mały odcinek, kolejna autostrada i potem już hotel. Raptem 20 minut drogi. Nie jestem jednak piratem drogowym. Kiedy żółte światło pojawiło się na skrzyżowaniu, po prostu się zatrzymałem. Fakt, trochę ostro, ale wiedziałem, że pora się jednak zatrzymać. ŻÓlte było już dłuższą chwilę.
Wtedy usłyszałem pisk i chwilę potem już byłem po drugiej stronie autostrady przepchany przez małego pick-upa. Tył auta był w strzępach. Można powiedzieć, że aucie już wszystko zwisało. Ze zderzakiem i światłami włącznie.
Jak się jest na długich wakacjach, to trzeba poznać miasto z każdej strony. W tym na przykład wóz policyjny i policjantów, którzy grzecznie, ale z rezerwą zebrali zeznania, napisali raport i pomogli mi się pozbierać do kupy. Fajne mają te samochodziki. I te komputery pokładowe rodem z filmów akcji. Nic dodać nic ująć.
Pozostało jedynie zadzwonić na całodobową pomoc drogową firmy, która dała mi auto i dostać nowe.
Tylko.
"Wiesz co, włączę silnik i podgrzeję nas trochę, bo zaraz zamarzniemy", powiedziałem Wojtkowi, odpalając auto, Szósta godzina oczekiwania na pomoc drogową właśnie się zaczyna. Środek nocy w San Diego wyznaczają zazwyczaj gęste mgły, ale nie aż tak gęste jak ta dzisiejsza. Ledwo widziałem czubek własnego nosa.
"Jedzie!", krzyknął podniecony Wojtek. Faktycznie. Dojechało. Szybko zrzucił mi nowe auto, wziął stare, a my już byliśmy w drodze. 20 mi/h, nie więcej. Ciężko prowadzić auto, kiedy stojąc na skrzyżowaniu z trudem widzisz jakie światło się świeci. Gdyby nie fakt, że okolicę znam jak własną kieszeń, to pewnie bym się zgubił. Albo i nawet zabił na jakimś zakręcie przy autostradzie.
Odwiozłem Wojtka, zjechałem autem do garażu, wpakowałem się do pokoju, i gdy tylko dotknąłem głową poduszki, zasnąłem.
Tylko na 2-3 godziny. Bo przecież już jest poniedziałek. Trzeba do pracy.
San Diego się postarało, żebym długo nie zapomniał tego ostatniego weekendu na jego terenie.
Ktoś
Środek nocy. Spacerując pustymi ulicami San Diego kopię przed sobą niewielki kawałek betonu. Niebo w pochmurną noc wygląda tu niesamowicie. Światła miasta rozświetlają chmury, które delikatną taflą rozpościerają się niczym letnia pierzynka nad terenem całego San Diego. W takie dni jak ten chce się żyć.
Godzina z bardzo późnej powoli zaczyna się przeobrażać w bardzo wczesną. Neony sklepów i knajp zaczynają wygasać. Wyłączają gazowe piecyki i sztuczne kominki. Zapada niezręczna cisza zmieszana z mrokiem. Nie żeby było całkiem ciemno. Światła z parkingu i ulic i tak sprawiają, że jest jasno jak w pochmurny dzień. Puste ulice powoli zapełniają się cieżarówkami sprzątającymi. Lejąc strumienie wody i szorując drucianymi szczotami mechanicznymi robią harmider jak myśliwce wracające właśnie z nocnych manewrów.
Ten kraj nie tylko jest inny. On robi nas innymi. Reklamy, sposób bycia, jedzenie... podejście do życia. Wszystko to jest tutaj kompletnie inne. Właściwie nie wiem, czy to to, czy zbyt długa samotność zaczęła mnie zmuszać do myślenia nad tematami, o których zazwyczaj się nie pamięta.
Kiedy zmieniałem ostatnio pracę kierowałem się czymś zupełnie innym niż chęcią spełnienia się. Chodziło raczej o pieniądze. W efekcie jednak zaspokoiłem inne potrzeby. Bardzo próżne.
Jedną z częstych reklam w tutejszej telewizji lokalnej jest reklama American Express. Reklamują swoje nieoprocentowane pożyczki dla ludzi, chcących założyć swoją własną firmę. Ludzi z pomysłem. Myśl przewodnia reklamy jest bardzo prosta: Chciałem coś stworzyć.
Owo lakoniczne coś odciska się na mojej głowie głębokim rowkiem. Ja też wiecznie chciałem stworzyć coś. Jednak nie chodziło o chęć tworzenia samą w sobie. Chodziło o stworzenie czegoś, co będzie dostępne dla wszystkich. Co wszyscy będą w stanie zobaczyć, zrozumieć, podziwiać. A tym samym będą podziwiać mnie samego.
Taka próżność ma pewne swoje podstawy. Być może pewnym ludziom wystarczy dach nad głową praca i ew. żona z gromadką dzieci. Mnie chodzi jednak o coś kompletnie innego. Ludzkie życie jest bardzo ulotne. Chciałbym więc zostać zauważonym. Choć na krótką chwilę zwrócić na siebie oczy całego świata.
Być kimś.


