Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
SeaWorld
Głupi telefon. Obudził mnie o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie w niedzielę rano!
Ach. No tak. Dziś jedziemy do SeaWorld. Trzeba się zbierać.
Szybko zebrałem się z wyra i pozbierałem do kupy, żeby punkt 9.30 znaleźć się w samochodzie dokłądnie pod wejściem do budynku naszych towarzyszy podróży. Spóźnili się. Ale jedynie odrobinę. Trasa była prosta jak drut. Zresztą tu wszystkie są takie, o ile się do nich przyzwyczai. To po prostu inny świat jest. Ogromny parking świecił pustkami. Przyjechaliśmy po prostu przed czasem. Pokazaliśmy bilety i wkroczyli w cudowny bajkowy świat pełen morskiej wody. Uzbrojeni w mapki terenu zaczęliśmy od ułożenia sobie planu dnia. Zwiedzamy na głodniaka. Chyba, że ktoś chce płacić 4 dolce za malusiego hot doga.
Muzea były ciekawe, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Pierwsza atrakcja - godzina 11.30 - Delfiny. Zaczął jakiś smutny koleś przygrywając na zwykłej gitarce i fałszując piosenki. No cóż. Jesteśmy w Ameryce w końcu. Każdy robi, co mu się żywnie podoba. Później zaczęło się. Latające delifiny chlapiące na wszystkie rzędy oznaczone znaczkiem "strefa zalania". No prawie wszystkich. Dokładnie w miejscu, w którym siedziałem było cały czas sucho. Całe przedstawienie było dopracowane w najmniejszym szczególe. Doskonale dostrojone czasy skoków z muzyką i reakcją publiki i trenerów. To, że ktoś wpadł z widowni do wody też było ustawione. Przebrana trenerka. Ale było ciekawie. Niezapomniane przeżycie.
Wyszliśmy z uśmiechniętymi mordami. Dokładnie tego się spodziewaliśmy. W międzyczasie zaliczyliśmy pingwinarium i akwarium z rekinami. W tym ostatnim wspaniale zorganizowano kanał dokładnie w akwarium. Żeby można było pooglądać pływające rekiny wszędzie wokół.
Drugim przedstawieniem było przedstawienie Shamu. Orki. Ona, wraz z czterema innymi wyczyniały cuda. I dokładnie tak poprzednio, mimo siedzenia w rzędzie "grozi zalaniem" wyszedłem suchy. Ale szczęśliwy. Doskonale zorganizowano przedstawienie. W najmniejszym szczególe. I znów nie zawiodłem się ani o ksztynę. Znacznie lepsze niż to, co się widzi w telewizji. Doskonale wytrenowane, doskonale dostrojone i zsynchronizowane. Byliśmy już pewni, że nie wywaliliśmy pieniędzy w błoto. Było warto. Ale przecież to nie koniec.
Przygoda arktyczna też była warta zachodu. Co prawda było więcej wystawki niż zwierząt (jak misie polarne, czy morsy), ale było ciekawe. Całe oglądanie zaczyna się od małęgo przedstawienia. Niby helikopter i oczywiście ruchome siedzenia. Naprawdę człowiek czuje, jakby leciał helikopterem. Doskonale przygotowane. Byłem bardzo zadowolony.
Trzecie przedstawienie było już raczej przygotowane dla dzieci. Ale równie dobrze przygotowane. Lwy morskie były superowe. Skaczące, salutujące. Cieszące oko. Bardzo dobrze przygotowana historyjka i dobra obsana. Komicy połączeni z trenerami? Piękne połączenie.
Na koniec zostały nam już tylko tanie rozrywki. Jak "kolejka górska" po wodzie (w końcu coś mnie zmoczyło) i na koniec prawdziwa kolejka wodna. Tutaj to już mnie przemoczyło do szpiku. Szczególnie, żę ci szaleni Amerykanie wystawili dwa malutkie urządzonka, gdzie za 25% można postrzelać z działka wodnego prosto w uczestników wycieczki. Prawie całą armatę przyjąłem na klatę.Dobrze, że auto ma dobre grzanie.
Jedynym minusem były ceny jedzenia. Dlatego pod koneic dnia zwinęliśmy się na jakiś porządny obiadek. Ewelina wyszukała na sieci chiński bufet, który udało nam się bez trudu znaleźć. Polecany. W sumie nic dziwnego. Płacisz za napoje + 12 dolców. W tych dwunastu dolcach jest bufet w stylu = wszystko co zmieścisz w żołądku. Jezu. Było wszystko. Kurczak zrobiony na wszystkie możliwe sposoby, pieczona wieprzowina... no i specjalności - homary, sushi, żabie udka, krewetki, ośmiornice, małże... do tego masa dodatkó, owoce i masa ciast... plus lody. Wyżera w prawdziwym, amerykańskim stylu...
Wspaniały koniec dnia.
Mamuśka
Superasta niedziela :-) oczywiście czekam na link do zdjęć i marzy mi się taki bufet, mniamuśny :)
Ociec
Oj, zazdraszczam. Ja to bym całą kasę wydał na strzelanie z działka. A jeszcze jakby to działko było na prawdziwe pociski, gotów byłbym zabulić po dolcu od sztuki :-)
Neska
:D nic dodac nic ujac zadowolony na maxa i to jest najwazniejsze;]
LarryN
Droga ta Kaliforania u nas na zapadłym południu to bufet był za $10+napoje. :)))
A nogi kraba próbowałeś?
gem
Bazyl, Ty sie asymilujesz! :D
gordon
ja chetnie zobaczylbym morsa ktory jest tak wytresowany, zeby odpisywal na maile


