Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

SeaWorld

Głupi telefon. Obudził mnie o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie w niedzielę rano!

Ach. No tak. Dziś jedziemy do SeaWorld. Trzeba się zbierać.

Szybko zebrałem się z wyra i pozbierałem do kupy, żeby punkt 9.30 znaleźć się w samochodzie dokłądnie pod wejściem do budynku naszych towarzyszy podróży. Spóźnili się. Ale jedynie odrobinę. Trasa była prosta jak drut. Zresztą tu wszystkie są takie, o ile się do nich przyzwyczai. To po prostu inny świat jest. Ogromny parking świecił pustkami. Przyjechaliśmy po prostu przed czasem. Pokazaliśmy bilety i wkroczyli w cudowny bajkowy świat pełen morskiej wody. Uzbrojeni w mapki terenu zaczęliśmy od ułożenia sobie planu dnia. Zwiedzamy na głodniaka. Chyba, że ktoś chce płacić 4 dolce za malusiego hot doga.

Muzea były ciekawe, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Pierwsza atrakcja - godzina 11.30 - Delfiny. Zaczął jakiś smutny koleś przygrywając na zwykłej gitarce i fałszując piosenki. No cóż. Jesteśmy w Ameryce w końcu. Każdy robi, co mu się żywnie podoba. Później zaczęło się. Latające delifiny chlapiące na wszystkie rzędy oznaczone znaczkiem "strefa zalania". No prawie wszystkich. Dokładnie w miejscu, w którym siedziałem było cały czas sucho. Całe przedstawienie było dopracowane w najmniejszym szczególe. Doskonale dostrojone czasy skoków z muzyką i reakcją publiki i trenerów. To, że ktoś wpadł z widowni do wody też było ustawione. Przebrana trenerka. Ale było ciekawie. Niezapomniane przeżycie.

Wyszliśmy z uśmiechniętymi mordami. Dokładnie tego się spodziewaliśmy. W międzyczasie zaliczyliśmy pingwinarium i akwarium z rekinami. W tym ostatnim wspaniale zorganizowano kanał dokładnie w akwarium. Żeby można było pooglądać pływające rekiny wszędzie wokół.

Drugim przedstawieniem było przedstawienie Shamu. Orki. Ona, wraz z czterema innymi wyczyniały cuda. I dokładnie tak poprzednio, mimo siedzenia w rzędzie "grozi zalaniem" wyszedłem suchy. Ale szczęśliwy. Doskonale zorganizowano przedstawienie. W najmniejszym szczególe. I znów nie zawiodłem się ani o ksztynę. Znacznie lepsze niż to, co się widzi w telewizji. Doskonale wytrenowane, doskonale dostrojone i zsynchronizowane. Byliśmy już pewni, że nie wywaliliśmy pieniędzy w błoto. Było warto. Ale przecież to nie koniec.

Przygoda arktyczna też była warta zachodu. Co prawda było więcej wystawki niż zwierząt (jak misie polarne, czy morsy), ale było ciekawe. Całe oglądanie zaczyna się od małęgo przedstawienia. Niby helikopter i oczywiście ruchome siedzenia. Naprawdę człowiek czuje, jakby leciał helikopterem. Doskonale przygotowane. Byłem bardzo zadowolony.

Trzecie przedstawienie było już raczej przygotowane dla dzieci. Ale równie dobrze przygotowane. Lwy morskie były superowe. Skaczące, salutujące. Cieszące oko. Bardzo dobrze przygotowana historyjka i dobra obsana. Komicy połączeni z trenerami? Piękne połączenie.

Na koniec zostały nam już tylko tanie rozrywki. Jak "kolejka górska" po wodzie (w końcu coś mnie zmoczyło) i na koniec prawdziwa kolejka wodna. Tutaj to już mnie przemoczyło do szpiku. Szczególnie, żę ci szaleni Amerykanie wystawili dwa malutkie urządzonka, gdzie za 25% można postrzelać z działka wodnego prosto w uczestników wycieczki. Prawie całą armatę przyjąłem na klatę.Dobrze, że auto ma dobre grzanie.

Jedynym minusem były ceny jedzenia. Dlatego pod koneic dnia zwinęliśmy się na jakiś porządny obiadek. Ewelina wyszukała na sieci chiński bufet, który udało nam się bez trudu znaleźć. Polecany. W sumie nic dziwnego. Płacisz za napoje + 12 dolców. W tych dwunastu dolcach jest bufet w stylu = wszystko co zmieścisz w żołądku. Jezu. Było wszystko. Kurczak zrobiony na wszystkie możliwe sposoby, pieczona wieprzowina... no i specjalności - homary, sushi, żabie udka, krewetki, ośmiornice, małże... do tego masa dodatkó, owoce i masa ciast... plus lody. Wyżera w prawdziwym, amerykańskim stylu...

Wspaniały koniec dnia.

Mamuśka

Superasta niedziela :-) oczywiście czekam na link do zdjęć i marzy mi się taki bufet, mniamuśny :)

Ociec

Oj, zazdraszczam. Ja to bym całą kasę wydał na strzelanie z działka. A jeszcze jakby to działko było na prawdziwe pociski, gotów byłbym zabulić po dolcu od sztuki :-)

Neska

:D nic dodac nic ujac zadowolony na maxa i to jest najwazniejsze;]

LarryN

Droga ta Kaliforania u nas na zapadłym południu to bufet był za $10+napoje. :)))

A nogi kraba próbowałeś?

gem

Bazyl, Ty sie asymilujesz! :D

gordon

ja chetnie zobaczylbym morsa ktory jest tak wytresowany, zeby odpisywal na maile

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code