Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Rozdział drugi: Dziewczynka z sercem w ręku (cz. 1)

Jakiś czas temu gazety straszliwie trąbiły o niesamowitym zdarzeniu. Gdzieś na dalekim wschodzie w małej wiosce kobieta wydała na świat potomka. Była to malutka dziewczynka. Jej wagę można spokojnie było wyrażać w dekagramach. Drobinka jednak zaszokowała świat nie swoimi gabarytami, a tym jak się urodziła. Tuż obok obojczyka, na zewnątrz ciała, miała serce za które kurczowo się trzymała przychodząc na świat. Nikt tak na prawdę nie wie co się z maleństwem stało. Czy ktoś podjął się operacji naprawienia tego błędu natury, czy zmarła starając się sama wprawiać serce w ruch. A może jeszcze inny scenariusz, którego nie jestem w stanie sobie wyobrazić?
Informacja ta wstrząsnęła mnie jednak nie swoim naturalizmem co przenośnią, które ze sobą niosła. Każdy z nas żył tutaj z duszą na ramieniu. Trzymając się kurczowo za serce. I nie chodzi tylko o cieżar odpowiedzialności za nasze życie jakie tworzyły kolejne eksperymenty.
Wybudził mnie potworny wrzask.
Manewry.
Raczej leniwie niż z trwogą, ubrałem się w mundur i wybiegłem stawić się w zbrojowni. Wszystkie manewry wyglądały tutaj podobnie. Nocne były podobne jak w innych wojskach. Najpierw musztra, potem tor przeszkód. Ewentualnie spotkanie z inną jednostką na dziwnych działaniach pseudowojennych.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy zastałem zbrojownię zamkniętą. Stała tam już całkiem spora grupka ludzi, która wyuczonym odruchem zrobiła to samo co ja, a teraz drapiąc się w głowę zaspanymi szarymi komórkami starała się wymyśleć co dalej.
- Baczność, niechluje! – gruby głos kaprala samym swoim tonem sprawił, że wszyscy stanęli nieruchomo. – Formować mi tu szereg, ale już!
Z wielkim pośpiechem, trącając się nawzajem szybko wykonaliśmy rozkaz zważając przy tym, by nikt nie zobaczył, jak rozdziawiają nam się gęby. W pięknie zawiązanych butkach i odprasowanych mundurach wyglądaliśmy jak oddział gotowy do inspekcji. O takowej jednak nie mogło być mowy. Wszyscy rozczochrani i zaspani z wielkim wysiłkiem starali się utrzymać na nogach. Marek który stał obok mnie był w szczególnie tragicznym stanie. Wyraźnie balował do późna, a to nagłe zerwanie spowodowało bunt jego niewyspanego organizmu. Nikogo to jednak teraz nie obchodziło.
- Nie musicie odliczać – burknął zdegustowany kapral. On również nie wyglądał na człowieka szczęśliwego. Jego również musiano wyrzucić z wyrka ledwo chwilę temu. W przeciwieństwie do nas jednak był to najwyższej klasy trep, więc nie tylko wszystko z jego ubiorem było w porządku. Miał nawet równo zaczesane włosy, a jego oczy powoli zaczynały już tętnić życiem. – I tak widzę, że wszyscy są.
To było smutne podsumowanie tego, że nasza liczebność już się dosć drastycznie zmniejszyła. Kapral wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale z trudem mu to przechodziło przez gardło. Nagle z twarzy zeszła z niego ta cała dostojność, która była jego wizytówką. Zaczął wyglądać jak dobry tatuś. Powoli przechadzał się w tę i z powrotem wzdłuż szeregu mierząc wszystkich wzrokiem. Ale nie wyglądało, żeby sprawdzał mundury. On po prostu obserwował ludzi. Coś wisiało w powietrzu. Czuliśmy to wszyscy.
- Doskonale wiecie, że kolejny eksperyment się nie powiódł i zginęła kolejna osoba – powiedział nietypowym dla siebie, spokojnym tonem. – Odbiło się to wielkim echem nie tylko wewnątrz naszej jednostki. Media wrzą. Starają się za wszelką cenę wyciągnąć więcej informacji na temat całego tego przedsięwzięcia. My natomiast dostaliśmy rozkaz milczenia.
Zapadła cisza.
Nie było wśród nas osoby, której podobałaby się praca w takich warunkach. Wszyscy jednak zgodnie milczeli bez względu na sytuację. Czuliśmy się współodpowiedzialni za te porażki. Jak również , wbrew wszelkim pozorom, które moglibyśmy stwarzać, czuliśmy się rodziną.
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie muszę się obawiać jakiegokolwiek przecieku informacji z waszej strony – kontynuował kapral. – Musicie jednak wiedzieć jak ważne teraz to się staje. Czarne chmury wiszą nad całym projektem. Wiem, że wam to powoli też już jest na rękę. Nikt nie chce bezsensownie ginąć w dziwnych eksperymentach wątpliwej jakości.
Za takie zdanie nasz kapral mógby dostać tęgie baty. Jednak jego uzewnętrznienie tak bardzo nas zszokowało, że automatycznie zapomnieliśmy o jakimkolwiek naruszeniu wojskowego regulaminu bezstronności z jego strony. Po raz pierwszy od ponad roku zobaczyliśmy w kapralu Jakubie Konewce człowieka.
- Nie jesteście maszynami do zabijania. Ani bydłem na rzezi. Jesteście żołnierzami. Wzorowymi jak na stres, na który zostaliście wystawieni. Chciałbym wam dodać otuchy, ale naprawdę nie jestem w stanie.
- Czy... – przerwałem nagle słowotok kaprala, wierząc w jego dobre intencje. Wszystkie oczy nagle zwróciły się w moją stronę. – Czy możemy przejść do jadalni, kapralu?
Wszystkie oczy, wyszedłszy z orbit ich posiadaczy były skierowane prosto na mnie. Odważyłem się spoufalić z przełożonym. To było zupełnie nie do pomyślenia. Przestępując z nogi na nogę, cały rząd oczekiwał gromu z jasnego nieba. Ja jednak, święcie przekonany o dobrych intencjach kaprala Konewki, chciałem w końcu porozmawiać z nim jak z człowiekiem. I wreszcie – pierwszy raz odkąd tu jestem – wymienić się poglądami z resztą jednostki. To kapral rozpoczął tę dyskusję. Obudził nas w środku nocy nie na musztrę, ale żeby porozmawiać. Żeby w końcu wypłakać się ze swoich strachów. Sądziłem głęboko, że i nam pozwoli na taką frywolność.
- Kuba – odpowiedział kapral. – Na imię mi Kuba.

W pustej sali jadalnej, w całkowitej ciszy cała jednostka kosmonautów zajęła swoje miejsca. Dla wszystkich było to całkowicie nowe doznanie. Nikt już nie marzył o śnie. Wszyscy z sercem na ramieniu zaczeli wsłuchiwać się w to, co miał do powiedzenia kapral.
A mówił dużo.
- Kiedy pięcdziesiątymszóstym monarcha wyszedł z pomysłem założenia tej jednostki mało kto mu wierzył, że zrealizuje ten pomysł. On jednak dość poważnie dążył do realizacji tego celu. Najważnieszym było zbudowanie odpowiedniej kadry. Bardzo długo zastanawiał się nad wyborem żołnierzy, którzy mieliby ją tworzyć. Kapitan został wybrany w pierwszym rzędzie. Tak samo główny projektant szalup kosmicznych. To oni zajęli się resztą.
- Kiedy kapitan wybrał mnie na swojego podopiecznego byłem w siódmym niebie. Dla mnie to było wielkie wyzwanie. Prawdziwy awans. Nowatorskie rozwiązanie! Wielkie zasługi dla kraju! – Westchnął. Trzęsącymi się rękami złapał się za głowę i zburzył idealny porządek swojej czupryny. Słowa przychodziły mu z trudem. – Po pierwszym wypadku byłem załamany. Zginął człowiek. Żołnierz będący moim podwładnym. Ja wiem, że ludzie giną na wojnie. Szpiedzy są łapani i maltretowani do granic ich wytrzymałości. Żołnierze na froncie są masakrowani przez wroga. Ale żołnierz w jednostce? To było straszne. Bolało jeszcze długo. A potem był kolejny wypadek...
- I potem poszło lawinowo – dodałem na koniec.
Kuba popatrzył na mnie szklistymi oczami i pokiwał głową. Dokładnie to chciał powiedzieć.
Odkąd tu jesteśmy zawsze widzieliśmy w nim twardego zawodnika trepiarskiej kadry. Zawsze przepisowy, dokładny do bólu. Perfekcyjny w każdym calu. A teraz? Siedział przed nami roztrzęsiony. Pełen obaw. Pełen smutku. Nagle zaczeliśmy zauważać jego zmarszczki, siwe włosy, wykrzywione palce w reumatycznym bólu. Siedział przed nami starszy człowiek, który traktował nas jak swoich dzieci.
- Nie rozumiem tego. Zawsze byłem pełen obaw wobec tego projektu. Ale beztroska naszych naukowców zaczęła mnie przerażać. Zawsze starałem się to sobie tłumaczyć na rozmaite sposoby. Ale kiedy znalazłem dziś to w toalecie...
Zza pazuchy wyciągnął mały notesik. Widziałem go już. Malutki format kartek oprawiony w plastik ręcznie zapisany drobnym i stanowczym pismem Marcina. Jego pamiętnik. Podał mi go drżącymi rękami.
Przewracając kartki czytałem historię życia mojego przyjaciela. O jego obawach, smutkach. Niejednokrotnie powtarzał w nich historię dziewczynki, która urodziła się z sercem w ręku. Porównywał się do niej.
- Ta wizja dziewczynki z sercem w ręku strasznie mnie rozkleiła – ciągnął dalej kapral. – Porównywanie siebie do niewinnego dziecka, które samo stara się wprawiać w życie swoje serce jest może dziwnym.... dziwną...
- Parabolą – rzuciłem mimochodem przeglądając dalej notatki, szczególnie przyglądając się rysunkom kolejnych projektów, o których skwapliwie notował Marcin.
- Właśnie. Parabolą. Nie jestem naukowcem, ale większość z tych wypadków na pewno można było uniknąć. A już napewno przynajmniej ostrzegać o poziomie niebezpieczeństwa.
- Sądzę, że akurat to ostatnie było całkowicie zbyteczne – stwierdziłem, starając się rozszyfrować drobniutkie literki pod rysunkami. – Po pierwszych wypadkach wszyscy byli świadomi z czym to się je.
- Mimo wszystko. Sądziłem, że zrobi to za mnie kto inny. Ale widząc co się dzieje po prostu nie mogłem się z wami nie spotkać i nie powiedzieć wam o moich obawach.
- Nic na to nie poradzimy – rzucił Janusz z drugiego końca stołu, kiedy porównywałem daty wpisów z obrazkami i ścianą płaczu, wiszącą przede mną. – Jedynym dla nas ratunkiem jest Rosja albo Ameryka. Jak uda im się wygrać ten wyścig, to automatycznie zaprzestanie się takich ruchów i nasze życia zostaną oszczędzone.
- Nie zrozum mnie źle – westchnął Kuba. – Ale samo zdobycie orbity to tylko kropla w morzu granic do osiągnięcia. Jest jeszcze księżyc. Albo Mars. Albo inna galaktyka. Nawet jak przegramy, to będziemy zmuszeni do ścigania się w kolejnym wyścigu.
Granice.
Że też wcześniej o tym nie pomyślałem.
- Jeszcze nie wszystko stracone – stwierdziłem zimno. – Może się szybko okazać, że my faktycznie jesteśmy na rzezi.
Nie zrobiło to na nikim specjalnego wrażenia. Więc dodałem:
- Bardzo dobrze przemyślanej, od samego początku zaplanowanej rzezi.
Tym razem to kapral Konewka się przebudził.
- Chcesz mi powiedzieć, że ktoś nas sabotuje?
Teraz to ja westchnąłem głęboko. Ci ludzie jednak nie zdają sobie sprawy w czym siedzą. W sumie, ja przed chwilą jeszcze również nie wiedziałem.
- Nie. Chcę jedynie powiedzieć, że jesteśmy tutaj systematycznie mordowani. Celowo.

Riddle

Katyń, wersja naukowo kompatybilna? Ciekawe, ciekawe. Czekam na więcej. :)

Riddle

Jaki masz JID? Chciałem sobie sklecić RSS do tego bloga, żeby do Google Readera dodać, a nie mogę nigdzie znaleźć.

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code