Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Kosmonauci cz 1.3 (Żeby i smok poczytał ;])
Pogrzeb wyglądał tak jak wszystkie poprzednie. Grupka na zielono ubranych pajaców z poważnymi minami przyglądało się zakopywaniu praktycznie pustej trumny. Żadnej przemowy, żadnego współczucia. Tylko wszechobecny niepokój, który wierci dziurę w brzuchu każdego z nas. Kiedy wróciłem w końcu do swojego pokoju, byłem skrajnie wyczerpany. Nie chodziło o jakoś specjalnie intensywnie spędzony dzień. Raczej o jego zmarnotrawienie. Przecież poza tym skromnym pochówkiem nie wydarzyło się zupełnie nic.
Brak manewrów, brak nowych planów.
Było nadzwyczaj spokojnie. W sumie to nawet za spokojnie. Nawet jak na dzień żałoby.
Pokój miałem ubogo urządzony. Głównie dlatego, że byłem niechlujem, a nie dlatego, że spędzałem w nim jakoś specjalnie mało czasu. Wieczory spędzone samotnie w łóżku, gdzie wpatrywało się godzinami w pogrążający się w ciemności sufit, przynosiły zawsze ze sobą wiele natrętnych myśli. Dziś doszły do tego jeszcze wspomnienia po przyjacielu, który przecież nadal mógłby być tutaj i opłakiwać razem ze mną przy przemycanym piwie jakiegoś innego delikwenta.
Za nic w świecie nie mogłem zrozumieć dlaczego to zrobił. Zawsze wydawał mi się człowiekiem rozsądnym. Poza tym miał tak samo gdzieś ten cały projekt jak i ja.
Zsuwając z siebie spodnie poczułem, że coś ucieka mi pod łóżko. Po chwili oględzin zauważyłem błyszczący przedmiot chowający się w jego najmroczniejszej części. Klucz. Później. Jeszcze mam czas. Nie chcę zasypiać wypełniony wspomnieniami. Odłożyłem klucz na półkę i zgasiłem światło.
Znów mroczny sufit zwracał moją uwagę. I nasuwał wspomnienia. Szczególnie te z innych nocy…
- Ruszaj się, Rob! - popiskiwał mi Marcin prosto w ucho, kiedy na prędce zawiązywałem buty. - Musimy się spieszyć, póki kuchnia jest pusta.
Plan był bardzo prosty. Kuchnia zawsze zaopatrywała się w ciekawe artykuły, które poza koszarami miały (o dziwo) jakąś specjalną wartość. Najbardziej ceniony był cukier waniliowy do kawy, który składowano w ogromnych worach w magazynku obok jadalni. Wystarczyło się zakraść o odpowiedniej godzinie do wspomnianego magazynku i wynieść na tyle dużo, żeby starczyło nam na jakieś piwo i inne przyjemności. Pierwszym krokiem w całym procederze było niepostrzenie się zakraść do jadalni i wynieść co trzeba. Nie było to specjalnie trudne, bo magazynek nie był zamykany na klucz. Trzeba było jedynie uważać na straż, która na całę szczęście w tych godzinach mało przepisowo cięła komara w budce lub na ławce przed główną bramą wjazdową, gdzie nie docierały oczy elektronicznych kamer przemysłowych.
Drugim etapem było wyniesienie towaru za obóz, co już niosło ze sobą pewne ryzyko. Jeden zawsze musiał stać na czatach i obserwować ruchy kamer. Drugi zaś po trochu przenosić ewipunek za ogrodzenie. Dziur w płotach na szczęście było wiele, więc nigdy operacja nie trwała więcej jak pół godziny.
Ostatnim było zaniesienie kilogramowych worków do ewentualnego kupca. Tym zazwyczaj okazywał się właściciel jednej z całodobowych restauracji niecały kilometr od koszar. Za rozsądne pieniądze kupował od nas całą zdobycz, a my do końca nocy używaliśmy życia trwoniąc wszystko na jedzenie, hektolitry piwa i cnoty (tudzież ich brak) co ładniejszych pań, które dały się udobruchać.
Tym razem nie mieliśmy szczęścia. Gdy dochodziliśmy do starych kamienic przy rzeźni legnickiej usłyszeliśmy kilka strzałów w powietrze i przeraźliwy skrzek ledwo zmutowanego głosu młodego policjanta.
- Stać, bo następne polecą prosto w was!
Zamarliśmy. Nie było mowy o oddawaniu życia, czy zdrowia za kilka kilogramów cukru. Bezprecedensowe rzucenie nas na glebę i skucie zimnymi kajdankami przekonały mnie, że raczej mamy do czynienia z policją. Było więc o tyle dobrze, że nie groziła nam kara śmierci.
- Ja wasze mordy już dobrze znam! - wydzierał się młodzieniaszek, kiedy już siedzieliśmy w busie i pędziliśmy na komisariat. - Ze mną się w kulki nie leci. To już trzeci przerzut jaki widzę w waszym wykonaniu. Ale tym razem wam się nie upiecze!
Byliśmy zieloni ze zdziwienia, ale nikt nie odważył się pisnąć nawet słowem. Woleliśmy poczekać na sąd, którego oczekiwaliśmy najdalej za dwie godziny. Patrzyliśmy jedynie w ziemię trącani to szturchańcami, to stekiem wyzwisk. Dowiedziałem się już o moim pokalanym poczęciu, pochodzeniu moich rodziców oraz mojej wrodzonej brzydocie i braku inteligencji.
Nikt się z nami nie cackał. W chwilę później siedzieliśmy już w malutkiej celi, a ekrany na całej południowej ścianie pokazywały nam sytuację na sali przesłuchań.
- Zatrzymani Marcin Rabczewski i Robert Staszewski podejrzani o handel hurtowy narkotykami. Podejrzani od… - już nie chciałem słuchać. To była jakaś okropna pomyłka! Marcin również nie wyglądał na przytomnego. Zaczeliśmy się zastanawiać o co tak naprawdę chodziło owemu policjantowi.
- Już trzykrotnie zauważeni w tym samym miejscu o podobnej porze dnia zmierzający w kierunku restauracji Egida. Za każdym razem przenosili dwie lub trzy kilogramowe paczki specyfiku - mimo przerażenia zaczynałem się śmiać.
- Czy oskarżony ma coś do powiedzenia? - zmarszczył się sędzina z wyraźnym brakiem szacunku w oczach.
- Chciałbym jedynie dowiedzieć się o numer paragrafu - jąkałem przez zduszony śmiech - w którym zabroniono handlu i posiadania cukru waniliowego.
Na sali zapadła cisza. Tym razem to policjant znalazł się pod obstrzałem. W pięć minut rozbebeszona paczka szmuglowanego cukru leżała przed sędzią, który po delikatnym spróbowaniu białego proszku kazał sobie zaparzyć kawy.
Sytuacja szybko zmieniła obrót i tempo. Zostaliśmy w minutę uwolnieni, policjant został zawieszony w obowiązkach, a komendant we własnej osobie przepraszał nas niemal kłaniając się w pas. Był na tyle uprzejmy, że nawet nie zawiadomił naszego dowództwa w obawie przed ośmieszeniem. A my sprytnie wykorzystaliśmy sytuację, by uciszyć sprawę i wrócić do jednostki. W końcu cukier czy nie cukier - był kradziony…
Silny łoskot z sąsiedniego pokoju rozbudził mnie z letargu. Znów ktoś nie mógł spać.
Jaki ktoś!? Przecież to pokój Marcina!
Zerwałem się na równe nogi i wypadłem na korytarz. Drzwi do Marcina pokoju były otwarte, więc nawet nie musiałem uźywać klucza. Uzbrojony w rządzę mordu wparowałem do pokoju mając zamiar bić aż do śmierci jednego z nas.
Natrafiłem jednak tylko na powietrze. Pokój był pusty.
Pusty!
Sterylnie czysty pokój. Ktoś bardzo się starał, by żadna z rzeczy Marcina nie wyszła poza ten pokój.
Coś zaczęło mi potężnie śmierdzieć. Ktoś zacierał ślady.
Tylko po czym?
- Czy wszystko załatwione?
- Tak, kapitanie.
- Nie zostało nic?
- Nawet włosek, kapitanie.
- To bardzo dobrze. Możecie odejść.
- Kapitanie?
- Tak?
- Czy mamy już komplet? Widziałem, że tablica jest pusta.
- Ciekawie kojarzysz fakty, kapralu. Ale niestety nie. Potrzeba nam jeszcze kogoś.
- To dlaczego nie ma projektu?
- Tym razem potrzebujemy kogoś z żywych.
- Ma pan kogoś konkretnego na myśli?
- Może...


