Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Kosmonauci cz. 1.2

Kantyna naszej jednostki spełnia trzy główne role w codziennym życiu każdego z nas. Z jednej strony jest zwykłą jadłodajnią gdzie praktycznie non-stop można dostać coś do zjedzenia. Korzystają z tego wszyscy. Szczególnie w dniach po ostrzejszej pijatyce, kiedy ciężko jest wstać na przepisowe śniadanie o siódmej rano.
Drugą funkcją tego przybytku jest oczywiście rola sali spotkań. W każdym wolnym czasie wszyscy, którzy mogą przychodzą tutaj powymieniać się opiniami na różne tematy, posprzeczać, nawet poszarpać. Generalnie rozładować napięcie i choć przez moment nie myśleć o manewrach, czy eksperymentach.
Trzecią – w sumie dla nas najważniejszą – rolą jest jednak ściana płaczu. Cała południowa ściana pomieszczenia jest oblepiona planami eksperymentalnych pojazdów, które w mniemaniu naszych wariatów w białych kitlach powinny wynieść człowieka na czarne niebo. Każdy kolejny jest bardziej wymyślny od poprzedniego. Pod każdym projektem podpisują się ludzie, którzy chcieliby wziąć udział w takiej próbie (o dziwo zawsze znajdzie się tam kilka nazwisk) z zaznaczeniem na czerwono przyszłego denata. Co ciekawe kolejne plany pojawiały się na tablicy dosłownie w dzień po nieudanym eksperymencie podkreślając tym samym pomysłowość naszych wykształconych kolegów. Oczywiście po cichu wszyscy stwierdzali, że taki proceder świadczy raczej o bezradności, gdzie błądzący jak dzieci we mgle eksperymentatorzy, chroniąc swoje własne tyłki, niczym niedoświadczeni kucharze, otwierają książkę kucharską w obcym im języku na losowo wybranej stronie i próbują rozpoznać składniki po obrazkach i intuicyjnym rozpoznawaniu słów.
Dziś jednak ściana pozostawała pusta. Dobrze to wróżyło przyszłości naszych chłopaków. Dobrze to wróżyło również przyszłości eksperymentu.
- Niesamowite, prawda? – Usłyszałem niski głos Michała zza moich pleców. – Do tej pory nie udało im się na tak długo zawiesić.
- Dobrze nam to wróży – wyartykułowałem krótko swoje myśli.
- Nie ciesz się przedwcześnie – skwitował. – Może się okazać, że tym razem wyskoczą z jeszcze większą głupotą niż zwykle. Szczególnie, jeśli faktycznie skończyły im się książkowe pomysły.
- Osobiście mam to gdzieś – stwierdziłem zbierając sztućce na tacę. – Prędzej czy później i tak nas uśmiercą.
- Widzę, że optymizm nie opuszcza cię ani na sekundę.
Spojrzałem na niego spod byka. Moje zdanie znali tutaj wszyscy. Byłem dla nich heretykiem, co nie przeszkadzało mi zbytnio, by dogryzać im przy każdej nadarzającej się okazji. Na początku powodowało to niemalże wojny krzyżowe, ale po kilku efektownych wybuchach na pasie startowym moje poglądy zaczynały się przenosić, niczym choroba zakaźna, na pozostałych żołnierzy. Michał na moje szczęście należał do tych z późnym stadium tej choroby.
- Mówiąc twoim językiem, Rob – chrząknął po chwili - to nieprędko ujrzymy następne krwawe fajerwerki.
- Amen – zamknąłem temat jednocześnie rzucając pełną tacę na stół. Mleko z kubka uciekło mi natychmiast, więc ruszyłem po następne. Już bez ogona starającego się zagaić rozmowę.
Cisza, która wypełniała ogromną halę kantyny dzwoniła mi w uszach. To rzadko spotykane zjawisko zwiastowało zawsze smutne wydarzenia. Dziś wszyscy pucowali buty i czyścili mundury galowe na cele ceremonii pogrzebowej Marcina. Ci, którzy jeszcze się za to nie zabrali leczyli kaca zsiadłym mlekiem w zaciszu własnych pokoi. Po kantynie kręciło się jedynie kilku łebków. Zbyt świeżych, by ktokolwiek się nimi przejmował. Oni sami mocno roztrzepani nie zawsze wiedzieli, co robią i gdzie idą.
- Przepraszam – zagaił mnie jeden, kiedy starałem się ugryźć na wpół czerstwą bułkę. – Gdzie tutaj jest toaleta?
- Idź za smrodem – odparłem nawet na niego nie spoglądając.
- Przepraszam? – Wyraźnie nie zrozumiał aluzji.
- Ależ ja się wcale nie gniewam – westchnąłem – Idź w stronę przeciwną niż kuchnia.
- Tam jest toaleta?
- Nie, ale tam poczujesz jej smród a nie garów.
- Dlaczego pan się do mnie tak odnosi?
- Bo nie mam ochoty z tobą rozmawiać – warknąłem. – Kumasz, czy masz za daleko do mózgu?!
Odskoczył jak poparzony, co zresztą było moją intencją. Poszedł oczywiście w stronę kuchni, głęboko wierząc, że na siłę chciałem go wyprowadzić w pole. Tymczasem sam siebie dał wyrolować. Toaletę znajdzie. I to szybko. Oficerską.

Szybko zwróciło to moje myśli z powrotem do klucza z numerem 76. Spojrzałem na zegarek. Za pół godziny trzeba iść na cmentarz. Wstałem od stołu i zrzuciwszy tacę do brudów ruszyłem do swojego pokoju bawiąc się pomarszczonym czerwonym jabłkiem, które dostałem w charakterze deseru.

psz

Może nie powinienem oceniać dzieła po okładce, ale zapowiada się ciekawie... ;)

bazyl

To nie książka jeno pisanina :) Zobaczymy dalej jak będzie :P

danZel

Ta "pisanina" jest bardzo przyjemna w czytaniu. Czekam(y) na więcej :)

smk

Lepsze niż 1.1.

Trzecia też będzie o toaletach?

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code