Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Kosmonauci cz. 1.1
Zdecydowanym minusem toalet w koszarach jest fakt, że klozety są zrobione z metalu, a nie jak na prawdziwy ustęp przystało, z bakelitu. Żeby tego było mało, przestrzeń życiowa ograniczona do kompletnego minimum sprawia, że robienie kackupy wymaga pozycji silnie siedzącej z kolanami pod szyją opartymi o drzwiczki kabiny. Armatnie wybuchy gazów dupnych również pozostawiają swoisty metalowy posmak, zupełnie jak jedzenie konserwy razem z opakowaniem.
Pech chciał, że właśnie w takiej malo dostojnej pozycji zastał mnie kapral, który wbrew wszelkim zasadom, ostrym rozmachem otworzyl drzwi kabiny. Pierwsze co ujrzał to moje spodnie, które razem z kolanami poszybowały prosto na niego próbując jakoś nadrobić brak oparcia. Dopiero wtedy zdołał ujrzeć moją zmacerowaną i przerażoną twarz podążającą wprost za kolanami na posadzkę obok jego wyglancowanych butów.
- Szeregowy Staszewski! - zaczął donośnie i stanowczo za głośno. - Proszę natychmiast się pozbierać.
- Staram się jak mogę – odparlem stając przed nim z gaciami w jednej ręce i rolką papieru w drugiej. - Czy mama nie nauczyła was pukać, kapralu?
- Rodziny proszę w to nie mieszać – stwierdził ostentacyjnie – Macie się stawić u dowódcy jak najszybciej.
Bez słowa zająłem się odpowiednią higieną odbytu już zupełnie nie zważając na to co do mnie mówiono. Czy tak czy siak wszystko odbijało się echem po mojej czaszce i uchodziło uwadze.
Kapral choć jak zwykle nadzwyczaj nadęty doskonale to rozumiał i starał się być grzeczny jak tylko potrafił. Ledwie wczoraj piliśmy całą jednostką na umór na stypie.
Nieszczęśliwy wypadek. Tak to nazywają.
Zawsze jest nieszczęśliwy wypadek, kiedy się robi rzeczy, których się nie potrafi.
Od momentu, kiedy Ruscy zaczęli wysylać pierwsze próbne promy kosmiczne w głowie naszego kochanego monarchy się coś poprzestawiało. Bez względu na jakiekolwiek koszta stara się wysłać człowieka w otmęt kosmicznej przestrzeni jako pierwszy. I to Ruskich uznaje za jedynych konkurentów bo demokratyczne pacany zza oceanu jakoś podchodzą do sprawy jak pies do jeża. Z drugiej strony, być może to właśnie oni mogą wygrać, bo chyba jako jedyni przyłożyli się do strony technicznej przedsięwzięcia, a co posiadamy my to jedynie strzępki kradzionych informacji rasowane przez tak zwanych naukowców.
Takie zdanie przynajmniej utrzymują wszyscy niżsi stopniem w naszej jednostce. Cała ta hałastra zgłosiła się na ochotnika idealistycznie wierząc, że jesteśmy najlepsi na świecie. Tylko ja i Marcin byliśmy inni.
Wszystko zaczęlo się mniej więcej rok temu. Capnęli mnie przez zupełny przypadek. Odwoziłem znajomego do domu po jakiejś bijatyce na dworcu. Podobno wyzywali jego matkę od jakiś suk, więc się chłopakowi zagotowało i przylutował z raz czy dwa cholewowej mordzie. Trafiliśmy niefartem w godzinę policyjną, w związku z czym wylegitymowano nas chwilę po tym jak wyjechaliśmy z parkingu.
Co raczej oczywiste zabrano nas na komisariat gdzie wylądowalismy na przeciwko faceta z rozwaloną gębą. Tak. Tego samego, który tak lubił wyzywać cudze matki. jedyną różnicę w jego wyglądzie stanowił przyodziewek: mundrur stróża porządku. I Tak oto w ciągu jednego wieczora ze zwykłego studenta stałem się zdracją...
Co by nie mówić o poronionych pomysłach kolejnych monarchów, to policję jednak trzymają ostro za pysk przynajmniej od strony wydajności. W niecałą dobę już mieliśmy przedstawione zarzuty, osądzono nas i skazano. Jego na 20 lat za manifestację antymonarchistyczną, a mnie za współudział na 10 lat z możliwością wcześniejszego zwolnienia za dobre sprawowanie.
A ja chciałem tylko uczynnie odwieźć kumpla do domu.
Nie odsiedziałem nawet miesiąca, kiedy Arturowi XIV odbiła palma z tym kosmosem i zaczęła się nagonka na “chętnych”. Adwokat obiecał mi krótszy wyrok, jeśli pójdę na “ochotnika”. Cóż miałem robić?
W sumie, na początku bylem nawet dumny, że nie tylko wychodzę obronną ręką, to jeszcze przyczynię się do jakiś wielkich eksploracji nieznanego. Zawsze miałem ciągotki do gonienia za nieznanym. Do wyższego poziomu adrenaliny. Tym razem jednak przesadziłem.
Gdy wydano mi już służbowe ubranie, zaprzysiężono na wojskowego i wywieziono do tajnej jednostki kosmonautów, zobaczyłem z czym się je owa eksploracja.
Banda niewydarzonych pseudonaukowców za wszelką cenę stara się wybić cokolwiek na orbitę nie stroniąc nawet od podpowiedzi z książek SF i podań ludowych. Owczywiście każdy “obiekt” musi być człowiekiem, więc korzystają z ochotniczej jednostki kosmonautów średnio co dwa miesiące zmniejszając ich liczebność nieudanymi eksperymentami.
Ledwo wczoraj był ostatni z nich. Marcin nie dość, że zgłosił się na ochotnika jako następny w kolejce to umierał w męczarniach zalany po czubek głowy jakąś gęstą łatwopalną substancją, najpierw się dusząc a w rezultacie paląc w temperaturze znacznie wyższej niż osiąga niejeden piec hutniczy.
Pogrzeb wyznaczono na dziś. Jak zwykle jedyne co zostało do pochowania to kępki włosów, które ściął przed próbą.
Na wszelki wypadek.
Zawsze wydarzający się wypadek.
Już z przyzwyczajenia wydano nam dzienne przepustki, które od razu wykorzystaliśmy całą watahą zapijając się do nieprzytomności w pobliskiej spelunce.
Szefem tego całego bałaganu jest kapitan Remigiusz Doniecki. Pocieszny grubasek, który z trudem już podnosi się z krzesła, więc załatwił sobie posadkę, która tego od niego nie wymaga. Wchodząc do jego gabinetu zawsze można wyczuć swoisty swąd spalenizny zbyt energicznie i dokładnie suszonych włosów. Kapitan już swoim zwyczajem nie podniósł zadka a jedynie obrzucił mnie swoim wiecznie uśmiechniętym pyskiem.
Co ciekawe można było dostrzec w jego oczach nawet nutkę współczucia.
- Szeregowy – zaczął – proszę spocząć.
Nie podobało mi się to. Zawsze, kiedy pozwalał komuś usiąść źle to się kończyło.
- Wiecie zapewne, że szeregowy Marcin Rabczewski nie posiadał żadnej rodziny.
- Tak, wiem o tym – odparłem zgodnie z prawdą.
- Wiecie również, że jesteście... byliście najbliższą mu osobą.
Przemilczałem ten fakt.
Rzeczywiście tak bylo. Trzymaliśmy się zawsze razem. Tak samo jak ja dostał się tutaj przez ten przeklęty program wcześniejszego zwolnienia warunkowego. On jednak zbytnio wczuł się w klimat tego całego kosmicznego kretyństwa. Przez to przecież zginął.
- Chciałbym zatem, byście... - wyraźnie zabrakło mu słów - byście. Oj! Oto klucz do jego pokoju. Posprzątają go dopiero jutro wieczorem.
Spodziewałem się tego, więc jedynie pokiwałem głową na znak zrozumienia. Chwilę potem dostałem klucz do jego pokoju, a pocieszny grubasek chrząknięciem (również bardzo charakterystycznym) wyprosił mnie ze swojego biura. Stojąc u wejścia do jego gabinetu zastanawiałem się co zrobić. Klucz z numerem 76 oglądałem bardzo długo. Włączyły się wspomnienia, które – nawet te mile – nie pasowały mi charakterem do zaistniałej sytuacji. Wsunąłem klucz do kieszeni i poszedłem do kantyny. Przynajmniej teraz zmusić się jakoś do zjedzenia czegokolwiek.
Riddle
Ty no bomba. Czytać będę, talent masz! :)
Ociec
Jest dobrze. Nie byłbym Twoim ojcem,gdybym nie miał jakichś ale...
mało doniosłej pozycji – mało dostojnej pozycji
odmęt kosmicznej przestrzeni – otmęt kosmicznej przestrzeni
watacha - wataha
bazyl
Ociec: poprawione ;]
Mamuśka
Pisz bom ciekawa co dalej :-)


