Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

DISKLEJMER

Chwilowo brak disklejmera :P

-- Bazyl

Rozdział drugi: Dziewczynka z sercem w ręku (cz. 1)

Jakiś czas temu gazety straszliwie trąbiły o niesamowitym zdarzeniu. Gdzieś na dalekim wschodzie w małej wiosce kobieta wydała na świat potomka. Była to malutka dziewczynka. Jej wagę można spokojnie było wyrażać w dekagramach. Drobinka jednak zaszokowała świat nie swoimi gabarytami, a tym jak się urodziła. Tuż obok obojczyka, na zewnątrz ciała, miała serce za które kurczowo się trzymała przychodząc na świat. Nikt tak na prawdę nie wie co się z maleństwem stało. Czy ktoś podjął się operacji naprawienia tego błędu natury, czy zmarła starając się sama wprawiać serce w ruch. A może jeszcze inny scenariusz, którego nie jestem w stanie sobie wyobrazić?
Informacja ta wstrząsnęła mnie jednak nie swoim naturalizmem co przenośnią, które ze sobą niosła. Każdy z nas żył tutaj z duszą na ramieniu. Trzymając się kurczowo za serce. I nie chodzi tylko o cieżar odpowiedzialności za nasze życie jakie tworzyły kolejne eksperymenty.
Wybudził mnie potworny wrzask.
Manewry.
Raczej leniwie niż z trwogą, ubrałem się w mundur i wybiegłem stawić się w zbrojowni. Wszystkie manewry wyglądały tutaj podobnie. Nocne były podobne jak w innych wojskach. Najpierw musztra, potem tor przeszkód. Ewentualnie spotkanie z inną jednostką na dziwnych działaniach pseudowojennych.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy zastałem zbrojownię zamkniętą. Stała tam już całkiem spora grupka ludzi, która wyuczonym odruchem zrobiła to samo co ja, a teraz drapiąc się w głowę zaspanymi szarymi komórkami starała się wymyśleć co dalej.
- Baczność, niechluje! – gruby głos kaprala samym swoim tonem sprawił, że wszyscy stanęli nieruchomo. – Formować mi tu szereg, ale już!
Z wielkim pośpiechem, trącając się nawzajem szybko wykonaliśmy rozkaz zważając przy tym, by nikt nie zobaczył, jak rozdziawiają nam się gęby. W pięknie zawiązanych butkach i odprasowanych mundurach wyglądaliśmy jak oddział gotowy do inspekcji. O takowej jednak nie mogło być mowy. Wszyscy rozczochrani i zaspani z wielkim wysiłkiem starali się utrzymać na nogach. Marek który stał obok mnie był w szczególnie tragicznym stanie. Wyraźnie balował do późna, a to nagłe zerwanie spowodowało bunt jego niewyspanego organizmu. Nikogo to jednak teraz nie obchodziło.
- Nie musicie odliczać – burknął zdegustowany kapral. On również nie wyglądał na człowieka szczęśliwego. Jego również musiano wyrzucić z wyrka ledwo chwilę temu. W przeciwieństwie do nas jednak był to najwyższej klasy trep, więc nie tylko wszystko z jego ubiorem było w porządku. Miał nawet równo zaczesane włosy, a jego oczy powoli zaczynały już tętnić życiem. – I tak widzę, że wszyscy są.
To było smutne podsumowanie tego, że nasza liczebność już się dosć drastycznie zmniejszyła. Kapral wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale z trudem mu to przechodziło przez gardło. Nagle z twarzy zeszła z niego ta cała dostojność, która była jego wizytówką. Zaczął wyglądać jak dobry tatuś. Powoli przechadzał się w tę i z powrotem wzdłuż szeregu mierząc wszystkich wzrokiem. Ale nie wyglądało, żeby sprawdzał mundury. On po prostu obserwował ludzi. Coś wisiało w powietrzu. Czuliśmy to wszyscy.
- Doskonale wiecie, że kolejny eksperyment się nie powiódł i zginęła kolejna osoba – powiedział nietypowym dla siebie, spokojnym tonem. – Odbiło się to wielkim echem nie tylko wewnątrz naszej jednostki. Media wrzą. Starają się za wszelką cenę wyciągnąć więcej informacji na temat całego tego przedsięwzięcia. My natomiast dostaliśmy rozkaz milczenia.
Zapadła cisza.
Nie było wśród nas osoby, której podobałaby się praca w takich warunkach. Wszyscy jednak zgodnie milczeli bez względu na sytuację. Czuliśmy się współodpowiedzialni za te porażki. Jak również , wbrew wszelkim pozorom, które moglibyśmy stwarzać, czuliśmy się rodziną.
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie muszę się obawiać jakiegokolwiek przecieku informacji z waszej strony – kontynuował kapral. – Musicie jednak wiedzieć jak ważne teraz to się staje. Czarne chmury wiszą nad całym projektem. Wiem, że wam to powoli też już jest na rękę. Nikt nie chce bezsensownie ginąć w dziwnych eksperymentach wątpliwej jakości.
Za takie zdanie nasz kapral mógby dostać tęgie baty. Jednak jego uzewnętrznienie tak bardzo nas zszokowało, że automatycznie zapomnieliśmy o jakimkolwiek naruszeniu wojskowego regulaminu bezstronności z jego strony. Po raz pierwszy od ponad roku zobaczyliśmy w kapralu Jakubie Konewce człowieka.
- Nie jesteście maszynami do zabijania. Ani bydłem na rzezi. Jesteście żołnierzami. Wzorowymi jak na stres, na który zostaliście wystawieni. Chciałbym wam dodać otuchy, ale naprawdę nie jestem w stanie.
- Czy... – przerwałem nagle słowotok kaprala, wierząc w jego dobre intencje. Wszystkie oczy nagle zwróciły się w moją stronę. – Czy możemy przejść do jadalni, kapralu?
Wszystkie oczy, wyszedłszy z orbit ich posiadaczy były skierowane prosto na mnie. Odważyłem się spoufalić z przełożonym. To było zupełnie nie do pomyślenia. Przestępując z nogi na nogę, cały rząd oczekiwał gromu z jasnego nieba. Ja jednak, święcie przekonany o dobrych intencjach kaprala Konewki, chciałem w końcu porozmawiać z nim jak z człowiekiem. I wreszcie – pierwszy raz odkąd tu jestem – wymienić się poglądami z resztą jednostki. To kapral rozpoczął tę dyskusję. Obudził nas w środku nocy nie na musztrę, ale żeby porozmawiać. Żeby w końcu wypłakać się ze swoich strachów. Sądziłem głęboko, że i nam pozwoli na taką frywolność.
- Kuba – odpowiedział kapral. – Na imię mi Kuba.

W pustej sali jadalnej, w całkowitej ciszy cała jednostka kosmonautów zajęła swoje miejsca. Dla wszystkich było to całkowicie nowe doznanie. Nikt już nie marzył o śnie. Wszyscy z sercem na ramieniu zaczeli wsłuchiwać się w to, co miał do powiedzenia kapral.
A mówił dużo.
- Kiedy pięcdziesiątymszóstym monarcha wyszedł z pomysłem założenia tej jednostki mało kto mu wierzył, że zrealizuje ten pomysł. On jednak dość poważnie dążył do realizacji tego celu. Najważnieszym było zbudowanie odpowiedniej kadry. Bardzo długo zastanawiał się nad wyborem żołnierzy, którzy mieliby ją tworzyć. Kapitan został wybrany w pierwszym rzędzie. Tak samo główny projektant szalup kosmicznych. To oni zajęli się resztą.
- Kiedy kapitan wybrał mnie na swojego podopiecznego byłem w siódmym niebie. Dla mnie to było wielkie wyzwanie. Prawdziwy awans. Nowatorskie rozwiązanie! Wielkie zasługi dla kraju! – Westchnął. Trzęsącymi się rękami złapał się za głowę i zburzył idealny porządek swojej czupryny. Słowa przychodziły mu z trudem. – Po pierwszym wypadku byłem załamany. Zginął człowiek. Żołnierz będący moim podwładnym. Ja wiem, że ludzie giną na wojnie. Szpiedzy są łapani i maltretowani do granic ich wytrzymałości. Żołnierze na froncie są masakrowani przez wroga. Ale żołnierz w jednostce? To było straszne. Bolało jeszcze długo. A potem był kolejny wypadek...
- I potem poszło lawinowo – dodałem na koniec.
Kuba popatrzył na mnie szklistymi oczami i pokiwał głową. Dokładnie to chciał powiedzieć.
Odkąd tu jesteśmy zawsze widzieliśmy w nim twardego zawodnika trepiarskiej kadry. Zawsze przepisowy, dokładny do bólu. Perfekcyjny w każdym calu. A teraz? Siedział przed nami roztrzęsiony. Pełen obaw. Pełen smutku. Nagle zaczeliśmy zauważać jego zmarszczki, siwe włosy, wykrzywione palce w reumatycznym bólu. Siedział przed nami starszy człowiek, który traktował nas jak swoich dzieci.
- Nie rozumiem tego. Zawsze byłem pełen obaw wobec tego projektu. Ale beztroska naszych naukowców zaczęła mnie przerażać. Zawsze starałem się to sobie tłumaczyć na rozmaite sposoby. Ale kiedy znalazłem dziś to w toalecie...
Zza pazuchy wyciągnął mały notesik. Widziałem go już. Malutki format kartek oprawiony w plastik ręcznie zapisany drobnym i stanowczym pismem Marcina. Jego pamiętnik. Podał mi go drżącymi rękami.
Przewracając kartki czytałem historię życia mojego przyjaciela. O jego obawach, smutkach. Niejednokrotnie powtarzał w nich historię dziewczynki, która urodziła się z sercem w ręku. Porównywał się do niej.
- Ta wizja dziewczynki z sercem w ręku strasznie mnie rozkleiła – ciągnął dalej kapral. – Porównywanie siebie do niewinnego dziecka, które samo stara się wprawiać w życie swoje serce jest może dziwnym.... dziwną...
- Parabolą – rzuciłem mimochodem przeglądając dalej notatki, szczególnie przyglądając się rysunkom kolejnych projektów, o których skwapliwie notował Marcin.
- Właśnie. Parabolą. Nie jestem naukowcem, ale większość z tych wypadków na pewno można było uniknąć. A już napewno przynajmniej ostrzegać o poziomie niebezpieczeństwa.
- Sądzę, że akurat to ostatnie było całkowicie zbyteczne – stwierdziłem, starając się rozszyfrować drobniutkie literki pod rysunkami. – Po pierwszych wypadkach wszyscy byli świadomi z czym to się je.
- Mimo wszystko. Sądziłem, że zrobi to za mnie kto inny. Ale widząc co się dzieje po prostu nie mogłem się z wami nie spotkać i nie powiedzieć wam o moich obawach.
- Nic na to nie poradzimy – rzucił Janusz z drugiego końca stołu, kiedy porównywałem daty wpisów z obrazkami i ścianą płaczu, wiszącą przede mną. – Jedynym dla nas ratunkiem jest Rosja albo Ameryka. Jak uda im się wygrać ten wyścig, to automatycznie zaprzestanie się takich ruchów i nasze życia zostaną oszczędzone.
- Nie zrozum mnie źle – westchnął Kuba. – Ale samo zdobycie orbity to tylko kropla w morzu granic do osiągnięcia. Jest jeszcze księżyc. Albo Mars. Albo inna galaktyka. Nawet jak przegramy, to będziemy zmuszeni do ścigania się w kolejnym wyścigu.
Granice.
Że też wcześniej o tym nie pomyślałem.
- Jeszcze nie wszystko stracone – stwierdziłem zimno. – Może się szybko okazać, że my faktycznie jesteśmy na rzezi.
Nie zrobiło to na nikim specjalnego wrażenia. Więc dodałem:
- Bardzo dobrze przemyślanej, od samego początku zaplanowanej rzezi.
Tym razem to kapral Konewka się przebudził.
- Chcesz mi powiedzieć, że ktoś nas sabotuje?
Teraz to ja westchnąłem głęboko. Ci ludzie jednak nie zdają sobie sprawy w czym siedzą. W sumie, ja przed chwilą jeszcze również nie wiedziałem.
- Nie. Chcę jedynie powiedzieć, że jesteśmy tutaj systematycznie mordowani. Celowo.

2 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Opowiadacze ; 14 listopada 2005 12:54:24.

Kosmonauci cz 1.3 (Żeby i smok poczytał ;])

Pogrzeb wyglądał tak jak wszystkie poprzednie. Grupka na zielono ubranych pajaców z poważnymi minami przyglądało się zakopywaniu praktycznie pustej trumny. Żadnej przemowy, żadnego współczucia. Tylko wszechobecny niepokój, który wierci dziurę w brzuchu każdego z nas. Kiedy wróciłem w końcu do swojego pokoju, byłem skrajnie wyczerpany. Nie chodziło o jakoś specjalnie intensywnie spędzony dzień. Raczej o jego zmarnotrawienie. Przecież poza tym skromnym pochówkiem nie wydarzyło się zupełnie nic.
Brak manewrów, brak nowych planów.
Było nadzwyczaj spokojnie. W sumie to nawet za spokojnie. Nawet jak na dzień żałoby.
Pokój miałem ubogo urządzony. Głównie dlatego, że byłem niechlujem, a nie dlatego, że spędzałem w nim jakoś specjalnie mało czasu. Wieczory spędzone samotnie w łóżku, gdzie wpatrywało się godzinami w pogrążający się w ciemności sufit, przynosiły zawsze ze sobą wiele natrętnych myśli. Dziś doszły do tego jeszcze wspomnienia po przyjacielu, który przecież nadal mógłby być tutaj i opłakiwać razem ze mną przy przemycanym piwie jakiegoś innego delikwenta.
Za nic w świecie nie mogłem zrozumieć dlaczego to zrobił. Zawsze wydawał mi się człowiekiem rozsądnym. Poza tym miał tak samo gdzieś ten cały projekt jak i ja.
Zsuwając z siebie spodnie poczułem, że coś ucieka mi pod łóżko. Po chwili oględzin zauważyłem błyszczący przedmiot chowający się w jego najmroczniejszej części. Klucz. Później. Jeszcze mam czas. Nie chcę zasypiać wypełniony wspomnieniami. Odłożyłem klucz na półkę i zgasiłem światło.
Znów mroczny sufit zwracał moją uwagę. I nasuwał wspomnienia. Szczególnie te z innych nocy…


- Ruszaj się, Rob! - popiskiwał mi Marcin prosto w ucho, kiedy na prędce zawiązywałem buty. - Musimy się spieszyć, póki kuchnia jest pusta.
Plan był bardzo prosty. Kuchnia zawsze zaopatrywała się w ciekawe artykuły, które poza koszarami miały (o dziwo) jakąś specjalną wartość. Najbardziej ceniony był cukier waniliowy do kawy, który składowano w ogromnych worach w magazynku obok jadalni. Wystarczyło się zakraść o odpowiedniej godzinie do wspomnianego magazynku i wynieść na tyle dużo, żeby starczyło nam na jakieś piwo i inne przyjemności. Pierwszym krokiem w całym procederze było niepostrzenie się zakraść do jadalni i wynieść co trzeba. Nie było to specjalnie trudne, bo magazynek nie był zamykany na klucz. Trzeba było jedynie uważać na straż, która na całę szczęście w tych godzinach mało przepisowo cięła komara w budce lub na ławce przed główną bramą wjazdową, gdzie nie docierały oczy elektronicznych kamer przemysłowych.
Drugim etapem było wyniesienie towaru za obóz, co już niosło ze sobą pewne ryzyko. Jeden zawsze musiał stać na czatach i obserwować ruchy kamer. Drugi zaś po trochu przenosić ewipunek za ogrodzenie. Dziur w płotach na szczęście było wiele, więc nigdy operacja nie trwała więcej jak pół godziny.
Ostatnim było zaniesienie kilogramowych worków do ewentualnego kupca. Tym zazwyczaj okazywał się właściciel jednej z całodobowych restauracji niecały kilometr od koszar. Za rozsądne pieniądze kupował od nas całą zdobycz, a my do końca nocy używaliśmy życia trwoniąc wszystko na jedzenie, hektolitry piwa i cnoty (tudzież ich brak) co ładniejszych pań, które dały się udobruchać.
Tym razem nie mieliśmy szczęścia. Gdy dochodziliśmy do starych kamienic przy rzeźni legnickiej usłyszeliśmy kilka strzałów w powietrze i przeraźliwy skrzek ledwo zmutowanego głosu młodego policjanta.
- Stać, bo następne polecą prosto w was!
Zamarliśmy. Nie było mowy o oddawaniu życia, czy zdrowia za kilka kilogramów cukru. Bezprecedensowe rzucenie nas na glebę i skucie zimnymi kajdankami przekonały mnie, że raczej mamy do czynienia z policją. Było więc o tyle dobrze, że nie groziła nam kara śmierci.
- Ja wasze mordy już dobrze znam! - wydzierał się młodzieniaszek, kiedy już siedzieliśmy w busie i pędziliśmy na komisariat. - Ze mną się w kulki nie leci. To już trzeci przerzut jaki widzę w waszym wykonaniu. Ale tym razem wam się nie upiecze!
Byliśmy zieloni ze zdziwienia, ale nikt nie odważył się pisnąć nawet słowem. Woleliśmy poczekać na sąd, którego oczekiwaliśmy najdalej za dwie godziny. Patrzyliśmy jedynie w ziemię trącani to szturchańcami, to stekiem wyzwisk. Dowiedziałem się już o moim pokalanym poczęciu, pochodzeniu moich rodziców oraz mojej wrodzonej brzydocie i braku inteligencji.
Nikt się z nami nie cackał. W chwilę później siedzieliśmy już w malutkiej celi, a ekrany na całej południowej ścianie pokazywały nam sytuację na sali przesłuchań.
- Zatrzymani Marcin Rabczewski i Robert Staszewski podejrzani o handel hurtowy narkotykami. Podejrzani od… - już nie chciałem słuchać. To była jakaś okropna pomyłka! Marcin również nie wyglądał na przytomnego. Zaczeliśmy się zastanawiać o co tak naprawdę chodziło owemu policjantowi.
- Już trzykrotnie zauważeni w tym samym miejscu o podobnej porze dnia zmierzający w kierunku restauracji Egida. Za każdym razem przenosili dwie lub trzy kilogramowe paczki specyfiku - mimo przerażenia zaczynałem się śmiać.
- Czy oskarżony ma coś do powiedzenia? - zmarszczył się sędzina z wyraźnym brakiem szacunku w oczach.
- Chciałbym jedynie dowiedzieć się o numer paragrafu - jąkałem przez zduszony śmiech - w którym zabroniono handlu i posiadania cukru waniliowego.
Na sali zapadła cisza. Tym razem to policjant znalazł się pod obstrzałem. W pięć minut rozbebeszona paczka szmuglowanego cukru leżała przed sędzią, który po delikatnym spróbowaniu białego proszku kazał sobie zaparzyć kawy.
Sytuacja szybko zmieniła obrót i tempo. Zostaliśmy w minutę uwolnieni, policjant został zawieszony w obowiązkach, a komendant we własnej osobie przepraszał nas niemal kłaniając się w pas. Był na tyle uprzejmy, że nawet nie zawiadomił naszego dowództwa w obawie przed ośmieszeniem. A my sprytnie wykorzystaliśmy sytuację, by uciszyć sprawę i wrócić do jednostki. W końcu cukier czy nie cukier - był kradziony…


Silny łoskot z sąsiedniego pokoju rozbudził mnie z letargu. Znów ktoś nie mógł spać.
Jaki ktoś!? Przecież to pokój Marcina!
Zerwałem się na równe nogi i wypadłem na korytarz. Drzwi do Marcina pokoju były otwarte, więc nawet nie musiałem uźywać klucza. Uzbrojony w rządzę mordu wparowałem do pokoju mając zamiar bić aż do śmierci jednego z nas.
Natrafiłem jednak tylko na powietrze. Pokój był pusty.
Pusty!
Sterylnie czysty pokój. Ktoś bardzo się starał, by żadna z rzeczy Marcina nie wyszła poza ten pokój.
Coś zaczęło mi potężnie śmierdzieć. Ktoś zacierał ślady.
Tylko po czym?

- Czy wszystko załatwione?
- Tak, kapitanie.
- Nie zostało nic?
- Nawet włosek, kapitanie.
- To bardzo dobrze. Możecie odejść.
- Kapitanie?
- Tak?
- Czy mamy już komplet? Widziałem, że tablica jest pusta.
- Ciekawie kojarzysz fakty, kapralu. Ale niestety nie. Potrzeba nam jeszcze kogoś.
- To dlaczego nie ma projektu?
- Tym razem potrzebujemy kogoś z żywych.
- Ma pan kogoś konkretnego na myśli?
- Może...

Dodaj komentarz. Poziom: 0; Kategorie: Opowiadacze ; 10 listopada 2005 19:22:53.

Kosmonauci cz 1.3

To już zamknięcie pierwszego rozdziału. Wiem, że jest bardzo krótki, ale to się zmieni. Muszę się troszeczkę rozpisać.
Chwilowo wszystkie wpisy odnośnie Kosmonautów przeniosłem na swoją własną stronę. Konkretnie nowy rozdział jest tutaj.
Jak tylko stanie na nogi JoggerPL 2.0 wtedy pomyślę o powrocie całkowicie tutaj. Tymczasem będę uzupełniał bloga u siebie i tutaj jedynie informował o pojawieniu się kolejnych elementów.
Zapraszam do lektury i ew. komentarzy

7 komentarzy. Poziom: 0; Kategorie: Ogólne ; 10 listopada 2005 17:05:56.

Kosmonauci cz. 1.2

Kantyna naszej jednostki spełnia trzy główne role w codziennym życiu każdego z nas. Z jednej strony jest zwykłą jadłodajnią gdzie praktycznie non-stop można dostać coś do zjedzenia. Korzystają z tego wszyscy. Szczególnie w dniach po ostrzejszej pijatyce, kiedy ciężko jest wstać na przepisowe śniadanie o siódmej rano.
Drugą funkcją tego przybytku jest oczywiście rola sali spotkań. W każdym wolnym czasie wszyscy, którzy mogą przychodzą tutaj powymieniać się opiniami na różne tematy, posprzeczać, nawet poszarpać. Generalnie rozładować napięcie i choć przez moment nie myśleć o manewrach, czy eksperymentach.
Trzecią – w sumie dla nas najważniejszą – rolą jest jednak ściana płaczu. Cała południowa ściana pomieszczenia jest oblepiona planami eksperymentalnych pojazdów, które w mniemaniu naszych wariatów w białych kitlach powinny wynieść człowieka na czarne niebo. Każdy kolejny jest bardziej wymyślny od poprzedniego. Pod każdym projektem podpisują się ludzie, którzy chcieliby wziąć udział w takiej próbie (o dziwo zawsze znajdzie się tam kilka nazwisk) z zaznaczeniem na czerwono przyszłego denata. Co ciekawe kolejne plany pojawiały się na tablicy dosłownie w dzień po nieudanym eksperymencie podkreślając tym samym pomysłowość naszych wykształconych kolegów. Oczywiście po cichu wszyscy stwierdzali, że taki proceder świadczy raczej o bezradności, gdzie błądzący jak dzieci we mgle eksperymentatorzy, chroniąc swoje własne tyłki, niczym niedoświadczeni kucharze, otwierają książkę kucharską w obcym im języku na losowo wybranej stronie i próbują rozpoznać składniki po obrazkach i intuicyjnym rozpoznawaniu słów.
Dziś jednak ściana pozostawała pusta. Dobrze to wróżyło przyszłości naszych chłopaków. Dobrze to wróżyło również przyszłości eksperymentu.
- Niesamowite, prawda? – Usłyszałem niski głos Michała zza moich pleców. – Do tej pory nie udało im się na tak długo zawiesić.
- Dobrze nam to wróży – wyartykułowałem krótko swoje myśli.
- Nie ciesz się przedwcześnie – skwitował. – Może się okazać, że tym razem wyskoczą z jeszcze większą głupotą niż zwykle. Szczególnie, jeśli faktycznie skończyły im się książkowe pomysły.
- Osobiście mam to gdzieś – stwierdziłem zbierając sztućce na tacę. – Prędzej czy później i tak nas uśmiercą.
- Widzę, że optymizm nie opuszcza cię ani na sekundę.
Spojrzałem na niego spod byka. Moje zdanie znali tutaj wszyscy. Byłem dla nich heretykiem, co nie przeszkadzało mi zbytnio, by dogryzać im przy każdej nadarzającej się okazji. Na początku powodowało to niemalże wojny krzyżowe, ale po kilku efektownych wybuchach na pasie startowym moje poglądy zaczynały się przenosić, niczym choroba zakaźna, na pozostałych żołnierzy. Michał na moje szczęście należał do tych z późnym stadium tej choroby.
- Mówiąc twoim językiem, Rob – chrząknął po chwili - to nieprędko ujrzymy następne krwawe fajerwerki.
- Amen – zamknąłem temat jednocześnie rzucając pełną tacę na stół. Mleko z kubka uciekło mi natychmiast, więc ruszyłem po następne. Już bez ogona starającego się zagaić rozmowę.
Cisza, która wypełniała ogromną halę kantyny dzwoniła mi w uszach. To rzadko spotykane zjawisko zwiastowało zawsze smutne wydarzenia. Dziś wszyscy pucowali buty i czyścili mundury galowe na cele ceremonii pogrzebowej Marcina. Ci, którzy jeszcze się za to nie zabrali leczyli kaca zsiadłym mlekiem w zaciszu własnych pokoi. Po kantynie kręciło się jedynie kilku łebków. Zbyt świeżych, by ktokolwiek się nimi przejmował. Oni sami mocno roztrzepani nie zawsze wiedzieli, co robią i gdzie idą.
- Przepraszam – zagaił mnie jeden, kiedy starałem się ugryźć na wpół czerstwą bułkę. – Gdzie tutaj jest toaleta?
- Idź za smrodem – odparłem nawet na niego nie spoglądając.
- Przepraszam? – Wyraźnie nie zrozumiał aluzji.
- Ależ ja się wcale nie gniewam – westchnąłem – Idź w stronę przeciwną niż kuchnia.
- Tam jest toaleta?
- Nie, ale tam poczujesz jej smród a nie garów.
- Dlaczego pan się do mnie tak odnosi?
- Bo nie mam ochoty z tobą rozmawiać – warknąłem. – Kumasz, czy masz za daleko do mózgu?!
Odskoczył jak poparzony, co zresztą było moją intencją. Poszedł oczywiście w stronę kuchni, głęboko wierząc, że na siłę chciałem go wyprowadzić w pole. Tymczasem sam siebie dał wyrolować. Toaletę znajdzie. I to szybko. Oficerską.

Szybko zwróciło to moje myśli z powrotem do klucza z numerem 76. Spojrzałem na zegarek. Za pół godziny trzeba iść na cmentarz. Wstałem od stołu i zrzuciwszy tacę do brudów ruszyłem do swojego pokoju bawiąc się pomarszczonym czerwonym jabłkiem, które dostałem w charakterze deseru.

4 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Opowiadacze ; 07 listopada 2005 14:53:23.

Kosmonauci cz. 1.1

Zdecydowanym minusem toalet w koszarach jest fakt, że klozety są zrobione z metalu, a nie jak na prawdziwy ustęp przystało, z bakelitu. Żeby tego było mało, przestrzeń życiowa ograniczona do kompletnego minimum sprawia, że robienie kackupy wymaga pozycji silnie siedzącej z kolanami pod szyją opartymi o drzwiczki kabiny. Armatnie wybuchy gazów dupnych również pozostawiają swoisty metalowy posmak, zupełnie jak jedzenie konserwy razem z opakowaniem.
Pech chciał, że właśnie w takiej malo dostojnej pozycji zastał mnie kapral, który wbrew wszelkim zasadom, ostrym rozmachem otworzyl drzwi kabiny. Pierwsze co ujrzał to moje spodnie, które razem z kolanami poszybowały prosto na niego próbując jakoś nadrobić brak oparcia. Dopiero wtedy zdołał ujrzeć moją zmacerowaną i przerażoną twarz podążającą wprost za kolanami na posadzkę obok jego wyglancowanych butów.
- Szeregowy Staszewski! - zaczął donośnie i stanowczo za głośno. - Proszę natychmiast się pozbierać.
- Staram się jak mogę – odparlem stając przed nim z gaciami w jednej ręce i rolką papieru w drugiej. - Czy mama nie nauczyła was pukać, kapralu?
- Rodziny proszę w to nie mieszać – stwierdził ostentacyjnie – Macie się stawić u dowódcy jak najszybciej.
Bez słowa zająłem się odpowiednią higieną odbytu już zupełnie nie zważając na to co do mnie mówiono. Czy tak czy siak wszystko odbijało się echem po mojej czaszce i uchodziło uwadze.
Kapral choć jak zwykle nadzwyczaj nadęty doskonale to rozumiał i starał się być grzeczny jak tylko potrafił. Ledwie wczoraj piliśmy całą jednostką na umór na stypie.
Nieszczęśliwy wypadek. Tak to nazywają.
Zawsze jest nieszczęśliwy wypadek, kiedy się robi rzeczy, których się nie potrafi.
Od momentu, kiedy Ruscy zaczęli wysylać pierwsze próbne promy kosmiczne w głowie naszego kochanego monarchy się coś poprzestawiało. Bez względu na jakiekolwiek koszta stara się wysłać człowieka w otmęt kosmicznej przestrzeni jako pierwszy. I to Ruskich uznaje za jedynych konkurentów bo demokratyczne pacany zza oceanu jakoś podchodzą do sprawy jak pies do jeża. Z drugiej strony, być może to właśnie oni mogą wygrać, bo chyba jako jedyni przyłożyli się do strony technicznej przedsięwzięcia, a co posiadamy my to jedynie strzępki kradzionych informacji rasowane przez tak zwanych naukowców.
Takie zdanie przynajmniej utrzymują wszyscy niżsi stopniem w naszej jednostce. Cała ta hałastra zgłosiła się na ochotnika idealistycznie wierząc, że jesteśmy najlepsi na świecie. Tylko ja i Marcin byliśmy inni.

Wszystko zaczęlo się mniej więcej rok temu. Capnęli mnie przez zupełny przypadek. Odwoziłem znajomego do domu po jakiejś bijatyce na dworcu. Podobno wyzywali jego matkę od jakiś suk, więc się chłopakowi zagotowało i przylutował z raz czy dwa cholewowej mordzie. Trafiliśmy niefartem w godzinę policyjną, w związku z czym wylegitymowano nas chwilę po tym jak wyjechaliśmy z parkingu.
Co raczej oczywiste zabrano nas na komisariat gdzie wylądowalismy na przeciwko faceta z rozwaloną gębą. Tak. Tego samego, który tak lubił wyzywać cudze matki. jedyną różnicę w jego wyglądzie stanowił przyodziewek: mundrur stróża porządku. I Tak oto w ciągu jednego wieczora ze zwykłego studenta stałem się zdracją...
Co by nie mówić o poronionych pomysłach kolejnych monarchów, to policję jednak trzymają ostro za pysk przynajmniej od strony wydajności. W niecałą dobę już mieliśmy przedstawione zarzuty, osądzono nas i skazano. Jego na 20 lat za manifestację antymonarchistyczną, a mnie za współudział na 10 lat z możliwością wcześniejszego zwolnienia za dobre sprawowanie.
A ja chciałem tylko uczynnie odwieźć kumpla do domu.
Nie odsiedziałem nawet miesiąca, kiedy Arturowi XIV odbiła palma z tym kosmosem i zaczęła się nagonka na “chętnych”. Adwokat obiecał mi krótszy wyrok, jeśli pójdę na “ochotnika”. Cóż miałem robić?
W sumie, na początku bylem nawet dumny, że nie tylko wychodzę obronną ręką, to jeszcze przyczynię się do jakiś wielkich eksploracji nieznanego. Zawsze miałem ciągotki do gonienia za nieznanym. Do wyższego poziomu adrenaliny. Tym razem jednak przesadziłem.
Gdy wydano mi już służbowe ubranie, zaprzysiężono na wojskowego i wywieziono do tajnej jednostki kosmonautów, zobaczyłem z czym się je owa eksploracja.
Banda niewydarzonych pseudonaukowców za wszelką cenę stara się wybić cokolwiek na orbitę nie stroniąc nawet od podpowiedzi z książek SF i podań ludowych. Owczywiście każdy “obiekt” musi być człowiekiem, więc korzystają z ochotniczej jednostki kosmonautów średnio co dwa miesiące zmniejszając ich liczebność nieudanymi eksperymentami.
Ledwo wczoraj był ostatni z nich. Marcin nie dość, że zgłosił się na ochotnika jako następny w kolejce to umierał w męczarniach zalany po czubek głowy jakąś gęstą łatwopalną substancją, najpierw się dusząc a w rezultacie paląc w temperaturze znacznie wyższej niż osiąga niejeden piec hutniczy.
Pogrzeb wyznaczono na dziś. Jak zwykle jedyne co zostało do pochowania to kępki włosów, które ściął przed próbą.
Na wszelki wypadek.
Zawsze wydarzający się wypadek.
Już z przyzwyczajenia wydano nam dzienne przepustki, które od razu wykorzystaliśmy całą watahą zapijając się do nieprzytomności w pobliskiej spelunce.

Szefem tego całego bałaganu jest kapitan Remigiusz Doniecki. Pocieszny grubasek, który z trudem już podnosi się z krzesła, więc załatwił sobie posadkę, która tego od niego nie wymaga. Wchodząc do jego gabinetu zawsze można wyczuć swoisty swąd spalenizny zbyt energicznie i dokładnie suszonych włosów. Kapitan już swoim zwyczajem nie podniósł zadka a jedynie obrzucił mnie swoim wiecznie uśmiechniętym pyskiem.
Co ciekawe można było dostrzec w jego oczach nawet nutkę współczucia.
- Szeregowy – zaczął – proszę spocząć.
Nie podobało mi się to. Zawsze, kiedy pozwalał komuś usiąść źle to się kończyło.
- Wiecie zapewne, że szeregowy Marcin Rabczewski nie posiadał żadnej rodziny.
- Tak, wiem o tym – odparłem zgodnie z prawdą.
- Wiecie również, że jesteście... byliście najbliższą mu osobą.
Przemilczałem ten fakt.
Rzeczywiście tak bylo. Trzymaliśmy się zawsze razem. Tak samo jak ja dostał się tutaj przez ten przeklęty program wcześniejszego zwolnienia warunkowego. On jednak zbytnio wczuł się w klimat tego całego kosmicznego kretyństwa. Przez to przecież zginął.
- Chciałbym zatem, byście... - wyraźnie zabrakło mu słów - byście. Oj! Oto klucz do jego pokoju. Posprzątają go dopiero jutro wieczorem.
Spodziewałem się tego, więc jedynie pokiwałem głową na znak zrozumienia. Chwilę potem dostałem klucz do jego pokoju, a pocieszny grubasek chrząknięciem (również bardzo charakterystycznym) wyprosił mnie ze swojego biura. Stojąc u wejścia do jego gabinetu zastanawiałem się co zrobić. Klucz z numerem 76 oglądałem bardzo długo. Włączyły się wspomnienia, które – nawet te mile – nie pasowały mi charakterem do zaistniałej sytuacji. Wsunąłem klucz do kieszeni i poszedłem do kantyny. Przynajmniej teraz zmusić się jakoś do zjedzenia czegokolwiek.

4 komentarze. Poziom: 0; Kategorie: Opowiadacze ; 06 listopada 2005 21:28:01.