Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Ich bin kombajn

Od zawsze wiadomo, że rodzice zawsze mają tendencje do gloryfikowania własnych dzieci. Wychwalania ich ponad przeciętną, z głupków i niedołęg czyniąc bogów. Potem zawsze problematyczne się staje pytanie "dlaczego do niczego nie doszedł, skoro jest taki wspaniały", kiedy mając czterdziestkę na karku, wciąż szama mamine obiadki srając dalej do rodzinnego kibla i szukając "tej jedynej" wszędzie tam, gdzie jej nie ma.

Podobnie zachowują się do dziś i moi rodzice. Moje szczęście, że ja jednak jestem jako-tako na swoim i jestem w stanie się czymś pochwalić, mimo że dużo tego nie jest. Nie chcę tu, broń Boże, znów siebie wywyższać (mimo że mam na to ochotę, a nie mam z czym do ludzi). Pragnę jedynie zaznaczyć, że wbrew pozorom wszelkim, coś jednak z tym życiem wojnę toczyć potrafię i czasem udaje mi się wygrać. Czasem jednak rola rodziców okazuje się nieoceniona i wręcz niezbędna do zrobienia jakiegoś kroku, lub po prostu postania chwili w miejscu, nie próbując się szarpać z rozsierdzonym koniem wypinającym w nas swój obleśny zad, jakim niejednokrotnie nasz marny żywot się staje.

Tak właśnie ja rozpoczynałem karierę. Siedząc markotnie w kąciku swojego pokoju, ucząc się podstaw tworzenia stron internetowych i tocząc prawdziwe batalie z systemami innymi niż windows, zaszczycony zostałem telefonem od niejakiego pana J. Ów pan J. stwierdził, że rozmawiał już z moją kochaną mamusią i rozmyśla intensywnie nad rozpoczęciem współpracy z moją osobą, tudzież z moimi umiejętnościami.

Jako nastolatek, który nafaszerowany marzeniami podnieca się każdą sytuacją, kiedy oferują mu pracę, z orgazmem wypisanym na ustach poleciałem na skrzydłach nadziei na spotkanie. Moim pierwszym zadaniem okazało się dostosowanie witryny internetowej do przeglądarek innych niż sławetne IE, by strona jednak była internetowa, a nie Windowsowa.

Zadania celująco jednak nie wykonałem. Nie zahamowało to jednak współpracy. Niedługo później zaoferowano mi posadkę administratora serwera, czego, jako pierwszorzędny amator w instalowaniu Linux RedHat 5.0 na domowym komuterze, z pełną werwą, się podjąłem. Nie warto pisać jak bardzo usiadłem potem wielu osobom na wątrobie, niszcząc ich ogólny pogląd na głupotę nowicjuszy i sprawiając, że w krótkim czasie problemy mogłem rozwiązywać jedynie sam. Czegoś mnie to nauczyło na pewno. Przede wszystkim pokory wobec lepszych i inteligentniejszych (która, niestety, szybko mi przeszła). Po drugie rozwiązywanie swoich problemów na własnym podwórku (to akurat mi zostało). Na koniec umiejętności rozwiązywania tychże problemów poprzez intensywną naukę.

Było słodko. Ścierałem się psychicznie i fizycznie z własnym, prawdziwie własnym serwerem i już traktowałem siebie jak boga. W tamtych czasach taka posada to było jednak coś. A o administratora bylo trudna. Nawet o takiego debila i nieuka, jakim byłem ja.

Problemem okazał się jednak nie mój kompletny brak zrozumienia tematu, czy stan umysłowy, a rozliczanie finansowe. Pan J. nie wiedział za co ma mi płacić, bo przecież działało. Problem ten istnieje do dziś dzień i mało który pracodawca jest w stanie zrozumieć, że jak administrator, któremu płaci nic nie robi, to znaczy, że jest dobrym administratorem, a nie na odwrót. Ponieważ jednak ja chciałem zarabiać, a pan J. nie chciał płacić, przebranżowiłem się delikatnie i oprócz utrzymywania całej gamy usług sieciowych na serwerze stałem się pełnoprawnym programistą stron w perlu.

Tu znów rozpoczęły się schody. Głównie dlatego, że perla kompletnie nie znałem i jakiekolwiek rozwiązania były strasznie mi obce. Ja w ogóle nie potrafiłem programować traktując to jak czarną magię. Rodzaj zamkniętego pudełka, do którego lepiej nie zaglądać, bo się jeszcze duszę straci i popadnie w obłęd. Byłem jednak twardy. Chciałem programować i stawało się coraz bardziej frustrujące, że, tak samo jak w kwestiach administracji, potrafiłem coś zaprogramować tylko jeśli wcześniej widziałem gdzieś podobny kod, modyfikując w nim dosłownie szczegóły.

Przełom nastąpił jednak w dniu, kiedy przyszedł do mnie szef i powiedział w te słowy: "Mamy wspaniały kontrakt. Do napisania w PHP i w SQLu. Masz się dowiedzieć co to jest i jak tego używać do pojutrza i zaczynasz pisać stronę".

Jak wiadomo, Rzymu w jeden dzień nie zbudowano. Dlatego dostałem dwa dni.

Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się coś z siebie wykrzesać i faktycznie dwa dni później przystąpiłem do prac. Projekt ciągnął się miesiącami, a w międzyczasie tworzyłem masę innych opartych na takiej samej technologii. Nauczyłem się sporo i zrozumiałem ideę programowania. Po drodze rozpocząłem nawet studia na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie na Instytucie Informatyki zaczęto mi zmieniać pogląd na świat, sprawiając, że faktycznie zaczął się on składać z zer i jedynek. Powoli w mojej głowie włączył się tryb programistyczny, a marzenia o napisaniu swojej własnej gry zaczynały być realniejsze, choć nadal nie wykraczały zbytnio poza sferę mrzonek.

Jestem zupełnie zaskoczony, że tak straszliwie pożarty przez pracę bylem jeszcze w stanie zdać maturę na całkiem przyzwoitym poziomie i zdać na te studia, bo egzaminy były nader ciężkie. Za to relacje z moją dziewczyną zaczynały się już tylko pogarszać.

Ów blondyna pochodziła z naprawdę nobliwej rodziny, gdzie szanowało się człowieka, pieniądze i zasady. To ostatnie zaś sprawiało, że moje narastające potrzeby seksualne były coraz bardziej zbijane do wizji nocy poślubnej z akompaniamentem bieluśkiego prześcieradła z dziurką na wysokości lędźwiowej. Przeraźony sytuacją i nabuzowany hormonami pomieszanymi ze spermą, która ulatywała mi już z nadmiaru uszami, zakończyłem dość drastycznie związek, niecały miesiąc później wyruszając na drugi koniec Polski do dziewczyny, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i posiadając wielkie nadzieje, źe w końcu uda mi się jakimś szczęśliwym trafem stracić dziewictwo.

Rolnikus de Faru

Zabawne jak to u niektórych wygląda... Bazylek się przez kawał młodości miotał, niby wiedząc co będzie jego małą fabryką stabilności finansowej. Tylko brakowału mu odpowiednich współpracowników? pracodawców? tudzież konkretnych umiejętnośći? Czy dobrze zrozumiałem?

Bo ja na ten przykąłd niewiedziałem co będe robił.... tylko sobie młotkiem stukałem. I tak długo stukałem, iż mogłem spokojnie stwierdzić ,że nikt tak nie potrafi młoteczkiem robić jak ja :)

Trochę mi się powołanie rozmineło z tym obrazem w jakim mnie widział Bazylek w swojej branży, ale nigdy nic niewiadomo. Bo skoro pan B.Z. twierdzi, że gre napisze, to moze wystarczy mu sił na mącenie mi w głowie... i może coś dla niego kiedyś narysuje. :P

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code