Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Podryw na szpan

Nim opuściłem szeregi firmy tłumaczącej, zaangażowałem się bardzo w sam światek związany z japońską animacją. Jak zwykle w takich wypadkach, przyspożyło mi to zarówno wielu przyjaciół, jak i wrogów.

Jednych i drugich zdobywałem na szpan.

Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, jakie to niefajne i nieuczciwe nawet wobec samego siebie. Należy jednak pamiętać o moim egocentryźmie, który w owych czasach powoli osiągał apogeum. I tak, jedni kochali mnie za moje osiągnęcia i "dorzucenia swoich paru groszy do sprawy", inni nienawidzili mnie, zazdroszcząc lub po prostu nie znosili mojego wywyższania się, bo jak łatwo się domyśleć nos w chmurach miałem.Byłem niemal w siódmym niebie, lecz brakowało mi jednego istotnego elementu szczęścia.

Partnerki.

Uwłaczając wszystkim i dając upust jedynie poprzez szaleństwa w chmurach popularności i onanizowaniu się, stwierdziłem, że jestem już na tyle duży, że powinienem sobie znaleźć kobietę.

Nie było to, rzecz jasna, pierwsze takie postanowienie. Dojrzałem bardzo szybko, przez co jeszcze w podstawówce przeżywałem koszmary, kiedy moja wielka, klasowa miłość dosłownie puszczała mnie kantem. Wszyscy wiedzieli o moich "wyższych", szczenięcych uczuciach i się z tego śmiali. Moja natura smutasa, połączona z brakiem pewności siebie czyniła ze mnie pajaca, co często starałem się przewrocić na swoją korzyść. Najczęściej jednak nieskutecznie.

Jej wielką przyjaciółką zarówno z podwórka jak i z klasy była koleżanka z ławki. Brzydkie kaczątko tak samo pomiatane jak i ja. Nie wiem, czy może właśnie te wspólne cechy powszechnego odrzucenia, czy może coś kompletnie innego sprawiło, że ona zaczęła się mną interesować. Dość agresywnie, muszę przyznać.

Cóż jednak można poradzić na zapatrzonego chłopaka w klasową piękność? Odrzucałem jej miłość równie intensywnie, jak ona mi ją wpajała, więc równowaga była zachowana cały czas. I chyba dzięki temu zostaliśmy wielkimi przyjaciółmi, a ja do dziś dzień utrzymuję z nią kontakt, raportując sobie wzajemnie na bierząco wszystkie nasze potyczki z życiem.

Po opuszczeniu szkoły podstawowej, zdając do jednego z lepszych liceów w moim mieście (przynajmniej w tamtych czasach) kontakt ten chwilowo się urwał. Nie widzieliśmy się już dłuższy czas w związku z czym zacząłem poważnie interesować się kontaktami przez internet. Żadnych umawianych numerków! W tamtych czasach to byla jeszcze jednak rzadkość. Ale nawiązywane znajomości były chwytane jakby.. łatwiej.

W tak zwanym międzyczasie odezwał się dzwonek do drzwi. Po otworzeniu ujrzałem piękną brunetkę o orzechowych oczach uśmiechającą się do mnie szerzej niż panie próbujące mi wcisnąć ulotki, czy pragnące mi sprzedać odkurzacz. Na pytanie o co chodzi dostałem oniemiałą odpowiedź. "Nie poznajesz mnie?". Oniemiałem. To była moja przyjaciółka z podstawówki. Niczym piękny łabądek wyrośnięty z brzydkiego kaczątka. Zakochałem się z miejsca, jak to miałem już w zwyczaju. Była to wspaniała romantyczna miłość niespełniona. Pomagałem jej we wszystkim, a ona mi. Oprócz wielkiej jej urody, miała wspaniały charakter, który pociągał mnie bardziej niż fikuśne panie w ordynarnych strojach pokazujących zgrabne nóżki, czy kształtny tyłeczek. Bardziej n^ż głębokie dekolty cycatych. Jednym słowem zwierzęce rządze były. Ale równie silne były rządze mentalne. Łatwo sobie wyobrazić, że byłem bezradny. Nie zdradziłem jej swoich uczuć. Może to był błąd. A może nie. Jedynie zmieniłem kierunek i na siłę starałem sobie szukać partnerki gdzie indziej. Czyli prawdziwie po szczeniacku. Wróciłem do internetu.

Bariera szklanego monitora jednak dawała znakomitą izolację od lęków. Tak właśnie poznałem dziewczynę przecudną. Może poza faktem, że miała mały biust. Ale było to dla mnie tak nieistotne, że aż do pominięcia. Nasze pierwsze spotkanie bylo przeurocze. Ona z książką Tolkiena nad zimową fontanną dokładnie pierwszego stycznia. Cały rynek pełen potłuczonego szkła, źule kręcące się wszędzie i wszechobecny alkoholowy smród.

Udaliśmy się wtedy do małej knajpki, gdzie z wrażenia nie potrafiłem nawet utrzymać herbaty w szklance i wiecznie mi ciurkiem uciekała na spodek. Na szczęście knajpka też nie byla przedniej piękności. Ot, paskudna spelunka w kształcie i o zapachu i wyglądzie psiarni.

Było miło, a ja bylem zakochany po uszy.

Na tydzień.

Tydzień później na spotkaniu przedorkiestrowym już miałem nową miłość - koleżankę ów poprzedniej miłości z klasy. Ah! Jakimże ja bylem Werterem. Za miłość mógłbym zabić. Romantycznie trzymając się na dystans sprawiałem, że byla to prawdziwa miłość. Prawdziwa, bo niespełniona.

Wielkie poświęcenia, obnoszenie się moją pracą i szlane oczy spełniły swoje zadanie i w niespełna dwa tygodnie później byliśmy już parą. Było to wspaniałe i wzniosłe uczucie. Do tego tak szczeniackie, że do dziś się z niego śmieję. Dwa dni po "nawiązaniu" naszego związku wyjechała na dwa tygodnie do Słowacji. Pamiętam, że wtedy otrzymałem najdłuższy w swoim życiu list. 54 strony A4.

Teraz byłem już kompletnie w niebie.

Powinienem teraz pisać o wielkim happyendzie, ale wszyscy doskonale sobie zdają sprawę jak to jest. Szczególnie, kiedy ona jest parę lat młodsza, a ja młody. Swoje uniesienia przeżyliśmy, a tego samego dnia, kiedy miałem napad złości na cały świat zostałem odprawiony z kwitkiem. I dobrze. Ważne jednak, że za czasu naszego związku przyznałem się mojej przyjaciółce z podstawówki do moich uczuć do niej, a raczej do tego jak one się w czasie zmieniały. Dość oschle stwierdziła wtedy, że jestem kretyn i kompletnie nie wiem kiedy powinienem się odezwać, bo miała wtedy na mnie straszliwą ochotę. I tak w dniu rozstania straciłem obie szanse. I jak już mówiłem - dobrze. Bo jakoś trzeba się takich rzeczy nauczyć.

Byłem na etapie, że przesadziłem z liczbą wspaniałomyślnych brunetek i kiedy mój największy przyjaciel (jest nim zresztą do teraz) rozstał się ze swoją dziewczyną na rzecz mojej byłej (zrozumiałem skąd te sztachety) sam zszedłem się z jego byłą.

Tym optymistycznym akcentem rodem z Wenezueli chwyciłem się za blondynkę, zdałem maturę i zacząłem amatorsko robić strony internetowe.

Żałuję wszystkich tych działań.

No... może poza maturą.

Ale to dopiero się miało okazać.

niezapominajka

kilka refleksji:
1. porcjować powinno się tort i pranie - Ty okrutniku
2. żyłam w innej epoce
3. dostawanie papierowych listó to przyjemność przyjemności

czekam na jeszcze

Rolnikus de Faru

Eeehh Bazylek....... a ja to wszytko widziałem i sobie wspominam kiedy czytam... śmiechu się najadłem oczywiście czytając. Nie z szyderstwa ale dlatego że wiem jak to jest :) i kiedyś miałem podobne opory, rozterki..... ba!! Nawet o te same kobiety zachaczaliśmy :D

Ale nic to , ja także czekam na reszte

Ociec

przysporzyłem, bo sporo
bieżąco, bo biegać

Wychodzi na to, żem jednak upierdliwy ;)

aaa

http://zlotemysli.pl/mandragora.php?c=4main&idEbook=238#opis
seksualny klucz do kobiecych emocji

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code