Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Pierwsze kroki do zguby, czyli praca nie tam i nie w tym

Do wszystkiego oczywiście pchają marzenia. Na początku jakieś utopijne plany tworzenia gier komputerowych i dzielenia się swoją wyobraźnią z szeroko pojętym światem. Bo przecież jak jest, to już kompletnie inna sprawa i to oczywiście widać. Ale nigdy na początku.

Z racji swojej natury, jestem zadufanym w sobie egoistą wypatrującym aprobaty u wszystkich dookoła. Oznacza to, że pragnę rządzić i by moje rządy sprawiały innym jeśli nie orgazm, to przynajmniej coś zbliżonego w tej materii. Jest to - nie poraz pierwszy w moim życiu i na pewno nie po raz ostatni - strasznie utopijny pejzażyk, kłujący pod pachą lub prosto w żebro moją pychę, bo gdy okazuje się, że moja "wspaniałomyślność" zostaje odbierana jako pajacowanie albo, co gorsza, próbę przechytrzenia kogoś, dostaję pałką po głowie na tyle mocno, by razem z połamanymi szczeblami, zaryć ryjem na swoim poprzednim i właściwym mi poziomie drabiny społecznej.

Tak to też wyglądało w mojej pierwszej, prawdziwej pracy. Co ciekawe, moje pierwsze zrywy nie miały nic wspólnego z informatyką, a komputer wykorzystywałem raczej do pisaniny, niż czegokolwiek innego.

Ale znów odbiegam od tematu i wyprzedzam fakty.

Był koniec lat dziewięćdziesiątych. Razem z grupką znajomych spazmowaliśmy i niemalże onanizowaliśmy się przed japońską animacją, którą praktycznie przemycało się do Polski. Za tamtych czasów legalny był tylko jeden polski sklep z tego rodzaju artykułami, a przeciętna kieszeń ucznia, czy studenta nie potrafiła wykarmić głodu, który pochłaniał fanów tego szaleństwa.

Oczywiście znaleźli się ludzie, którzy znaleźli w tym wyraźne szanse na niszę gospodarczą, przez co w krótkim czasie pojawiły się na rynku dwie gazetki spełniające rolę swoistego almanachu tej dziedziny. Almanach to za mocne słowo, wiem o tym doskonale. Taki był cel, a rezultat był kompletnie inny. Z braku specjalistów w tej dziedzinie, szczytem elokwencji twórców było recenzowanie kolejnych produktów z rynku, co w ich rozumieniu było po prostu streszczaniem filmów.

Była to kompletna żenada, wiedzieli o tym wszyscy. Gazetka, jako ładna, kolorowa i z obrazkami komiksowymi, umieszczana była na półce bajek dla dzieci, a i tak wszyscy wariaci, kochający się w dziewczynkach o dużych oczach (dosłownie i w przenośni) i przeraźliwie długich kończynach dolnych, kupowali, bo nie było kompletnie nic innego, a czymś głód karmić trzeba było.

Do takich szaleńców zaliczałem się również i ja, ale szybko wykorzystując szanse wspinania się po drabinie, zasuwałem, pisząc swoje artykuły. Nie potrafiłem się jednak zmusić do kalkowania zagranicznych opisów i streszczeń, więc zająłem się szeroko pojętym felietonem o dźwięcznym tytule "Fandominacja". Starałem się za wszelką cenę pokazać siebie w tym wszystkim i mimo wszystkich wywiadów, które przeprowadziłem w ramach tego felietonu odcinkowego oraz wszystkich zlotów animowych wariatów, cały czas starałem się dorzucić coś od siebie. Kompletnie mi to nie wychodziło i zawsze kończyło się jednym wielkim zawodem.

Trudno się było dziwić, skoro jedyną osobą, która była zatrudniona w owej gazecie naprawdę był redaktor naczelny, który czaił się na pieniądze z całej gazetki, oferując innym średnio 50-60zł za artykuł na dwie strony, co nawet jak na tamte czasy było złodziejstwem pierwszej kategorii.

Pojawił się jednak moment, kiedy i ja postanowiłem zagrać pierwsze skrzypce.

Jedna z większych stacji telewizyjnych w Polsce postanowiła rozpocząć emisję takich filmów na swojej antenie. Kiedy tylko się o tym dowiedziałem, wystosowałem odpowiedni list do stacji. Prawiłem ostro o kompletnym braku wiedzy, jaki posiadają polscy tłumacze na temat mentalności Japończyków, gloryfikując ich i siebie, jako niemalże ich mesjasza. Zasłodziłem kompletnie, ale zadziałało.

Jaka matka była zdziwiona, kiedy zadzwonił telefon i miła pani oznajmiła, że dzwoni z biura tłumaczeń pracującego dla owej stacji i że chcą się ze mną spotkać i pogadać.

I oni musieli się zdziwić, kiedy faktycznie okazało się, że ich tłumaczenie kompletnie się różni od mojego, a przy biurku z drugiej strony siedzi ubrany w jedyną koszulę jaką posiada 16stolatek, wyrażający się bardziej dorośle i zachowujący z większą elokwencją niż pan, którego nazwiska nie wymienię, bo niestety jest to nazwisko zbyt znane, który aktualnie siedzi w pomieszczeniu obok, nagrywając ścieżkę lektora do jakiegoś filmu.

Pracę czywiście dostałem, ale nie taką, jaką chciałem. Nie zostałem tłumaczem, a jedynie konsultantem i otrzymywałem wszystkie skrypty tłumaczeń daleko przed tym, nim zostały użyte do samego nagrania. Dostawałem za to pewne pieniądze i to, mówiąc szczerze, całkiem spore, szczególnie jak na szesnastolatka dorabiającego raz w tygodniu w domowym zaciszu. Do tego ma duma była łechtana nazwiskiem wymawianym przez lektora na koniec każdego filmu. Stałem się sławny, przynajmniej w swoim własnym mniemaniu. I na pewno zauważony.

Niestety, a może stety, mnie było za mało i za wszelką cenę starałem się wbić na wyższe i lepiej płatne stanowisko tłumacza. Jako próbkę przetłumaczyłem dwa odcinki filmu i wysłałem do biura. W odpowiedzi dostałem pokreślone skoroszyty z podstawowymi poprawkami stylistycznymi, a stacja i biuro zamilkły na wieki nie dając mi już żadnych zleceń. Nawet konsultingowych.

Byłem zawiedziony, zły i straciłem sporo. Wiedziałem jednak wtedy, że showbusiness to jednak nie moja działka i wróciłem do mojego pomysłu i marzenia o grze komputerowej...

niezapominajka

i co dalej? i co dalej?

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code