Archiwum
- Sierpień 2008 (4)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (23)
- Emigracja (50)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (229)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (29)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (39)
- Cocoa (14)
- iPhone (2)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Ich bin kombajn
Od zawsze wiadomo, że rodzice zawsze mają tendencje do gloryfikowania własnych dzieci. Wychwalania ich ponad przeciętną, z głupków i niedołęg czyniąc bogów. Potem zawsze problematyczne się staje pytanie "dlaczego do niczego nie doszedł, skoro jest taki wspaniały", kiedy mając czterdziestkę na karku, wciąż szama mamine obiadki srając dalej do rodzinnego kibla i szukając "tej jedynej" wszędzie tam, gdzie jej nie ma.
Podobnie zachowują się do dziś i moi rodzice. Moje szczęście, że ja jednak jestem jako-tako na swoim i jestem w stanie się czymś pochwalić, mimo że dużo tego nie jest. Nie chcę tu, broń Boże, znów siebie wywyższać (mimo że mam na to ochotę, a nie mam z czym do ludzi). Pragnę jedynie zaznaczyć, że wbrew pozorom wszelkim, coś jednak z tym życiem wojnę toczyć potrafię i czasem udaje mi się wygrać. Czasem jednak rola rodziców okazuje się nieoceniona i wręcz niezbędna do zrobienia jakiegoś kroku, lub po prostu postania chwili w miejscu, nie próbując się szarpać z rozsierdzonym koniem wypinającym w nas swój obleśny zad, jakim niejednokrotnie nasz marny żywot się staje.
Tak właśnie ja rozpoczynałem karierę. Siedząc markotnie w kąciku swojego pokoju, ucząc się podstaw tworzenia stron internetowych i tocząc prawdziwe batalie z systemami innymi niż windows, zaszczycony zostałem telefonem od niejakiego pana J. Ów pan J. stwierdził, że rozmawiał już z moją kochaną mamusią i rozmyśla intensywnie nad rozpoczęciem współpracy z moją osobą, tudzież z moimi umiejętnościami.
Jako nastolatek, który nafaszerowany marzeniami podnieca się każdą sytuacją, kiedy oferują mu pracę, z orgazmem wypisanym na ustach poleciałem na skrzydłach nadziei na spotkanie. Moim pierwszym zadaniem okazało się dostosowanie witryny internetowej do przeglądarek innych niż sławetne IE, by strona jednak była internetowa, a nie Windowsowa.
Zadania celująco jednak nie wykonałem. Nie zahamowało to jednak współpracy. Niedługo później zaoferowano mi posadkę administratora serwera, czego, jako pierwszorzędny amator w instalowaniu Linux RedHat 5.0 na domowym komuterze, z pełną werwą, się podjąłem. Nie warto pisać jak bardzo usiadłem potem wielu osobom na wątrobie, niszcząc ich ogólny pogląd na głupotę nowicjuszy i sprawiając, że w krótkim czasie problemy mogłem rozwiązywać jedynie sam. Czegoś mnie to nauczyło na pewno. Przede wszystkim pokory wobec lepszych i inteligentniejszych (która, niestety, szybko mi przeszła). Po drugie rozwiązywanie swoich problemów na własnym podwórku (to akurat mi zostało). Na koniec umiejętności rozwiązywania tychże problemów poprzez intensywną naukę.
Było słodko. Ścierałem się psychicznie i fizycznie z własnym, prawdziwie własnym serwerem i już traktowałem siebie jak boga. W tamtych czasach taka posada to było jednak coś. A o administratora bylo trudna. Nawet o takiego debila i nieuka, jakim byłem ja.
Problemem okazał się jednak nie mój kompletny brak zrozumienia tematu, czy stan umysłowy, a rozliczanie finansowe. Pan J. nie wiedział za co ma mi płacić, bo przecież działało. Problem ten istnieje do dziś dzień i mało który pracodawca jest w stanie zrozumieć, że jak administrator, któremu płaci nic nie robi, to znaczy, że jest dobrym administratorem, a nie na odwrót. Ponieważ jednak ja chciałem zarabiać, a pan J. nie chciał płacić, przebranżowiłem się delikatnie i oprócz utrzymywania całej gamy usług sieciowych na serwerze stałem się pełnoprawnym programistą stron w perlu.
Tu znów rozpoczęły się schody. Głównie dlatego, że perla kompletnie nie znałem i jakiekolwiek rozwiązania były strasznie mi obce. Ja w ogóle nie potrafiłem programować traktując to jak czarną magię. Rodzaj zamkniętego pudełka, do którego lepiej nie zaglądać, bo się jeszcze duszę straci i popadnie w obłęd. Byłem jednak twardy. Chciałem programować i stawało się coraz bardziej frustrujące, że, tak samo jak w kwestiach administracji, potrafiłem coś zaprogramować tylko jeśli wcześniej widziałem gdzieś podobny kod, modyfikując w nim dosłownie szczegóły.
Przełom nastąpił jednak w dniu, kiedy przyszedł do mnie szef i powiedział w te słowy: "Mamy wspaniały kontrakt. Do napisania w PHP i w SQLu. Masz się dowiedzieć co to jest i jak tego używać do pojutrza i zaczynasz pisać stronę".
Jak wiadomo, Rzymu w jeden dzień nie zbudowano. Dlatego dostałem dwa dni.
Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się coś z siebie wykrzesać i faktycznie dwa dni później przystąpiłem do prac. Projekt ciągnął się miesiącami, a w międzyczasie tworzyłem masę innych opartych na takiej samej technologii. Nauczyłem się sporo i zrozumiałem ideę programowania. Po drodze rozpocząłem nawet studia na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie na Instytucie Informatyki zaczęto mi zmieniać pogląd na świat, sprawiając, że faktycznie zaczął się on składać z zer i jedynek. Powoli w mojej głowie włączył się tryb programistyczny, a marzenia o napisaniu swojej własnej gry zaczynały być realniejsze, choć nadal nie wykraczały zbytnio poza sferę mrzonek.
Jestem zupełnie zaskoczony, że tak straszliwie pożarty przez pracę bylem jeszcze w stanie zdać maturę na całkiem przyzwoitym poziomie i zdać na te studia, bo egzaminy były nader ciężkie. Za to relacje z moją dziewczyną zaczynały się już tylko pogarszać.
Ów blondyna pochodziła z naprawdę nobliwej rodziny, gdzie szanowało się człowieka, pieniądze i zasady. To ostatnie zaś sprawiało, że moje narastające potrzeby seksualne były coraz bardziej zbijane do wizji nocy poślubnej z akompaniamentem bieluśkiego prześcieradła z dziurką na wysokości lędźwiowej. Przeraźony sytuacją i nabuzowany hormonami pomieszanymi ze spermą, która ulatywała mi już z nadmiaru uszami, zakończyłem dość drastycznie związek, niecały miesiąc później wyruszając na drugi koniec Polski do dziewczyny, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i posiadając wielkie nadzieje, źe w końcu uda mi się jakimś szczęśliwym trafem stracić dziewictwo.
Oaza

Podryw na szpan
Nim opuściłem szeregi firmy tłumaczącej, zaangażowałem się bardzo w sam światek związany z japońską animacją. Jak zwykle w takich wypadkach, przyspożyło mi to zarówno wielu przyjaciół, jak i wrogów.
Jednych i drugich zdobywałem na szpan.
Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, jakie to niefajne i nieuczciwe nawet wobec samego siebie. Należy jednak pamiętać o moim egocentryźmie, który w owych czasach powoli osiągał apogeum. I tak, jedni kochali mnie za moje osiągnęcia i "dorzucenia swoich paru groszy do sprawy", inni nienawidzili mnie, zazdroszcząc lub po prostu nie znosili mojego wywyższania się, bo jak łatwo się domyśleć nos w chmurach miałem.Byłem niemal w siódmym niebie, lecz brakowało mi jednego istotnego elementu szczęścia.
Partnerki.
Uwłaczając wszystkim i dając upust jedynie poprzez szaleństwa w chmurach popularności i onanizowaniu się, stwierdziłem, że jestem już na tyle duży, że powinienem sobie znaleźć kobietę.
Nie było to, rzecz jasna, pierwsze takie postanowienie. Dojrzałem bardzo szybko, przez co jeszcze w podstawówce przeżywałem koszmary, kiedy moja wielka, klasowa miłość dosłownie puszczała mnie kantem. Wszyscy wiedzieli o moich "wyższych", szczenięcych uczuciach i się z tego śmiali. Moja natura smutasa, połączona z brakiem pewności siebie czyniła ze mnie pajaca, co często starałem się przewrocić na swoją korzyść. Najczęściej jednak nieskutecznie.
Jej wielką przyjaciółką zarówno z podwórka jak i z klasy była koleżanka z ławki. Brzydkie kaczątko tak samo pomiatane jak i ja. Nie wiem, czy może właśnie te wspólne cechy powszechnego odrzucenia, czy może coś kompletnie innego sprawiło, że ona zaczęła się mną interesować. Dość agresywnie, muszę przyznać.
Cóż jednak można poradzić na zapatrzonego chłopaka w klasową piękność? Odrzucałem jej miłość równie intensywnie, jak ona mi ją wpajała, więc równowaga była zachowana cały czas. I chyba dzięki temu zostaliśmy wielkimi przyjaciółmi, a ja do dziś dzień utrzymuję z nią kontakt, raportując sobie wzajemnie na bierząco wszystkie nasze potyczki z życiem.
Po opuszczeniu szkoły podstawowej, zdając do jednego z lepszych liceów w moim mieście (przynajmniej w tamtych czasach) kontakt ten chwilowo się urwał. Nie widzieliśmy się już dłuższy czas w związku z czym zacząłem poważnie interesować się kontaktami przez internet. Żadnych umawianych numerków! W tamtych czasach to byla jeszcze jednak rzadkość. Ale nawiązywane znajomości były chwytane jakby.. łatwiej.
W tak zwanym międzyczasie odezwał się dzwonek do drzwi. Po otworzeniu ujrzałem piękną brunetkę o orzechowych oczach uśmiechającą się do mnie szerzej niż panie próbujące mi wcisnąć ulotki, czy pragnące mi sprzedać odkurzacz. Na pytanie o co chodzi dostałem oniemiałą odpowiedź. "Nie poznajesz mnie?". Oniemiałem. To była moja przyjaciółka z podstawówki. Niczym piękny łabądek wyrośnięty z brzydkiego kaczątka. Zakochałem się z miejsca, jak to miałem już w zwyczaju. Była to wspaniała romantyczna miłość niespełniona. Pomagałem jej we wszystkim, a ona mi. Oprócz wielkiej jej urody, miała wspaniały charakter, który pociągał mnie bardziej niż fikuśne panie w ordynarnych strojach pokazujących zgrabne nóżki, czy kształtny tyłeczek. Bardziej n^ż głębokie dekolty cycatych. Jednym słowem zwierzęce rządze były. Ale równie silne były rządze mentalne. Łatwo sobie wyobrazić, że byłem bezradny. Nie zdradziłem jej swoich uczuć. Może to był błąd. A może nie. Jedynie zmieniłem kierunek i na siłę starałem sobie szukać partnerki gdzie indziej. Czyli prawdziwie po szczeniacku. Wróciłem do internetu.
Bariera szklanego monitora jednak dawała znakomitą izolację od lęków. Tak właśnie poznałem dziewczynę przecudną. Może poza faktem, że miała mały biust. Ale było to dla mnie tak nieistotne, że aż do pominięcia. Nasze pierwsze spotkanie bylo przeurocze. Ona z książką Tolkiena nad zimową fontanną dokładnie pierwszego stycznia. Cały rynek pełen potłuczonego szkła, źule kręcące się wszędzie i wszechobecny alkoholowy smród.
Udaliśmy się wtedy do małej knajpki, gdzie z wrażenia nie potrafiłem nawet utrzymać herbaty w szklance i wiecznie mi ciurkiem uciekała na spodek. Na szczęście knajpka też nie byla przedniej piękności. Ot, paskudna spelunka w kształcie i o zapachu i wyglądzie psiarni.
Było miło, a ja bylem zakochany po uszy.
Na tydzień.
Tydzień później na spotkaniu przedorkiestrowym już miałem nową miłość - koleżankę ów poprzedniej miłości z klasy. Ah! Jakimże ja bylem Werterem. Za miłość mógłbym zabić. Romantycznie trzymając się na dystans sprawiałem, że byla to prawdziwa miłość. Prawdziwa, bo niespełniona.
Wielkie poświęcenia, obnoszenie się moją pracą i szlane oczy spełniły swoje zadanie i w niespełna dwa tygodnie później byliśmy już parą. Było to wspaniałe i wzniosłe uczucie. Do tego tak szczeniackie, że do dziś się z niego śmieję. Dwa dni po "nawiązaniu" naszego związku wyjechała na dwa tygodnie do Słowacji. Pamiętam, że wtedy otrzymałem najdłuższy w swoim życiu list. 54 strony A4.
Teraz byłem już kompletnie w niebie.
Powinienem teraz pisać o wielkim happyendzie, ale wszyscy doskonale sobie zdają sprawę jak to jest. Szczególnie, kiedy ona jest parę lat młodsza, a ja młody. Swoje uniesienia przeżyliśmy, a tego samego dnia, kiedy miałem napad złości na cały świat zostałem odprawiony z kwitkiem. I dobrze. Ważne jednak, że za czasu naszego związku przyznałem się mojej przyjaciółce z podstawówki do moich uczuć do niej, a raczej do tego jak one się w czasie zmieniały. Dość oschle stwierdziła wtedy, że jestem kretyn i kompletnie nie wiem kiedy powinienem się odezwać, bo miała wtedy na mnie straszliwą ochotę. I tak w dniu rozstania straciłem obie szanse. I jak już mówiłem - dobrze. Bo jakoś trzeba się takich rzeczy nauczyć.
Byłem na etapie, że przesadziłem z liczbą wspaniałomyślnych brunetek i kiedy mój największy przyjaciel (jest nim zresztą do teraz) rozstał się ze swoją dziewczyną na rzecz mojej byłej (zrozumiałem skąd te sztachety) sam zszedłem się z jego byłą.
Tym optymistycznym akcentem rodem z Wenezueli chwyciłem się za blondynkę, zdałem maturę i zacząłem amatorsko robić strony internetowe.
Żałuję wszystkich tych działań.
No... może poza maturą.
Ale to dopiero się miało okazać.
Pierwsze kroki do zguby, czyli praca nie tam i nie w tym
Do wszystkiego oczywiście pchają marzenia. Na początku jakieś utopijne plany tworzenia gier komputerowych i dzielenia się swoją wyobraźnią z szeroko pojętym światem. Bo przecież jak jest, to już kompletnie inna sprawa i to oczywiście widać. Ale nigdy na początku.
Z racji swojej natury, jestem zadufanym w sobie egoistą wypatrującym aprobaty u wszystkich dookoła. Oznacza to, że pragnę rządzić i by moje rządy sprawiały innym jeśli nie orgazm, to przynajmniej coś zbliżonego w tej materii. Jest to - nie poraz pierwszy w moim życiu i na pewno nie po raz ostatni - strasznie utopijny pejzażyk, kłujący pod pachą lub prosto w żebro moją pychę, bo gdy okazuje się, że moja "wspaniałomyślność" zostaje odbierana jako pajacowanie albo, co gorsza, próbę przechytrzenia kogoś, dostaję pałką po głowie na tyle mocno, by razem z połamanymi szczeblami, zaryć ryjem na swoim poprzednim i właściwym mi poziomie drabiny społecznej.
Tak to też wyglądało w mojej pierwszej, prawdziwej pracy. Co ciekawe, moje pierwsze zrywy nie miały nic wspólnego z informatyką, a komputer wykorzystywałem raczej do pisaniny, niż czegokolwiek innego.
Ale znów odbiegam od tematu i wyprzedzam fakty.
Był koniec lat dziewięćdziesiątych. Razem z grupką znajomych spazmowaliśmy i niemalże onanizowaliśmy się przed japońską animacją, którą praktycznie przemycało się do Polski. Za tamtych czasów legalny był tylko jeden polski sklep z tego rodzaju artykułami, a przeciętna kieszeń ucznia, czy studenta nie potrafiła wykarmić głodu, który pochłaniał fanów tego szaleństwa.
Oczywiście znaleźli się ludzie, którzy znaleźli w tym wyraźne szanse na niszę gospodarczą, przez co w krótkim czasie pojawiły się na rynku dwie gazetki spełniające rolę swoistego almanachu tej dziedziny. Almanach to za mocne słowo, wiem o tym doskonale. Taki był cel, a rezultat był kompletnie inny. Z braku specjalistów w tej dziedzinie, szczytem elokwencji twórców było recenzowanie kolejnych produktów z rynku, co w ich rozumieniu było po prostu streszczaniem filmów.
Była to kompletna żenada, wiedzieli o tym wszyscy. Gazetka, jako ładna, kolorowa i z obrazkami komiksowymi, umieszczana była na półce bajek dla dzieci, a i tak wszyscy wariaci, kochający się w dziewczynkach o dużych oczach (dosłownie i w przenośni) i przeraźliwie długich kończynach dolnych, kupowali, bo nie było kompletnie nic innego, a czymś głód karmić trzeba było.
Do takich szaleńców zaliczałem się również i ja, ale szybko wykorzystując szanse wspinania się po drabinie, zasuwałem, pisząc swoje artykuły. Nie potrafiłem się jednak zmusić do kalkowania zagranicznych opisów i streszczeń, więc zająłem się szeroko pojętym felietonem o dźwięcznym tytule "Fandominacja". Starałem się za wszelką cenę pokazać siebie w tym wszystkim i mimo wszystkich wywiadów, które przeprowadziłem w ramach tego felietonu odcinkowego oraz wszystkich zlotów animowych wariatów, cały czas starałem się dorzucić coś od siebie. Kompletnie mi to nie wychodziło i zawsze kończyło się jednym wielkim zawodem.
Trudno się było dziwić, skoro jedyną osobą, która była zatrudniona w owej gazecie naprawdę był redaktor naczelny, który czaił się na pieniądze z całej gazetki, oferując innym średnio 50-60zł za artykuł na dwie strony, co nawet jak na tamte czasy było złodziejstwem pierwszej kategorii.
Pojawił się jednak moment, kiedy i ja postanowiłem zagrać pierwsze skrzypce.
Jedna z większych stacji telewizyjnych w Polsce postanowiła rozpocząć emisję takich filmów na swojej antenie. Kiedy tylko się o tym dowiedziałem, wystosowałem odpowiedni list do stacji. Prawiłem ostro o kompletnym braku wiedzy, jaki posiadają polscy tłumacze na temat mentalności Japończyków, gloryfikując ich i siebie, jako niemalże ich mesjasza. Zasłodziłem kompletnie, ale zadziałało.
Jaka matka była zdziwiona, kiedy zadzwonił telefon i miła pani oznajmiła, że dzwoni z biura tłumaczeń pracującego dla owej stacji i że chcą się ze mną spotkać i pogadać.
I oni musieli się zdziwić, kiedy faktycznie okazało się, że ich tłumaczenie kompletnie się różni od mojego, a przy biurku z drugiej strony siedzi ubrany w jedyną koszulę jaką posiada 16stolatek, wyrażający się bardziej dorośle i zachowujący z większą elokwencją niż pan, którego nazwiska nie wymienię, bo niestety jest to nazwisko zbyt znane, który aktualnie siedzi w pomieszczeniu obok, nagrywając ścieżkę lektora do jakiegoś filmu.
Pracę czywiście dostałem, ale nie taką, jaką chciałem. Nie zostałem tłumaczem, a jedynie konsultantem i otrzymywałem wszystkie skrypty tłumaczeń daleko przed tym, nim zostały użyte do samego nagrania. Dostawałem za to pewne pieniądze i to, mówiąc szczerze, całkiem spore, szczególnie jak na szesnastolatka dorabiającego raz w tygodniu w domowym zaciszu. Do tego ma duma była łechtana nazwiskiem wymawianym przez lektora na koniec każdego filmu. Stałem się sławny, przynajmniej w swoim własnym mniemaniu. I na pewno zauważony.
Niestety, a może stety, mnie było za mało i za wszelką cenę starałem się wbić na wyższe i lepiej płatne stanowisko tłumacza. Jako próbkę przetłumaczyłem dwa odcinki filmu i wysłałem do biura. W odpowiedzi dostałem pokreślone skoroszyty z podstawowymi poprawkami stylistycznymi, a stacja i biuro zamilkły na wieki nie dając mi już żadnych zleceń. Nawet konsultingowych.
Byłem zawiedziony, zły i straciłem sporo. Wiedziałem jednak wtedy, że showbusiness to jednak nie moja działka i wróciłem do mojego pomysłu i marzenia o grze komputerowej...


