Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Wyprawa III: Najdroższe piwo w kraju
Wybiegając z budynku miałem w głowie tylko dwie myśli: czy Wampirek miał dość cierpliwości i czy można gdzieś tu szybko kupić fajki. Ręce trzęsły mi się jak w końcowym stadium alkoholizmu.
Dobiegłem do głównego wejścia do centrum z wielkim smutkiem stwierdzając, że kompletnie nikt na mnie już nie czeka. Z nosem na kwintę wmaszerowałem do środka, myśli koncentrując na poszukiwaniach jakiegoś kiosku z nikotyną.
Wystając w kolejce nowo znalezionego stoiska poczułem delikatne wibracje w lewej kieszeni. Wampirek. Pytał się gdzie jestem i po głębokich przeprosinach z mojej strony umówiliśmy się na powrót prze owym wejściem do raju szastających mężowym szmalem kobiet.
Przed wejściem stało kilka osób, z których wyróżniała się szczególnie jedna. Wysoki facet z delikatnym zarostem ubrany jak na Syberię. Nawet plecaka nie brakowało. Alpinusa. Wymieniliśmy wstępne uprzejmości witające i po skalkulowaniu doszliśmy do wniosku, że brakuje mi jednej istotnej rzeczy. Biletu. Na powrót czekał mnie ten sam kiosk i jeszcze dłuższa kolejka, ale uzbrojony w rzeczony bilet mogłem w końcu wybrać się z Wampirkiem na ukochane piwo.
Nie byliśmy wybredni. Na pierwszym przystanku, gdzie dostrzegliśmy znak marki jakiegoś piwa wyskoczyliśmy z autobusu i spragnieni jak na saharze wbiegliśmy do środka.
W knajpie, oprócz atmosfery i czystości brakowało jednej istotnej rzeczy. Miejsca. Z ledwością przecisnęliśmy się do jednego ze stollików, gdzie w ramach zakąski już zaserwowano nam pełną popielniczkę. Z gifowego apperitifu zrezygnowaliśmy i przystąpiliśmy do głównego dania nazywanego w tych stronach piwem Książęcym, który w smaku przypominał bardzo wybraną z akwarium wodę przyprawioną chmielem. Rozmawiając rozwiąźle i kompletnie nie na temat nieudanego interwju sączyliśmy bursztynowe płyny i gapiliśmy się w paskudne, wielkie akwarium, gdzie zmutowane od ciężkiej atmosfery ryby leniwie przemierzały w tę i z powrotem cały zbiornik.
Czasu wystarczyło mi na dwa piwa. Wampirkowi na trzy. Po tym rozlużniającym aspekcie dnia przystąpiliśmy do odnalezienia drogi na dworzec. Mieliśmy sporo czasu. Okazało się, że więcej niż zakładaliśmy. Pociąg faktycznie odjeżdżał o 18.13, ale nie z centralnego a wschodniego dworca Warszawy. Czasu akurat starczyło na małe zakupy suchego prowiantu i wymianie kolejnych uprzejmości, tym razem, pożegnalnych.
Wampirek wpakował mnie do pociągu i sam odszedł w poszukiwaniu przybytku, a ja znów zagłębiłem się w lekturze w ciasnym przedziale pełnym starych trepów zmierzających do Poznania.
Przynajmniej ten fakt był miły. Od Poznania podróżowałem już sam i kiedy skończyłem ksiąźkę nie pozostało mi nic innego jak wypatrywanie świateł Wrocławia.
Ostatnie 15 minut było dla mnie koszmarem. Przyklejony do szyby wyglądałem przez okno zamkniętych drzwi wagonu. Widziałem jak powoli przesuwa się na horyzoncie pięknie oświetlony most milenijny. Rozmyte światła pylonów, niebieskie podświetlenie jezdni i malutkie kropki lamp drogowych. Stare budynki... Widziałem moje osiedle! Dom! krzyczałem w myślach. W końcu dom!
Próbowałem z całej siły popędzić myślami skład pociągu, wyskoczyłem z niego na stacji jak z procy. Biegłem do domu całą drogę.
Otworzyłem drzwi, rozebrałem się w biegu i wskoczyłem do łóżka, gdzie już spała moja dziewczyna. Wróciłem, kochanie.I jak było?. Przekalkulowałem koszty podróży, sumując wszystko i dzieląc na dwa wypite piwa, które były jedynym rezultatem tej wybrawy.
Nic, kochanie. Wypiłem tylko najdroższe dwa piwa w swoim życiu.


