Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

Wyprawa III: Najdroższe piwo w kraju

Wybiegając z budynku miałem w głowie tylko dwie myśli: czy Wampirek miał dość cierpliwości i czy można gdzieś tu szybko kupić fajki. Ręce trzęsły mi się jak w końcowym stadium alkoholizmu.

Dobiegłem do głównego wejścia do centrum z wielkim smutkiem stwierdzając, że kompletnie nikt na mnie już nie czeka. Z nosem na kwintę wmaszerowałem do środka, myśli koncentrując na poszukiwaniach jakiegoś kiosku z nikotyną.

Wystając w kolejce nowo znalezionego stoiska poczułem delikatne wibracje w lewej kieszeni. Wampirek. Pytał się gdzie jestem i po głębokich przeprosinach z mojej strony umówiliśmy się na powrót prze owym wejściem do raju szastających mężowym szmalem kobiet.

Przed wejściem stało kilka osób, z których wyróżniała się szczególnie jedna. Wysoki facet z delikatnym zarostem ubrany jak na Syberię. Nawet plecaka nie brakowało. Alpinusa. Wymieniliśmy wstępne uprzejmości witające i po skalkulowaniu doszliśmy do wniosku, że brakuje mi jednej istotnej rzeczy. Biletu. Na powrót czekał mnie ten sam kiosk i jeszcze dłuższa kolejka, ale uzbrojony w rzeczony bilet mogłem w końcu wybrać się z Wampirkiem na ukochane piwo.

Nie byliśmy wybredni. Na pierwszym przystanku, gdzie dostrzegliśmy znak marki jakiegoś piwa wyskoczyliśmy z autobusu i spragnieni jak na saharze wbiegliśmy do środka.

W knajpie, oprócz atmosfery i czystości brakowało jednej istotnej rzeczy. Miejsca. Z ledwością przecisnęliśmy się do jednego ze stollików, gdzie w ramach zakąski już zaserwowano nam pełną popielniczkę. Z gifowego apperitifu zrezygnowaliśmy i przystąpiliśmy do głównego dania nazywanego w tych stronach piwem Książęcym, który w smaku przypominał bardzo wybraną z akwarium wodę przyprawioną chmielem. Rozmawiając rozwiąźle i kompletnie nie na temat nieudanego interwju sączyliśmy bursztynowe płyny i gapiliśmy się w paskudne, wielkie akwarium, gdzie zmutowane od ciężkiej atmosfery ryby leniwie przemierzały w tę i z powrotem cały zbiornik.

Czasu wystarczyło mi na dwa piwa. Wampirkowi na trzy. Po tym rozlużniającym aspekcie dnia przystąpiliśmy do odnalezienia drogi na dworzec. Mieliśmy sporo czasu. Okazało się, że więcej niż zakładaliśmy. Pociąg faktycznie odjeżdżał o 18.13, ale nie z centralnego a wschodniego dworca Warszawy. Czasu akurat starczyło na małe zakupy suchego prowiantu i wymianie kolejnych uprzejmości, tym razem, pożegnalnych.

Wampirek wpakował mnie do pociągu i sam odszedł w poszukiwaniu przybytku, a ja znów zagłębiłem się w lekturze w ciasnym przedziale pełnym starych trepów zmierzających do Poznania.

Przynajmniej ten fakt był miły. Od Poznania podróżowałem już sam i kiedy skończyłem ksiąźkę nie pozostało mi nic innego jak wypatrywanie świateł Wrocławia.

Ostatnie 15 minut było dla mnie koszmarem. Przyklejony do szyby wyglądałem przez okno zamkniętych drzwi wagonu. Widziałem jak powoli przesuwa się na horyzoncie pięknie oświetlony most milenijny. Rozmyte światła pylonów, niebieskie podświetlenie jezdni i malutkie kropki lamp drogowych. Stare budynki... Widziałem moje osiedle! Dom! krzyczałem w myślach. W końcu dom!

Próbowałem z całej siły popędzić myślami skład pociągu, wyskoczyłem z niego na stacji jak z procy. Biegłem do domu całą drogę.

Otworzyłem drzwi, rozebrałem się w biegu i wskoczyłem do łóżka, gdzie już spała moja dziewczyna. Wróciłem, kochanie.I jak było?. Przekalkulowałem koszty podróży, sumując wszystko i dzieląc na dwa wypite piwa, które były jedynym rezultatem tej wybrawy.

Nic, kochanie. Wypiłem tylko najdroższe dwa piwa w swoim życiu.

Skomentuj:

Nick
URI
Kod: code