Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Wyprawa II: Rozmowa
To zadziwiające jak łatwo odnalazłem drogę. Co prawda nie było to specjalnie skomplikowane, ale mimo wszystko cieszę się, że nawet nie musiałem kluczyć. Prosto z dworca, mając w pamięci wskazówki Klisa i mapke ze strony CH Reduta trafiłem do tegoż właśnie centrum. Byłem głodny jak rumuński pies podwórkowy, a gotówki nie miałem w ogóle. Po krótkich poszukiwaniach bankomatu w końcu skończyłem w McSraczu. Wziąłem sobie ich nowy pomysł na bułkę w zestawie i pałaszując znów zniknąłem w czeluściach książki. Z otępieńczego, powolnego ruchu żucia kolejnych kęsów wybił mnie telefon.
Wampirek.
Hej! I jak się umawiamy? Zapytał niespiesznie.
No, mam spotkanie na 13stą, to sądzę, że koło 14stej powinienem być wolny. Wątpię, żeby dłużej mnie wałkowali, odparłem zgodnie ze swoimi przypuszczeniami.
To super, to gdzie się zobczymy? To pytanie było niebezpieczne.
Widzisz. Problem w tym, że będziesz musiał mi jakoś pójść na rękę, bo ja kompletnie nie znam tego miasta i łatwo mi będzie się tuz gubić, w myślach już się zastanawiałem co ten cżłowiek wymyśli za miejsce, machinalnie wpychając sobie garść frytek do ust.
Dobra, to ja jeszcze zadzwonię albo puszczę smsa co i jak, odparł i szybko zakończył rozmowę, a ja na powrót zagłębiłem się w konsumpcji fizycznej i intelektualnej.
Niedługo potem, kiedy do skonsumowania zostąła mi już tak naprawdę tylko kola (nie licząc książki oczywiście), Wampirzasty zadzwonił ponownie, idąc mi na rękę stwierdził, że o drugiej przyjedzie po mnie. Bardzo mnie to ucieszyło. Sam, spojrzałem na zegarek, odruchowo chcąc wiedzieć ile czasu mi jeszcze pozostało. Wybałuszyłem zdziwione oczy. Niecałe pół godziny, a ja nawet nie wiem gdzie to jest!
Pośpiesznie się zebrałem i ruszyłem na poszukiwania. Daleko szukać nie musiałem. Budynek obok Reduty, a raczej zespół budynków nosił numerek 146. Dokładnie to czego szukałem. Ów budynek b był pośród nich.
Podszedłem do bramki wjazdowej, gdzie uciesznie mnie poinformowano, że mam się zgłosić do budy woźnego. Ten spisał moje dane, cel wizyty oraz firmę, do której się wybieram, wręczył mi świstek przepustki i włączył bramkę, żebym mógł przejść. Pomaszerowałem dziarsko w kierunku wskazanym mi palcem.
Budynek pachniał nowością i techniawością. Ładne ściany, ładne windy firmy Otis, ładne meble no i oczywiście ładne panie. Niestety wszystkie w spodniach. Zreferowałem w recepcji po co i naco się tu znalazłem, podbito mi przepustkę, po czym polecono czekać.
Tym razem to ja, na modłę pani hipcio, zacząłem majtać nogami ze zniecierpliwieniem. Mniej więcej dziesięć minut później przywitała mnie kolejna pani informując, że sprawa się może jeszcze przedłużyć i czy mam ochotę na coś do picia. Zażyczyłem (usłużnie) sobie kawę firmową w wersji cappucino i zostając znów sam, dalej majtałem nogami w akompaniamencie siorbania nazbyt ciepłej kawy.
Po piętnastu minutach filiżanka była już pusta. Moja głowa tak samo. Za to zjawiła się moja znajoma pani, która w towarzystwie drugiej pani przywitała mnie ponownie i zaprosiła do sali rozmów.
Już na dzień dobry poczęstowano mnie testem. Okrągły stół, panie jeszcze stoją, a ja mam usiąść. Tylko gdzie? Nie pamiętałem takiego testu. Usiadłem na najbliższym krześle. Panie lekko się przesunęły i usiadły tak, by móc patrzeć mi w twarz. Rozpoczął się koncert prezentowania piór.
Pytania były silnie podchwytliwe i wydobyły ze mnie parę rzeczy, których nie chciałem ujawniać. Wyszło, że jestem lekko choleryczny i krytykuję innych. Na szczęście dodałem do tego krytykę samego siebie. Wyszło, że jestem dobitnie szczery. Z dwojga złego taka sytuacja była lepsza. Panie były lekko zaskoczone moją wiedzą z zakresu prowadzenia projektów informatycznych, technik projektowania i prowadzenia projektów samych w sobie. Byłby to pewnie bilet na drugą stronę, gdyby nie fakt, że oni potrzebują programistów, a nie analityków, czy projektantów.
Na sam koniec rozmowy poproszono mnie o wypełnienie testu. I tu niestety dałem już ciała na całej linii. Na niektóre pytania nie znałem odpowiedzi w ogóle. Na nie które najprawdopodobniej odpowiedziałem błędnie. Byłem tak zestresowany, że nawet nie pamiętam dokładnie co pisałem.
Wychodząc z biura poinformowano mnie, że jeśli test poszedł dobrze, to już mogę się czuć członkiem zespołu. Wiedziałem, że nie poszedł dobrze, więc się nim nie poczułem. Pani poinformowała mnie na koniec, że kolejnym i ostatnim etapem rekrutacji jest rozmowa z ew. przyszłym pryncypałem z niemiec i że powinien zadzwonić tego samego dnia, następnego (czyli dziś) albo wcale.
Machnąłem w myślach ręką. Test niestety nie wyszedł jak trzeba.
Spojrzałem na zegarek w telefonie. Nieodebrane połączenie od Wampirka, sms od niego... i godzina... piętnasta. Jezu, ale go przetrzymałem!
Operacja zakończona sukcesem, pacjent zmarł. Teraz chodźmy to opić.
Byle by było jeszcze z kim...
Ociec
W kwestii opijania, oprócz problemu "z kim pić?", istnieje inny -nie mniej istotny- za co?
Mamuśka
Testy mają to do siebie, że najczęściej do ich odczytania używane są tzw. klucze i Twoje odczucia o błędnych odpowiedziach wcale nie musi być prawdziwe...
bazyl
Mamo, to nie był test wyboru. Po prostu pytania, na które trzeba było pisemnie udzielić odpowiedzi. proste.


