Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Wyprawa I: Kupa
Otworzyłem jedno oko i spojrzałem na zegarek. Kilka razy zamrugałem, żeby się upewnić, że na pewno widzę dobrze. Zegarek wskazywał dokładnie piątą piędziesiąt dwie. Dziwna godzina. Zamknąłem oko.
Trzydzieści sekund później biegałem jak kot z pęcherzem po całym mieszkaniu. Spóźniłem się na pociąg. A raczej się spóźnię. Nie zdążę na dworzec główny, ale może zdążę na dworzec Mikołajów. On powinien tam się zatrzymywać. Kobieta w pośpiechu wręczyła mi garść suchego prowiantu (bez napojów) i wyrzuciła za drzwi.W biegu poprawiając garnitur i upychając bułki do kieszeni kurtki, modliłem się żeby pociąg się zatrzymał gdzie powinien.
Na stację oczywiście dotarłem grubo przed czasem. Wiało tak potwornie, że schowałem się w oplutej, brudnej poczekalni, gdzie stadko lumpów dogorywało po ostatniej libacji. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów cieszyłem się, że mam katar. Malutka kolejeczka starszych babć kupujących bilety do domu dopełniała salę poczekalni.
Innymi słowy - kupa ludzi. I sądzę, że większość podobnie śmierdziała.
Drżącymi rękoma wyciągnąłem książkę. Była to moja jedyna droga, by oderwać myśli od tego co będzie. W żołądku już dawno zaczęła się orkiestra. Wiedziałem, że ciężko będzie mi cokolwiek zjeść przed rozmową. Najważniejsze jednak, żebym przynajmniej opanował drgawki całego ciała.
Chwilę później w poczekalni zjawiła się grupka miejscowej kupy. Mam tu na myśli gładko wygolonych panów w jeansach, które na ich obsranych tyłkach wyglądały jak dresy. Zupełnie jak ich właściciele. Niewiele się myliłem. Mieli trudności ze sformułowaniem zdania dłuższego niż trzywyrazowe. Śmierdziało od nich tanimi perfumami i szybko zaczęło śmierdzieć bardziej. Wszyscy jak jeden mąż wyciągneli papierosy i zaczeli palić. W miejscu, gdzie było to niedozwolone. Ten fakt pomijam. Kupa nie potrafi czytać znaków. Nie mówiąc już o książkach.
Miałem zatkany nos, ale nie byłem w stanie tego już znieść. Uszy mi więdły od bogatego słownika kupy lokalnej, a mieszanina tego całego smrodu była na tyle potężna, że po prostu łzawiły mi oczy.
Wyszedłem na zewnątrz. Tu było zimniej. Znacznie. Ale przynajmniej nie było kupy.
Pociąg przyjechał punktualnie. Niemal co do minuty. I co ważne - zatrzymał się na stacji. Szybko odnalazłem swoje miejsce w przedziale. Wyglądało miło. Same damskie towarzystwo. Dwie całkiem ładne dziewczyny i jedna starsza i przysadzista kobieta wyglądająca jak skrzyżowanie businesswoman z hipopotamem w okularach wbitym w garsonkę. Rozsiadłem się wygodnie, wyciągnąłem bułkę i książkę próbując zagłębić się w lekturze. Strach przed nieznanym trochę mnie rozpraszał, ale był to najmniejszy z problemów. Pani hipcio non stop nawijała z kimś przez komórkę opowiadając wspaniałe przeżycia z Wrocławia, praktycznie co pół godziny wychodząc do Warsa po kolejną kawę. Dwie dziewczyny siedzące obok plotkowały o swoich znajomych językiem tak kupiastym, że uszy więdły mi prawie tak samo jak w ostatnich chwilach mojego pobytu w poczekalni. Wieczne nie i no doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Do tego z każdym słowem, który się wydobywał z ich ust, słyszałem delikatny pogłos, jakby ich słowa odbijały się echem po pustej czaszce i wypadały otworem gębowym z delikatnym opóźnieniem.
Dziewczyny były ładne, nie przeczę. Szczególnie jedna, która upodobała sobie wieczne patrzenie na mnie. Jakby to określił mój znajomy - lampienie się. Nie miałem nic przeciwko temu, ale nie chciałem rozpoczynać żadnej rozmowy. Po prostu nie znałem ich słownictwa, a po 50tym nie albo no nie wytrzymałbym i skręciłbym jej kark.
Przez kilka godzin na siłę próbowałem wbić nos w książkę i znaleźć jakieś, przynajmniej pozorne, ukojenie, ale było to praktycznie niemożliwe w tym zgiełku. W tej kobiecej kupie intelektualnej. Do tego kobieta hipcio wiecznie kopała mnie po nogach wywijając swoimi kulasami we wszystkie strony przy przerzucaniu nogi na nogę w tę albo tamtą stronę. Wbrew pozorom jej sachowanie odnosiło dokładnie odwrotny skutek niż sławetna scenka Nagiego Instynktu. Głównie z racji jej wyglądu, ale również gracji, tudzież jej braku.
Nie wytrzymując już ciężaru, jaki się utrzymywał w przedziale, wyszedłem na korytarz, gdzie odkryłem straszną prawdę.
Zachciało mi się kupę.
I to bardzo.
Ciśnienie było tak potężne, że wiedziałem doskonale jak bardzo niemożliwe jest dowiezienie jej do centrum warszawy. Z ustępu musiałem skorzystać teraz. W głębi duszy podziękowałem sobie, że wydałem więcej na bilet, kupując kurst InterCity, gdzie w toaletach jest woda i papier toaletowy.
Wbiegając z paniką wymalowaną na twarzy do kabiny, zatrzasnąłem się i ściągając gacie zrobiłem prawdziwie końską kupę, która niemal natychmiast wylądowała przypadkiem na torach kolejowych w pobliżu dworca w Koninie. Tory od tego nie urosną, ktoś będzie klął w niebogłosy, ale ja odczułem nagle jak moje, nazbyt ambitne w dniu dzisiejszym, funkcje życiowe zaczynają działać na przyzwoitym poziomie. W żołądku zaczęło mnie uciskać z głodu, ręce przestały mi się trząść i zacząłem być ciekaw jak dalej potoczą się losy bohaterów książki, którą ze sobą zabrałem. Co prawda w przedziale skupić myśli się nie dało, za to korytarz nadał się do tego doskonale.
Zrobiło się spokojnie i cicho, poza delikatem turkotem kół o szyny i trochę uciążliwym szumem pędzącego powietrza. Niemal przeoczyłem swoją stację, na której w pośpiechu wysiadłem tuż przed dziadkiem, który mimo, że udawał polaka już dawno nim nie był. Został tylko zgrzybiałym, gburowatym amerykanolem z polskim akcentem, który dawno zapomniał co to jest dobre wychowanie. Po prostej wymianie uprzejmości z tym panem i nazwaniem się nawzajem odpowiednio, pozdrowiłem go gestem stricte amerykańskim i wyszedłem z pociągu.
W końcu byłem w Warszawie.
Tak się przedstawia pierwsza część tej opowieści. Mam nadzieję, że nikogo nim nie uraziłem. Druga część zostanie dodana, jak tylko go skończę pisać :Przyjontko
Mnie uraziłeś. Słowo "Polak" pisze się wielką literą. Bez względu na poglądy.
Jezuch
A "Warszawa" pisze się "Wszawa" ;P
Przez chwilę wydawało mi się, że zamiast czytać bazyl.jogger.pl oglądam "Dzień świra"...


