Strona główna Kontakt Jogger

Bazylowy Jogg

O makach, życiu i innych pierdołach

DISKLEJMER

Chwilowo brak disklejmera :P

-- Bazyl

Riverdance

Nie tak dawno temu razem z moim szefem rozmawialiśmy o bardzo starym już widowisku nazywanym Riverdance.

Piękna muzyka i nieprawdopodobne przedstawienie ogromnej liczby stepujących, Irlandzkich tancerzy... Jedyne w swoim rodzaju i bardzo krótko, objazdowo pokazywane.

Dziś szef przyszedł i wręczył mi płytę z muzyką z tego widowiska.

Uradowany do granic możliwości, siedzę właśnie i wsłuchując się w tę piękną muzykę, staram się pracować. Przypominam sobie stare czasy, kiedy usłyszałem to po raz pierwszy. Dawne uniesienia, bo muzyka jest, mimo swojego wigoru, bardzo romantyczna.

Piękne.

Gdyby ktoś z Was dysponował nagraniem video z tego widowiska, ozłocę! :D

3 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 24 lutego 2005 12:37:35.

Tymbark

Zawsze, jak kupuję soczek Tymbarku, trafiam na bardzo aktualny tekst. Dziś otwierając większą butelkę z soczkiem wyśniowo-jabłkowym dostałem pytanie: Jaki masz gryplan?.

W sumie to sam chciałbym wiedzieć...

Dodaj komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 23 lutego 2005 15:09:34.

Ryba

Od zawsze moimi ulubionymi rybami były duże sumy.

Tylko strasznie kiepski ze mnie wędkarz...

1 komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 17 lutego 2005 10:20:37.

Spam

Zostałem spammerem :P

Zacząłem ambitnie wysyłać wszędzie swoje CV. Kto wie. Może komuś okażę się potrzebny.

Dodaj komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 16 lutego 2005 19:56:30.

Praca

Rzuciłem. Teraz szukam nowej. Ma ktoś jakieś widoki? :)

1 komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 15 lutego 2005 15:03:27.

Idee

Chyba każdy ma jakieś idee. Trzyma się swoich własnych poglądów i marzeń i stara się (bądź przynajmniej stara się starać) kierować nimi w życiu. Nie chodzi mi tu o jakieś użalanie się. Raczej o krótki wywód na temat.

Od lad berbeciowatych, kiedy jeszcze nawet komputera nie posiadałem, zdecydowałem że będę się szkolił na programistę. Konkretnie na programistę gier komputerowych. Zawsze fascynowało mnie owe tworzenie innych światów. Prawdziwe tworzenie. Adrenalina zawsze skakała mi wyżej.

Wybrałem liceum, uczelnię i, mając zaledwie 9 lat, zdecydowałem się jak wyglądać będzie moje życie. Co ciekawe, do dnia dzisiejszego moje cele się w ogóle nie zmieniły.

Siedząc w pracy i nudząc się przeraźliwie, rozglądam się po sieci patrząc jak wygląda światek gier. Czytuję strony o developingu... i... nie robię nic. Oferty pracy w polsce na programistę gier istnieją. Jest TechLand no i oczywiście twórcy Wiedźmina, czyli najbardziej obiecującego polskiego produktu (oby im to wyszło). Problem w tym, że nie dorastam im do pięt z prostego powodu - kompletnie nie mam doświadczenia w tym zawodzie.

Produkcja gier komputerowych pochłania praktycznie całą wiedzę z zakresu szeroko rozumianej informatyki. I to jest wspaniałe. Problem w tym, że należę raczej do tych przeciętnych.

Ścierając łezkę z oka, przyznaję się przed sobą samym, iż szans jako takich, na rozwój w tej dziedzinie i pracy przy takich projektech raczej nie mam. Nie pozostaje nic innego jak skoncentrować się na normalnej pracy i dłubać wieczorkami malutkie gierki, w które przyjemnie się będzie grało dzieciom szeroko rozumianym i które nie będą wymagały ani specjalnej wiedzy ani dużego zespołu programistycznego.

Ot, i cała filozofia...

1 komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 15 lutego 2005 10:55:55.

Kryzys

Od kilku dni próbuję jakoś zwalczyć bibliotekę libxml2. Stwierdzam jednoznacznie, że jest ze mnie dupa, a nie programista, skoro nie potrafię sobie poradzić z takimi pierdołami. Jest mi smutno. Strasznie smutno :(

Dodaj komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 12 lutego 2005 16:57:11.

Wyprawa III: Najdroższe piwo w kraju

Wybiegając z budynku miałem w głowie tylko dwie myśli: czy Wampirek miał dość cierpliwości i czy można gdzieś tu szybko kupić fajki. Ręce trzęsły mi się jak w końcowym stadium alkoholizmu.

Dobiegłem do głównego wejścia do centrum z wielkim smutkiem stwierdzając, że kompletnie nikt na mnie już nie czeka. Z nosem na kwintę wmaszerowałem do środka, myśli koncentrując na poszukiwaniach jakiegoś kiosku z nikotyną.

Wystając w kolejce nowo znalezionego stoiska poczułem delikatne wibracje w lewej kieszeni. Wampirek. Pytał się gdzie jestem i po głębokich przeprosinach z mojej strony umówiliśmy się na powrót prze owym wejściem do raju szastających mężowym szmalem kobiet.

Przed wejściem stało kilka osób, z których wyróżniała się szczególnie jedna. Wysoki facet z delikatnym zarostem ubrany jak na Syberię. Nawet plecaka nie brakowało. Alpinusa. Wymieniliśmy wstępne uprzejmości witające i po skalkulowaniu doszliśmy do wniosku, że brakuje mi jednej istotnej rzeczy. Biletu. Na powrót czekał mnie ten sam kiosk i jeszcze dłuższa kolejka, ale uzbrojony w rzeczony bilet mogłem w końcu wybrać się z Wampirkiem na ukochane piwo.

Nie byliśmy wybredni. Na pierwszym przystanku, gdzie dostrzegliśmy znak marki jakiegoś piwa wyskoczyliśmy z autobusu i spragnieni jak na saharze wbiegliśmy do środka.

W knajpie, oprócz atmosfery i czystości brakowało jednej istotnej rzeczy. Miejsca. Z ledwością przecisnęliśmy się do jednego ze stollików, gdzie w ramach zakąski już zaserwowano nam pełną popielniczkę. Z gifowego apperitifu zrezygnowaliśmy i przystąpiliśmy do głównego dania nazywanego w tych stronach piwem Książęcym, który w smaku przypominał bardzo wybraną z akwarium wodę przyprawioną chmielem. Rozmawiając rozwiąźle i kompletnie nie na temat nieudanego interwju sączyliśmy bursztynowe płyny i gapiliśmy się w paskudne, wielkie akwarium, gdzie zmutowane od ciężkiej atmosfery ryby leniwie przemierzały w tę i z powrotem cały zbiornik.

Czasu wystarczyło mi na dwa piwa. Wampirkowi na trzy. Po tym rozlużniającym aspekcie dnia przystąpiliśmy do odnalezienia drogi na dworzec. Mieliśmy sporo czasu. Okazało się, że więcej niż zakładaliśmy. Pociąg faktycznie odjeżdżał o 18.13, ale nie z centralnego a wschodniego dworca Warszawy. Czasu akurat starczyło na małe zakupy suchego prowiantu i wymianie kolejnych uprzejmości, tym razem, pożegnalnych.

Wampirek wpakował mnie do pociągu i sam odszedł w poszukiwaniu przybytku, a ja znów zagłębiłem się w lekturze w ciasnym przedziale pełnym starych trepów zmierzających do Poznania.

Przynajmniej ten fakt był miły. Od Poznania podróżowałem już sam i kiedy skończyłem ksiąźkę nie pozostało mi nic innego jak wypatrywanie świateł Wrocławia.

Ostatnie 15 minut było dla mnie koszmarem. Przyklejony do szyby wyglądałem przez okno zamkniętych drzwi wagonu. Widziałem jak powoli przesuwa się na horyzoncie pięknie oświetlony most milenijny. Rozmyte światła pylonów, niebieskie podświetlenie jezdni i malutkie kropki lamp drogowych. Stare budynki... Widziałem moje osiedle! Dom! krzyczałem w myślach. W końcu dom!

Próbowałem z całej siły popędzić myślami skład pociągu, wyskoczyłem z niego na stacji jak z procy. Biegłem do domu całą drogę.

Otworzyłem drzwi, rozebrałem się w biegu i wskoczyłem do łóżka, gdzie już spała moja dziewczyna. Wróciłem, kochanie.I jak było?. Przekalkulowałem koszty podróży, sumując wszystko i dzieląc na dwa wypite piwa, które były jedynym rezultatem tej wybrawy.

Nic, kochanie. Wypiłem tylko najdroższe dwa piwa w swoim życiu.

Dodaj komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 12 lutego 2005 16:49:46.

Wyprawa II: Rozmowa

To zadziwiające jak łatwo odnalazłem drogę. Co prawda nie było to specjalnie skomplikowane, ale mimo wszystko cieszę się, że nawet nie musiałem kluczyć. Prosto z dworca, mając w pamięci wskazówki Klisa i mapke ze strony CH Reduta trafiłem do tegoż właśnie centrum. Byłem głodny jak rumuński pies podwórkowy, a gotówki nie miałem w ogóle. Po krótkich poszukiwaniach bankomatu w końcu skończyłem w McSraczu. Wziąłem sobie ich nowy pomysł na bułkę w zestawie i pałaszując znów zniknąłem w czeluściach książki. Z otępieńczego, powolnego ruchu żucia kolejnych kęsów wybił mnie telefon.

Wampirek.

Hej! I jak się umawiamy? Zapytał niespiesznie.
No, mam spotkanie na 13stą, to sądzę, że koło 14stej powinienem być wolny. Wątpię, żeby dłużej mnie wałkowali, odparłem zgodnie ze swoimi przypuszczeniami.
To super, to gdzie się zobczymy? To pytanie było niebezpieczne.
Widzisz. Problem w tym, że będziesz musiał mi jakoś pójść na rękę, bo ja kompletnie nie znam tego miasta i łatwo mi będzie się tuz gubić, w myślach już się zastanawiałem co ten cżłowiek wymyśli za miejsce, machinalnie wpychając sobie garść frytek do ust.
Dobra, to ja jeszcze zadzwonię albo puszczę smsa co i jak, odparł i szybko zakończył rozmowę, a ja na powrót zagłębiłem się w konsumpcji fizycznej i intelektualnej.

Niedługo potem, kiedy do skonsumowania zostąła mi już tak naprawdę tylko kola (nie licząc książki oczywiście), Wampirzasty zadzwonił ponownie, idąc mi na rękę stwierdził, że o drugiej przyjedzie po mnie. Bardzo mnie to ucieszyło. Sam, spojrzałem na zegarek, odruchowo chcąc wiedzieć ile czasu mi jeszcze pozostało. Wybałuszyłem zdziwione oczy. Niecałe pół godziny, a ja nawet nie wiem gdzie to jest!

Pośpiesznie się zebrałem i ruszyłem na poszukiwania. Daleko szukać nie musiałem. Budynek obok Reduty, a raczej zespół budynków nosił numerek 146. Dokładnie to czego szukałem. Ów budynek b był pośród nich.

Podszedłem do bramki wjazdowej, gdzie uciesznie mnie poinformowano, że mam się zgłosić do budy woźnego. Ten spisał moje dane, cel wizyty oraz firmę, do której się wybieram, wręczył mi świstek przepustki i włączył bramkę, żebym mógł przejść. Pomaszerowałem dziarsko w kierunku wskazanym mi palcem.

Budynek pachniał nowością i techniawością. Ładne ściany, ładne windy firmy Otis, ładne meble no i oczywiście ładne panie. Niestety wszystkie w spodniach. Zreferowałem w recepcji po co i naco się tu znalazłem, podbito mi przepustkę, po czym polecono czekać.

Tym razem to ja, na modłę pani hipcio, zacząłem majtać nogami ze zniecierpliwieniem. Mniej więcej dziesięć minut później przywitała mnie kolejna pani informując, że sprawa się może jeszcze przedłużyć i czy mam ochotę na coś do picia. Zażyczyłem (usłużnie) sobie kawę firmową w wersji cappucino i zostając znów sam, dalej majtałem nogami w akompaniamencie siorbania nazbyt ciepłej kawy.

Po piętnastu minutach filiżanka była już pusta. Moja głowa tak samo. Za to zjawiła się moja znajoma pani, która w towarzystwie drugiej pani przywitała mnie ponownie i zaprosiła do sali rozmów.

Już na dzień dobry poczęstowano mnie testem. Okrągły stół, panie jeszcze stoją, a ja mam usiąść. Tylko gdzie? Nie pamiętałem takiego testu. Usiadłem na najbliższym krześle. Panie lekko się przesunęły i usiadły tak, by móc patrzeć mi w twarz. Rozpoczął się koncert prezentowania piór.

Pytania były silnie podchwytliwe i wydobyły ze mnie parę rzeczy, których nie chciałem ujawniać. Wyszło, że jestem lekko choleryczny i krytykuję innych. Na szczęście dodałem do tego krytykę samego siebie. Wyszło, że jestem dobitnie szczery. Z dwojga złego taka sytuacja była lepsza. Panie były lekko zaskoczone moją wiedzą z zakresu prowadzenia projektów informatycznych, technik projektowania i prowadzenia projektów samych w sobie. Byłby to pewnie bilet na drugą stronę, gdyby nie fakt, że oni potrzebują programistów, a nie analityków, czy projektantów.

Na sam koniec rozmowy poproszono mnie o wypełnienie testu. I tu niestety dałem już ciała na całej linii. Na niektóre pytania nie znałem odpowiedzi w ogóle. Na nie które najprawdopodobniej odpowiedziałem błędnie. Byłem tak zestresowany, że nawet nie pamiętam dokładnie co pisałem.

Wychodząc z biura poinformowano mnie, że jeśli test poszedł dobrze, to już mogę się czuć członkiem zespołu. Wiedziałem, że nie poszedł dobrze, więc się nim nie poczułem. Pani poinformowała mnie na koniec, że kolejnym i ostatnim etapem rekrutacji jest rozmowa z ew. przyszłym pryncypałem z niemiec i że powinien zadzwonić tego samego dnia, następnego (czyli dziś) albo wcale.

Machnąłem w myślach ręką. Test niestety nie wyszedł jak trzeba.

Spojrzałem na zegarek w telefonie. Nieodebrane połączenie od Wampirka, sms od niego... i godzina... piętnasta. Jezu, ale go przetrzymałem!

Operacja zakończona sukcesem, pacjent zmarł. Teraz chodźmy to opić.

Byle by było jeszcze z kim...

3 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 11 lutego 2005 11:52:20.

Wyprawa I: Kupa

Otworzyłem jedno oko i spojrzałem na zegarek. Kilka razy zamrugałem, żeby się upewnić, że na pewno widzę dobrze. Zegarek wskazywał dokładnie piątą piędziesiąt dwie. Dziwna godzina. Zamknąłem oko.

Trzydzieści sekund później biegałem jak kot z pęcherzem po całym mieszkaniu. Spóźniłem się na pociąg. A raczej się spóźnię. Nie zdążę na dworzec główny, ale może zdążę na dworzec Mikołajów. On powinien tam się zatrzymywać. Kobieta w pośpiechu wręczyła mi garść suchego prowiantu (bez napojów) i wyrzuciła za drzwi.W biegu poprawiając garnitur i upychając bułki do kieszeni kurtki, modliłem się żeby pociąg się zatrzymał gdzie powinien.

Na stację oczywiście dotarłem grubo przed czasem. Wiało tak potwornie, że schowałem się w oplutej, brudnej poczekalni, gdzie stadko lumpów dogorywało po ostatniej libacji. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów cieszyłem się, że mam katar. Malutka kolejeczka starszych babć kupujących bilety do domu dopełniała salę poczekalni.

Innymi słowy - kupa ludzi. I sądzę, że większość podobnie śmierdziała.

Drżącymi rękoma wyciągnąłem książkę. Była to moja jedyna droga, by oderwać myśli od tego co będzie. W żołądku już dawno zaczęła się orkiestra. Wiedziałem, że ciężko będzie mi cokolwiek zjeść przed rozmową. Najważniejsze jednak, żebym przynajmniej opanował drgawki całego ciała.

Chwilę później w poczekalni zjawiła się grupka miejscowej kupy. Mam tu na myśli gładko wygolonych panów w jeansach, które na ich obsranych tyłkach wyglądały jak dresy. Zupełnie jak ich właściciele. Niewiele się myliłem. Mieli trudności ze sformułowaniem zdania dłuższego niż trzywyrazowe. Śmierdziało od nich tanimi perfumami i szybko zaczęło śmierdzieć bardziej. Wszyscy jak jeden mąż wyciągneli papierosy i zaczeli palić. W miejscu, gdzie było to niedozwolone. Ten fakt pomijam. Kupa nie potrafi czytać znaków. Nie mówiąc już o książkach.

Miałem zatkany nos, ale nie byłem w stanie tego już znieść. Uszy mi więdły od bogatego słownika kupy lokalnej, a mieszanina tego całego smrodu była na tyle potężna, że po prostu łzawiły mi oczy.

Wyszedłem na zewnątrz. Tu było zimniej. Znacznie. Ale przynajmniej nie było kupy.

Pociąg przyjechał punktualnie. Niemal co do minuty. I co ważne - zatrzymał się na stacji. Szybko odnalazłem swoje miejsce w przedziale. Wyglądało miło. Same damskie towarzystwo. Dwie całkiem ładne dziewczyny i jedna starsza i przysadzista kobieta wyglądająca jak skrzyżowanie businesswoman z hipopotamem w okularach wbitym w garsonkę. Rozsiadłem się wygodnie, wyciągnąłem bułkę i książkę próbując zagłębić się w lekturze. Strach przed nieznanym trochę mnie rozpraszał, ale był to najmniejszy z problemów. Pani hipcio non stop nawijała z kimś przez komórkę opowiadając wspaniałe przeżycia z Wrocławia, praktycznie co pół godziny wychodząc do Warsa po kolejną kawę. Dwie dziewczyny siedzące obok plotkowały o swoich znajomych językiem tak kupiastym, że uszy więdły mi prawie tak samo jak w ostatnich chwilach mojego pobytu w poczekalni. Wieczne nie i no doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Do tego z każdym słowem, który się wydobywał z ich ust, słyszałem delikatny pogłos, jakby ich słowa odbijały się echem po pustej czaszce i wypadały otworem gębowym z delikatnym opóźnieniem.

Dziewczyny były ładne, nie przeczę. Szczególnie jedna, która upodobała sobie wieczne patrzenie na mnie. Jakby to określił mój znajomy - lampienie się. Nie miałem nic przeciwko temu, ale nie chciałem rozpoczynać żadnej rozmowy. Po prostu nie znałem ich słownictwa, a po 50tym nie albo no nie wytrzymałbym i skręciłbym jej kark.

Przez kilka godzin na siłę próbowałem wbić nos w książkę i znaleźć jakieś, przynajmniej pozorne, ukojenie, ale było to praktycznie niemożliwe w tym zgiełku. W tej kobiecej kupie intelektualnej. Do tego kobieta hipcio wiecznie kopała mnie po nogach wywijając swoimi kulasami we wszystkie strony przy przerzucaniu nogi na nogę w tę albo tamtą stronę. Wbrew pozorom jej sachowanie odnosiło dokładnie odwrotny skutek niż sławetna scenka Nagiego Instynktu. Głównie z racji jej wyglądu, ale również gracji, tudzież jej braku.

Nie wytrzymując już ciężaru, jaki się utrzymywał w przedziale, wyszedłem na korytarz, gdzie odkryłem straszną prawdę.

Zachciało mi się kupę.

I to bardzo.

Ciśnienie było tak potężne, że wiedziałem doskonale jak bardzo niemożliwe jest dowiezienie jej do centrum warszawy. Z ustępu musiałem skorzystać teraz. W głębi duszy podziękowałem sobie, że wydałem więcej na bilet, kupując kurst InterCity, gdzie w toaletach jest woda i papier toaletowy.

Wbiegając z paniką wymalowaną na twarzy do kabiny, zatrzasnąłem się i ściągając gacie zrobiłem prawdziwie końską kupę, która niemal natychmiast wylądowała przypadkiem na torach kolejowych w pobliżu dworca w Koninie. Tory od tego nie urosną, ktoś będzie klął w niebogłosy, ale ja odczułem nagle jak moje, nazbyt ambitne w dniu dzisiejszym, funkcje życiowe zaczynają działać na przyzwoitym poziomie. W żołądku zaczęło mnie uciskać z głodu, ręce przestały mi się trząść i zacząłem być ciekaw jak dalej potoczą się losy bohaterów książki, którą ze sobą zabrałem. Co prawda w przedziale skupić myśli się nie dało, za to korytarz nadał się do tego doskonale.

Zrobiło się spokojnie i cicho, poza delikatem turkotem kół o szyny i trochę uciążliwym szumem pędzącego powietrza. Niemal przeoczyłem swoją stację, na której w pośpiechu wysiadłem tuż przed dziadkiem, który mimo, że udawał polaka już dawno nim nie był. Został tylko zgrzybiałym, gburowatym amerykanolem z polskim akcentem, który dawno zapomniał co to jest dobre wychowanie. Po prostej wymianie uprzejmości z tym panem i nazwaniem się nawzajem odpowiednio, pozdrowiłem go gestem stricte amerykańskim i wyszedłem z pociągu.

W końcu byłem w Warszawie.

Tak się przedstawia pierwsza część tej opowieści. Mam nadzieję, że nikogo nim nie uraziłem. Druga część zostanie dodana, jak tylko go skończę pisać :P

2 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 11 lutego 2005 10:14:54.

Uwaga uwaga

Za chwilę będę opisywał historię dnia wczorajszego w odcinkach (w założeniu w 3 odcinkach). Tych, którzy nie przepadają za długimi opowieściami, z miejsca proszę o wybaczenie. Chcę jednak sprecyzować wszystko co się wydarzyło i opisać w jakiś przystępny sposób.

Dodaj komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 11 lutego 2005 09:36:14.

Kciuki

Proszę Was o trzymanie za mnie kciukasów ;] Jutro o 5.54 mam tramwaj na dworzec. Pociąg o 6.40. Zobaczymy co z tego będzie :P

3 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 09 lutego 2005 21:16:21.

Nuda w pracy

Przez wszechobecna w tej chwili nudę coraz częściej grywam w pracy w gierki webowe. Dobrym przykładem jest pewna gierka pirotechniczna. Chyba niezłym wymiataczem się w niej stałem, bo (może i gram na łatwym poziomie, ale jednak) zdobyłem pozycję Enlightened Sage z liczbą ponad 900 000 punktów i nadal gram. Ciekawe jak daleko zajdę :)

1 komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 09 lutego 2005 14:18:58.

Spotkanie

Czwartek. 10tego lutego. Godzina 13. Właśnie wtedy muszę się znaleźć na Alejach Jerozolimskich w Warszawie, by odbyć spotkanie w sprawie pracy. Czy ktoś może mi pomóc? :) Muszę jakoś trafić tam z dworca :) A Warszawę to ja ostatnio widziałem jakieś 5 lat temu :)

14 komentarzy. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 08 lutego 2005 19:48:06.

Interwju

Przeprowadzono przez telefon. Teraz czekam na decyzję. O jejku, jak chcę, żeby była pozytywna!

Tylko.... tylko kto mi pomoże dojechać na miejsce ostatecznego spotkania w Warszawie? :)

4 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 08 lutego 2005 12:28:11.

Tajemniczy telefon

Dziś otrzymałem bardzo tajemniczy telefon, który wzbudził we mnie bardzo mieszane emocje. Mieszane dopiero teraz. Wcześniej, ak jak w trakcie rozmowy, jedyne co czułem to wzbierającą się we mnie radość i ogromne podniecenie.
Przejdźmy jednak do rzeczy.

Raptem piętnaście minut temu, mój telefon komórkowy zadrżał w wibracjach wyciszonego dzwonka oznajmiając mi, że ktoś chce ze mną rozmawiać. Numer był zastrzeżony. Odebrałem telefon. Po drugiej stronie słuchawki miły pan przedstawił się i spytał, czy jestem zainteresowany zmianą miejsca zatrudnienia. Adrenalina mi podskoczyła. "Ależ oczywiście" odparłem i z nadzieją w duszy zacząłem słuchać jego wywodu na temat warunków pracy. Szkolenia, wyjazd dwuletni za granicę, nauka języków obcych, ciekawa tematyka, z wykorzystaniem narzędzi, których używam. Po prostu oferta marzenie prosto z nieba (nie wysyłałem do nich swojego CV. Sami mnie znaleźli).

Umówiłem się na spotkanie. Nie dziś, bo nie zdążę, ale w czwartek. Otrzymałem numer kontaktowy, adres i osobę kontaktową. Rozłączyłem się. Byłem szczęśliwy jak dawno nie byłem. Szczęśliwy, że zostałem zauważony, że raz to do mnie praca przyszła, a nie ja do niej... I to jaka praca!

Wiem, to brzmi jak bajka... i w sumie niewiele się o nią otarła. Dlaczego?

Kiedy zupełnie zbity z tropu, gapiłem się tępo w kartkę papieru, na której zapisałem nasze ustalenia z rozmowy, zacząłem mieć niejasne podejrzenia. Coś było nie tak. Jakiś dziwny numer telefonu... Jakiś kompletnie nieznany mi adres... Wykopałem energicznie mapę Wrocławia i zacząłem szukać. Nie ma. Jak to nie ma?! Przecież tam jestem umówiony. Panorama Firm, Gógle... JEST!

Jest... Mina mi zrzedła... Zachciało mi się płakać. Strasznie płakać.

Wykręciłem tajemniczy numer dodając odpowiedni numer kierunkowy. Musiałem zrezygnować ze spotkania... i pracy...

Nic dziwnego. Ja mieszkam we Wrocławiu, a firma jest w Warszawie. Umówili się ze mną po pracy w Warszawie! Jak mogli się pomylić!? Przecież w moim CV jest jasno napisany mój adres zamieszkania.

Refleksja jest prosta. Praca nie spada z nieba, a jeśli już, to nie ku uciesze, ale jeszcze większego zawodu. Takiego, jaki przeżywam teraz, pisząc tę notkę i kontemplując (prosto pluć już nie potrafię).

Znów fajna praca przeszła mi koło nosa...

3 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 08 lutego 2005 10:59:16.

Cała prawda o polityce

Bez dwóch zdań. Cała prawda o polityce ujęta w jednym obrazku Rroarra. Podtekst seksualny, owszem. Rroarrowski, ale mimo wszystko pokazał coś oczywistego, co wiedzą wszyscy i nikt nie mówi.

By ich szlag.

Dodaj komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 07 lutego 2005 10:12:58.

Problem

Do każdego problemu na świecie można podejść w trójnasób:
- postanowić coś z tym zrobić;
- postanowić nic z tym nie robić;
- postanowić, że się nic nie postanowi.

Wbrew pozorom najgorsze jest trzecie rozwiązanie.

1 komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 04 lutego 2005 10:20:20.

Szmal

Wszyscy kochają pieniądze. Pytanie tylko, dlaczego wszyscy wyciągają pieniądze ode mnie?

Już kilkakrotnie zrobiono mnie na szaro. Nie raz nie dwa. Mieszkające ze mną dziewczyny (współlokatorki) nabijały rachunki telefoniczne po kilkaset złotych i znikały bez śladu... ale to tylko początek...

Do dziś spłacam długi, jem suchy chleb i popijam wodą, bo nie mam pieniędzy. Czuję się ze wsząd okradany. Jestem bardzo małym żuczkiem, zarabiam mało pieniążków, a wszyscy dookoła tylko kombinują jak mnie okraść. Mam tego dosyć. W tej chwili spłacam ostatni dług. Ostatnie 200zł. Którego zresztą nie mam :(

W każdym razie od dziś dzień, jak ktoś zarząda ode mnie pieniędzy, bo cośtam, to odpowiedź jest prosta - PIERDOL SIĘ! Jak Ci się nie podoba, to załóż sprawę w sądzie.

2 komentarze. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 03 lutego 2005 15:37:18.

Mroczna Wieża

Kiedy dostałem na urodziny pierwszą część tej Kingowskiej sagi, byłem do niej nastawiony dość nijako. Ale z rozpędu przeczytałem książkę, a że moja matka musiała kupić książkę w swoim klubie, wyręczyłem ją (również średnio chętnie) i kupiłem drugi tom.

Wracając któregoś dnia do domku z owym drugim tomem w ręku, przerzucając ostatnie kartki, dziwnym trafem znalazłem się w księgarni przy kasie kupując tom trzeci... który skończyłem przed momentem i już wiem, że w drodze do domu zakupię kontynuację tej sagi.

Kingowka narracja i intryga, wspaniały świat fantasy-sf, trochę przewidywalnych faktów, ale i masę zagadek. Być może niefortunnie rozpocżęta saga stała się naprawdę ekscytująca. Grubość książek rośnie tempem ciągu Fibonacciego. Każda następna jest grubości sumy dwóch poprzednich. Cena też rośnie, ale nie aż tak drastycznie :)

But who cares!? Ja muszę wiedzieć co jest dalej.. Po prostu muszę :P

Niech tylko praca się skończy i już będę w drodze do księgarni :)

1 komentarz. Poziom: 1; Kategorie: Ogólne ; 02 lutego 2005 12:00:37.