Archiwum
- Listopad 2008 (2)
- Październik 2008 (2)
- Wrzesień 2008 (2)
- Sierpień 2008 (5)
- Lipiec 2008 (5)
- Czerwiec 2008 (3)
- Maj 2008 (1)
- Kwiecień 2008 (2)
- Marzec 2008 (3)
- Luty 2008 (9)
- Styczeń 2008 (2)
- Grudzień 2007 (2)
- Listopad 2007 (3)
- Październik 2007 (6)
- Wrzesień 2007 (8)
- Sierpień 2007 (5)
- Czerwiec 2007 (1)
- Maj 2007 (10)
- Kwiecień 2007 (5)
- Marzec 2007 (26)
- Luty 2007 (21)
- Styczeń 2007 (11)
- Grudzień 2006 (4)
- Listopad 2006 (9)
- Październik 2006 (6)
- Wrzesień 2006 (2)
- Lipiec 2006 (1)
- Czerwiec 2006 (13)
- Maj 2006 (2)
- Kwiecień 2006 (9)
- Marzec 2006 (1)
- Luty 2006 (2)
- Styczeń 2006 (17)
- Listopad 2005 (5)
- Październik 2005 (1)
- Sierpień 2005 (1)
- Lipiec 2005 (17)
- Czerwiec 2005 (2)
- Maj 2005 (4)
- Kwiecień 2005 (4)
- Marzec 2005 (7)
- Luty 2005 (20)
- Styczeń 2005 (24)
- Grudzień 2004 (21)
- Listopad 2004 (25)
- Październik 2004 (22)
- Wrzesień 2004 (38)
- Sierpień 2004 (5)
Kategorie
- Batalie (25)
- Emigracja (51)
- Komercha (4)
- Ogłoszenia (19)
- Ogólne (230)
- Opowiadacze (13)
- Pieprzenie (30)
- Podróże (23)
- Prasówka (6)
- Programowanie (42)
- Cocoa (14)
- iPhone (4)
- Mac OS X (17)
- Obj-C (12)
- Technikalia (21)
Czytam
Pralnia
- Halooo, Czy tu pralnia?!
- Sralnia, kurwa, a nie pralnia! Tu Ministerstwo Kultury, kutasie jebany!
Wybaczcie nadmiar mięsa, ale tutaj jest ono silnie wskazane :P
Dlaczego analiza - ciąg dalszy
Będzie już z 3 lata, kiedy po raz pierwszy klient zadał mi pytanie po co to wszystko. Dlaczego tak się trudzić z jakimiś tam papierami, które niekoniecznie rozjaśniają całą sytuację.
- Mnie rozjaśniają - odparłem z przekonaniem. Bo przecież tak właśnie jest. Dzięki wnikliwej analizie znajduję się w tym projekcie nie gorzej niż sam klient, a potem przenoszę to na diagramy, opisy techniczne i sam kod, który napisze mój zespół.
Kiedy jednak klient się miga od czystej odpowiedzi albo zaczyna sobie zdawać, że traci kontrolę nad projektem, kiedy zaczyna go on przerastać, wtedy próbuję się zabawić w małego psychologa.
Pierwszym pytaniem, jakie zadaję klientowi jest pytanie, czy kiedykolwiek był w dzikiej dżungli. Ludzie zazwyczaj odpowiadają, że nie, choć raz znalazł się i mnie dziki zapaleniec i rządny przygód czterdziestolatek. Bez względu na odpowiedź klienta, następne pytanie brzmi zazwyczaj tak samo - "Czy wyobraża pan sobie pójść w dżunglę z człowiekiem, który zna ją tylko z podróży palcem po mapie?".
To zazwyczaj wprawia ludzi w pewnego rodzaju konsternację, choć często już po chwili starają się odbić pałeczkę szukając różnic w podróży przez puszczę i projekcie informatycznym. "Przecież to nie dżungla", mawiają. "A i tak tutaj wyjaśniliśmy sobie chyba wszystkie niezrozumiałe aspekty i projekt jest jasny!".
Taką piłeczkę już ciężko odbić. Są jednak osoby, które już wcześniej zadały sobie wiele trudnu, by i na to pytanie odpowiedzieć. Uzywam, więc starego porównania. "Drogi panie", zaczynam zazwyczaj. "Czy próbował się pan kiedyś postawić w roli psychologa? A czy mnie w takiej roli potrafi pan sobie wyobrazić?" Uśmiech w takiej sytuacji to tylko dodatek do szyderczego spojrzenia mojego klienta.
"Proszę sobie wyobrazić, że staram się pana wyleczyć z pewnych lęków. Na przykład lęku wysokości. Doszliśmy już do tego, że się pan boi i opisaliśmy ten strach. Ja teraz próbuję pana "wyleczyć" używając terapii szokowej. Jednakże zapomniał mi pan wcześniej powiedzieć, że zaczął się pan panicznie bać wysokości od dnia, kiedy wypadł pan z balkonu i poważnie poturbował. W związku z czym terapia szokowa może panu nawet zaszkodzić, miast pomóc."
Nie jestem psychologiem. Nie wiem, czy terapia szokowa jako taka istnieje. Na szczęście moi klienci też psychologami nie są, ale po tym prostym porównaniu rozumieją jedno - jeśli zapomną o czymś powiedzieć, to może się na nich zemścić w trakcie realizacji takiego projektu. Stają się bardziej ostrożni i artykułują wszystkie swoje obawy zanim zamknę projekt i spróbuję go zaprojektować.
Takie rozmowy to tylko przykład tego, jak bardzo ludzka psychika może utrudnić pracę, która na pierwszy rzut oka z takową w ogóle nie jest związana. To zdarza się na codzień, a branża informatyczna jest swego rodzaju katalizatorem ludzkich zachowań, które odbiegają od normy.
Dlaczego?
O tym już w następnym odcinku :)
Nie do końca techniczne rozmyślania
Z racji swojego zawodu, nie raz nie dwa spotykam się z różnymi problemami, które - wbrew wszelkim pozorom - nie zawsze są sprawami technicznymi. Mimo niepełnego wykształcenia w pewnych kręgach cenią mój (silnie domniemany) profesjonalizm. Podobno potrafię sobie zaskarbić ufność klienta. Pewnie dlatego stałem się analitykiem biznesowym i projektantem bardziej niż programistą sensu stricte. Jakiś czas temu znajomy trudniący się dokładnie tym samym kawałkiem chleba zadał mi ciężkie pytanie. Jakim cudem udaje mi się zmusić klienta do tak otwartej i pełnej współpracy przy tworzeniu analizy systemu? Pytanie może z początku wydać się silnie banalne, ale głęboki, ukryty w nim sens jest.
Dlaczego?
Trzeba sięgnąć samych korzeni. Informatyka, jak praktycznie każda inna dziedzina życia, kręci się wokół jednego - pieniędzy. Nie raz nie dwa słyszałem anegdotę, że komputery służą rozwiązaniom problemów, które by nie istniały, gdyby nie istniał sam komputer. I często mają rację.
Jednak czemuś te komputery służą. Ułatwiają jakąś pracę, utrudniając przy tym inną.
I od początku swojego istnienia służą do robienia jednej, bardzo konkretnej rzeczy - pieniędzy.Kiedy na scenie pojawia się człowiek, który chciałby stworzyć system dla siebie i sprzedaje swoją wiedzę, którą ja zamykam w analizie, zaczyna się prawdziwy dramat. Z jednej strony klient chce zdradzić jak najmniej, żeby politycznie i handlowo gdzieś nie przesadzić. To działanie podświadome. Nawet, jeśli odpowiednie dokumenty o tajemnicy handlowej zostaną zawarte. Po drugie klientowi zależy na czasie. On inwestuje pieniądze i chce jak najszybciej je odzyskać poprzez zyski z działania systemu. A tu cały czas trwa jakaś kretyńska gadka o możliwościach, funkcjonalności i przyszłości w rozwoju. Jakieś debilne normy, słowniczki, rysuneczki.. a czas ucieka. To podświadome działanie niszczy nawet bardzo duże projekty. Jest podstawą problemów takich firm jak Prokom, czy ComputerLand. I to wiem z pierwszej ręki z racji mojej historii zawodowej.
I teraz siedzi przede mną człowiek - bratnia dusza, przecież. Istota zajmująca się tym samym co ja - analizą, projektem. Płacze mi w ramię, że nie jest w stanie zmusić klienta do konstruktywnej rozmowy, że potem to się mści i wszystko bierze w łeb.
Oczywiście, że bierze! To wiedzą wszsyscy! Tylko jak to "sprzedać" klientowi, by poświęcił odpowiednią ilość swojego czasu i odpowiednio mocno zaangażował się w projekt?
Mnie się to udało.
Moją odpowiedż napiszę jutro, bo jest długa i wywodliwa, a teraz - to kobieta mnie wzywa... na kolację ;)
Wspominki maglowania
Pamiętam czasy, kiedy komputer to było coś bardzo rarytaśnego. Szczytem marzeń było videocasetteplayer czyli polskie wideo
Oczywiście takowe posiadałem w moim kochanym domku. Zdobycie kasety tez specjalnym problemem nie było...
Ponieważ mieliśmy pod domem magiel.
Ów magiel to było wielce magiczne miejsce. Oprócz ogromnej machiny służącej do miażdżenia pościeli i tym podobnych elementów, dwie ściany pomieszczenia zajmowały półki z opakowaniami kaset wideo.
Odnalezienie tego właściwego było nie lada sztuką. Nie było segregacji. Jedyną jako taką było oddzielenie kaset z pornografią (które chowano pod biurkiem) od całej reszty
Z młodzieńczych lat ciągle sobie przypominam ten zapach maglowanej pościeli i kaseta z Rambo w ręku...
Ja riplej... chcę urodzić się jeszcze raz.
Wszystko powinno być inaczej...
Zakupy
Ja: Poproszę dwie bułki z makiem.
Ekspedientka: Jakie? Duże? Małe? Słodkie?
Ja: Słodkie.
Ekspedientka: Jakie słodkie? Z budyniem? Z serem? Z śliwką?
Ja: Z MAKIEM, KURWA!
I ktoś mi powie, że mieszkamy w normalnym kraju...
Takich profesorów trzeba :D
Pewien student miał egzamin pisemny. Siedział sobie w ostatnim rzędzie więc mógł spokojnie pisać.
- Pss...! Masz pierwsze? - usłyszał w pewnej chwili za plecami.
- Mam
- To daj - student przepisał zadanie i podał do tyłu po kilku minutach.
- Pss...! Masz drugie?
- Mam
- To daj - student znowu przepisał zadanie i podał do tyłu po kilku minutach.
- Pss...! Masz trzecie?
- Mam
- To daj - sytuacja się powtórzyła
Po chwili, student słyszy zza pleców cichy, stłumiony głos:
- Zdał Pan, poproszę o indeks.
Dowcip specjalnie dla Meaka :)
Spotyka się dwóch sąsiadów. Jeden mówi do drugiego:
- Słuchaj stary, nie wiem co mam zrobić, mój kot załatwia mi się na dywan.
- Jak to?
- No, załatwia się na dywan, potem jeździ tyłkiem po podłodze i rozsmarowuje to wszędzie, nie wiem już co mam robić. Może ty byś coś poradził?
- Wiesz co, zwiń dywan i oklej podłogę papierem ściernym.
Spotykają się ponownie po dwóch tygodniach.
- No i jak? - pyta pomysłodawca.
- O człowieku, rewelacja! Jak kocisko rozpędziło się w przedpokoju, to do lodówki już tylko oczy dojechały!
Stare, ale jare
Syn pyta ojca:
- Tato, co to jest POLITYKA?
Ojciec odpowiada:
- Zobacz, ja przynoszę pieniądze do domu, więc jestem KAPITALISTĄ, Twoja mama rządzi tymi pieniędzmi, więc jest RZĄDEM, dziadek uważa, żeby wszystko było na swoim miejscu, więc jest ZWIĄZKIEM ZAWODOWYM, nasz pokojówka jest KLASĄ ROBOTNICZĄ, a wszyscy mamy jeden cel, aby się Tobie lepiej wiodło! Ty jesteś LUDEM, a Twój młodszy brat, który leży jeszcze w pieluchach jest PRZYSZŁOŚCIĄ!!! Zrozumiałeś synku???
Chłopiec zastanawia się i mówi, że musi się z tym wszystkim jeszcze przespać. W nocy budzi chłopca płacz młodszego brata, który narobił w pieluchy i drze się wniebogłosy. A, że chłopiec nie wiedział co ma zrobić, poszedł do pokoju rodziców. W pokoju była tylko mama, ale spała tak mocno, że nie mógł jej dobudzić, więc poszedł do pokoju pokojówki, gdzie akurat zabawiał się z nią ojciec, a dziadek podglądał ich przez okno. Wszyscy byli tak sobą zajęci, że nie zauważyli, że chłopiec jest w pokoju. Malec postanowił więc, że pójdzie spać i o wszystkim zapomni.
Rano ojciec pyta go:
- Synku, możesz mi powiedzieć własnymi słowami co to jest POLITYKA??
- TAK!!! - odpowiada syn. - KAPITALIZM wykorzystuje KLASĘ ROBOTNICZĄ, ZWIĄZKI ZAWODOWE się temu przyglądają, podczas gdy RZĄD śpi, LUD jest całkowicie ignorowany, a PRZYSZŁOŚĆ leży w gównie!!! TO JEST POLITYKA!!!
Przebudowa (techniczne)
Dziś czeka mnie przebudowanie domowej sieci internetowej :)
Kiedy montowali mi sieć, kazałem sobie założyć gniazdko w swoim pokoju, a z niego przepuszczałem sygnał przez mały ruterek (nie buczał), który NATował mi kilka komputrów w domu (jeden mój i drugi współlokatorki w drugim pokoju)
Kiedy się pożarliśmy ze współlokatorką i wyleciała na zbity pysk, przeprowadziłem się do dużego pokoju, a w poprzednim postawiłem normalny komputr jako router i usługodawca mojego serwerka.. poczta, www i oczywiście serwer jabbera (bazyl.net).
Jak już pisałem wcześniej, dziś wprowadzają się nowi współlokatorzy, co oznacza, że serwerek z drugiego pokoju musi zniknąć.
Plany już są. Komputer serwera razem ze switchem wyprowadza się do szafy w przedpokoju, gdzie trzeba również przenieść gniazdko sieci zewnętrznej. Ze wspomnianej szafy wypływać będzie pająk kabli, doprowadzający sygnał do małego pokoju (jeden kabelek do pojedynczego gniazdka) i dużego (dwa kabelki do jednego, podwójnego gniazdka). W przyszłości na szafie zawiśnie również WAP, do rozwiązań bezkabelkowych :)
Porządek należy również zrobić z kablami od kablówki, które zupełnie bez ładu i składu leżą gdzie popadnie.
Do tych celów, mój bliski kumpel dziś pojawia się u mnie z całym arsenałem. Wiertarką, zgrzewarką, kablami... ja dodatkowo zabieram ze swoojego biura zaciskarkę i dwie garści końcówek (nigdy nie mylę się przy zaciskach, ale przezorny zawsze bez żony).
Dzisiejsze popołudnie spędzę na pewno bardziej pracowicie niż godziny spędzone w pracy... Na uzupełnianiu jogga i zatruwaniu powietrza radosnym popierdywaniem w stołek...
Absencja
Nie mylić z abstynencją.
Dziś do pracy przybyłem nadspodziewanie wcześnie. Spóźniłem się raptem 15 minut (przepisowo mogę się spóźnić nawet pół godziny).
Jak zwykle dzień rozpocząłem od czytania LinuxNews czy joggów znajomych i obowiązkowo sprawdziłem nowego stripa na UFku. To taki mój prywatny sposób na zbijanie czasu w oczekiwaniu na MrProgramistę, który jako bezpośredni zwierzchnik, zleca mi zawsze nowe zadania.
Dopiero parę minut temu dowiedziałem się od MrPrzełożonego, że MrProgramista najprawdopodobniej położy się dziś w szpitalu i oczekiwać będzie na operację.
Mimo wolności, jaką daje mi to (i oczywiście nieopisaną ilość nudy), bardzo mi go szkoda i życzę mu jak najszybszego powrótu do zdrowia.
Szczególnie, że jest on jedyną osobą w tej małej firemce, która ma trochę oleju w głowie i wie jak wszystko poskładać do kupy.
Bez niego to ja tu w krótkim czasie ocipieję.
Moja praca
Jak się już wcześniej nie raz chwaliłem, prowadzę podwójne życie prowadząc swoją firmę oraz pracując na etat w drugiej.
Jest to już kolejna robótek z serii "co ja tutaj robię".
Zostałem w niej zatrudniony, ponieważ firma za cel stworzyła sobie zbudowanie skomplikowanego systemu do analizy kosztów, gdzie matematyka i wyższe kodowanie typu sieci genetycznych etc. są na porządku dziennym.
Szef niejednokrotnie powtarzał, że jestem pierwszym informatykiem z prawdziwego zdarzenia w tej firmie, co oczywiście było kłamstwem - człowiek który do tej chwili to robił sam, MrProgramista, już przebijał się przez niejeden mur.
O dziwo firma jest bardzo malutka. Oprócz MrChiefa, MrPrzelozonego i MrProgramisty (plus ja oczywiście) nie ma tam nikogo. I w gruncie rzeczy nie potrzeba.
W czym jest problem?
Najlepiej to skwitował MrProgramista.
MrChief, kiedy precyzuje dalszy rozwój programu mówi zdaniami w stylu "Wymyśl mi kawę i ciastko z czymś takim".
Niejednokrotnie kiedy się biłem z jakimś stricte matematycznym problemem uzyskiwałem jego "pomoc" w postaci pliku rysunków Windowsianych okienek, co gdzie powinno się znajdować.
Efekt tego jest prosty.
MrProgramista przygotowuje pełną analizę systemu oraz jego projekt, kiedy ja robię za tzw. "zasłonę dymną", wysyłając do MrChiefa coraz to nowe "moduły", które coś robią, ale są kompletnie bezużyteczne.
Nie ma to jak produktywność w pracy... sic!
Narzekanie
To prawda, że wszyscy, łącznie ze mną, lubią sobie ponarzekać. Opanowaliśmy tę umiejętność do perfekcji i wykorzystujemy ją niemalże na każdym kroku. Narzekamy na to, że w lutym jest zimno albo że w lipcu jest gorąco. Kupujemy nowy dom, a potem narzekamy na problemy związane z przeprowadzką. Uwielbiamy ludzi, którzy są odprężeni i wyluzowani, a jednocześnie narzekamy, kiedy spóźniają się dziesięć minut na umówiony lunch. Smakuje nam jedzenie, ale narzekamy na zatłoczoną restaurację. Uwielbiamy swój zawód, ale narzekamy na pracę. To tak, jakbyśmy zapisali się na siłownię po to, żeby ponarzekać, jakie ciężkie są ciężarki.
Zguba
Że się tak kolokwialnie wyrażę - kurwa mać.
Zgubiłem cel.
Preferencje
Przez ponad 10 lat w swojej zawodowej karierze korzystałem już chyba ze wszystkich systemów operacyjnych bardziej znanych ludziskom. Windowsy wszelakiej maści, linuxy w wielu dystrybucjach, Mac OS 9, Mac OS X, BeOS, OS/2 czy stare DOSy. Teraz przywiązany do Mac OS X zastanawiam się, czego ja tak naprawdę chcę od komputra.
Doszedłem do przedziwnych wniosków.
Najbardziej pasuje mi linux. Konkretnie Debian. Z softem jaki znam. Terminale. Iksy tylko i wyłącznie dla przeglądarki internetowej (ratpoison?).
Pora kupić sobie laptopa... i wrócić do korzeni :)
Sytuacja jak miód - riposta godna wyższego wykształcenia :)
Na wykładach, starszy już profesor mówi do studentów:
- Za moich czasów nieobecność na zajęciach mogła być usprawiedliwiona tylko w dwóch przypadkach: gdy umarł ktoś z rodziny lub choroba udokumentowana zwolnieniem lekarskim.
Z końca sali dobiega głos:
- Panie profesorze, a jeżeli ktoś jest skrajnie wyczerpany seksem?!
Cala sala wybucha śmiechem, a profesor po krótkim namyśle mówi:
- W twoim przypadku, to możesz po prostu pisać druga ręką.
Standardowe pytanie, błyskotliwa odpowiedź :)
- Kochasz mnie?- pyta dziewczyna
- A czym według ciebie się teraz zajmuję? - odpowiada chłopak
Stare, ale jare
Paryż. W barze siedzi młody mężczyzna i dziewczyna.
- Koleżanka się spieszy? - zagaduje mężczyzna.
- Nie, koleżanka się nie spieszy - przekornie odpowiada dziewczyna.
- Koleżanka napije się kawy?
- Tak, napiję się kawy...
- Koleżanka wolna?
- Nie, mężatka...
- Mężatka? A koleżnka może zadzwonić do domu i powiedzieć, że została zgwałcona w barze?
- Tak, koleżanka może zadzwonić do domu i powiedzieć, że ją zgwałcili 10 razy.
- 10 razy???!!!
- Kolega się spieszy?
Jesień +/-
Każda pora roku ma swoje plusy i minusy. "Zady i walety" jak to niektórzy mawiają.
Niewątpliwym plusem jest fakt, że kapurna pogoda przepędziła większość rynkowych grajków, żebraczy i pijaków, którzy pochowali się w czeluściach swoich własnych czterech ścian (nawet jeśli są to tylko kartony) i rzadko wystawiają zadek na zewnątrz.
To, że mam katar i z nosa mi się leje jak z kranu jest za to niewątpliwym minusem aktualnej pogody.
Byłoby to jednak do zdzierżenia, gdyby nie dwa, mocno istotne fakty. Kobiece wdzięki zostały już ukryte pod ciepłym ubraniem i ciężko wypatrzeć zgrabną figurę przemykającą uliczkami rynkowymi. Nie ma już zgrabnych nóg wyeksponowanych za pomocą kusej spódniczki i wysokich obcasów, ani głębokich dekoltów, które wraz z wynalazkami podnoszącymi biust (gorsety, push-p'y itepe) wprawiały niejednego pana o brak powietrza w płucach.
Mimo niewątpliwego smutku związanego z tym zamarciem prawdziwego piękna Wrocławskiego rynku najgorszy jednak jest upór dużych firm, których nazw lepiej nie wymieniać.
Ubzdurali sobie oni nową akcję promocyjną, gdzie panie w długich spódniczkach, płaszczykach i włosach o kolorze firmy (niebieski) podskakują na specjalnych butach skokowych po bardzo śliskim od deszczu bruku gwarantując sobie w niedługim czasie wizytę u dentysty. Byłby to jednak mały szczegół, na który można by patrzeć z pobłażaniem, gdyby nie kawałki plastiku i tektury, z których owa firma zrobiła sobie materiały promocyjne powszechnie nazywane trąbką.
Szeroko uśmiechnięte niebieskie panie rozdają teraz na całym rynku owe piszczałki, które szczególnie młodzi wykorzystują do zrobienia kompletnego chaosu wokół ratusza. Nie sposób ani porozmawiać, ani nawet wytrzymać te uparte wysokie tony, które doprowadzają każdego przeciętnego człowieka do obłędu.
Dzieciaki owe, będące zapewne na jakiejś wycieczce przedszkolno/szkolnej rozpierzchły się po całym rynku, zgrabnie omijając pilnujące je kobiety.
Mam przynajmniej tą satysfakcję, że to nie ja mam największy problem. Ja zniknę znów w swoim biurze, a biedne kobiety w deszczu i wichurze będą zbierać swoje grochy z centrum miasta, kierując się, zapewne i tak już silnie nadwyrężonym, zmysłem słuchu.
Robi się tłoczno
Od przyszłego poniedziałku mieszkanko, które wynajmuje wzbogaci się o kolejnych lokatorów.
Powód? Brak pieniędzy na utrzymanie całości. Trzeba się jakoś ratować :)
Na szczęście parka wygląda na w miarę normalną, więc przynajmniej przez pierwsze kilka miesięcy nie oczekuję specjalnych problemów w dogadywaniu się.
Miejmy nadzieję, że jakoś to będzie :)
.NiET
Nie jestem windowsowcem.
Z zasady bardziej niż czegokolwiek innego. Zbyt wiele razy coś mi się przewracało pod tym systemem. Nie pałam zbytnio jakąś ukrytą nienawiścią do owego systemu, czy firmy, która owy system stworzyła.
Mimo tego, że na codzień staram się unikać kontaktu z tymi systemami, niejednokrotnie zderzam się z potrzebą korzystania z niego.
Przede wszystkim (wyłącznie nawet) w pracy, gdzie rzekomo na siłę, firma chce pisać aplikacje na tę platformę.
W rezultacie siedzę sobie właśnie przed takim Windowsikiem i zmuszam się do pracy w Microsoftowym Visualu na platformę .NiET. Nie jest to jakaś wyduma, jak można by z początku sądzić. Ma swoje zady i walety.
Obecnie dłubię jakiś projekcik na niego w C#. Mimo, że niejednokrotnie uderzył we mnie całkowity brak wyobraźni twórców tego języka, to nie mogę powiedzieć, że jest bezdennie głupi. Ludziska, którzy dłubią w tym środowisku dało wiele ciekawych narzędzi i komponentów, które naprawdę z dużą satysfakcją i prostotą się używa.
Viva OpenSource!
No cóż. Dość wydumy. Pora wracać do dłubania w gridzie. Bardzo wygodnym zresztą mimo braku czegoś takiego jak designer.
Rynkowe podróżowanie
Mam ten zasadniczy dylemat, że moje miejsce pracy (zarówno jedno, jak i drugie) znajduje się w okolicach rynku. Podróże z jednej pracy do drugiej, które odbywam przynajmniej raz dziennie, są chyba najkrótszymi i najbardziej kolorowymi w całej mojej historii trapera :)
Kiedy ubrany i z teczuszką opuszczam jedno biuro, rozpoczyna się bitwa o życie. Nim przedrę się przez pierwsze 50 metrów przynajmniej dwóch panów wątpliwej świeżości zdąży mnie zaczepić
- Ma pan parę groszy na wino? - tych to nawet ignoruję
- Poczęstowałby pan papierosem - na tych zazwyczaj wrzeszczę.
W momencie, kiedy ciasna uliczka wypluje mnie na samą taflę rynku, zaczyna się prawdziwa polka-galopka.
Raz na jakiś czas pojawiają się interesujący grajkowie, którzy stoją (siedzą) w kącie rynku i grają prawdziwą muzykę. Oni też zbierają nieprawdopodobne pieniądze. I w sumie rozumiem to. Sam bym im coś czasem wrzucił, gdyby nie fakt, że zdaję sobie sprawę z tego ile oni dziennie zarabiają
Przeważająca jednak część rynkowego towarzystwa, to albo cygańskie podrygi panów z owłosionymi klatami i gitarkami po dziadku, albo tzw. "żywe pomniki" ludzi, którzy nie potrafią za bardzo robić nic innego jak dzieci... no i stać. Tymi gardzę najbardziej. Już ciekawsze są błyszczące zęby cygana kiszącegoharmonię.
Ostatnio ciekawostką sezonu stał się pan, który wraz z magnetofonem próbuje udawać, że śpiewa operowe pieśni. Fałszuje nieprzyzwoicie, choć szczerze powiem, że idzie mu znacznie lepiej niż klasycznemu wyjcowi*, który zazwyczaj uniesiony dumą nawet nie splunie, kiedy proponuje się jej zamilknięcie na godzinę w zamian za 50 złotych. Pan ów, co można w nim bardzo pochwalić. Nawet zmysł muzyczny ma. Jak i zacięcię. Problemem u niego jest coś, co w muzyce określane jest emisją, a w jego interpretacji jest emisją śliny w ilościach hurtowych we wszystkich kierunkach.
Jednakże to nie grajki i wyjce są prawdziwym utrapieniem rynkowego życia. Nawet nie tzw. "ulotkarze", którzy moje zdjęcie chyba mają już w specjalnej bazie danych, bo nawet nie próbują mi zaoferowac kolejnej ulotki z czymśtam.
Problem to wspomniani już wcześniej panowie niepierwszej świeżości o zapachu uryny i alkoholu, którzy za wszelką cenę próbują zaciągać mikropożyczki na wieczne oddanie w celu zakupu kolejnych trunków. Ich natarczywe pytania jednak niczym się nie równają innej rasie wyłudzaczy, jakim są młodopokoleniowi mistrzowie wmawiania mi, że oni zbierają dla domu dziecka i takie tam bzdety.
- Proszę pana, proszę pana! - nie reaguję. - Cześć, słuchaj zbieramy na dom dziecka w XXX, wspomożesz nas jakoś?
- Po pierwsze, żadne "cześć", bo nawet się nie znamy - odpowiadam z kwaśną miną. - Po drugie wasze "reklamowanie się" na mnie nie działa i sam ledwo dociągam do pierwszego. Po trzecie zaczepia mnie pan już 3ci raz dzisiaj, a pańscy koledzy zrobili to już kilka razy również.
- Skoro tak, to może pan da parę groszy, jak mówię zbieramy na...
- Jeszcze, kurwa, słowo - przerywam mu - a zbierać pan będziesz własne zęby.
Taki argument zazwyczaj działa. Ale cóż z tego, skoro tylko na jednego i tylko jeden raz?
Jednorazowe przejście przez rynek to średnio 3 żuli, jedno dziecko cygańskie, 7 do 12 ulotkarzy, 4 debili zbierających na dom dziecka, dwa stojaki i jeden wyjec.
Może jestem popierdolony, ale najchętniej bym to całe towarzystwo wystrzelał do nogi. Ja tylko chcę przejść do drugiej pracy!!!
* - wyjec - osobnik płci żeńskiej, próbujący wydać z siebie wysokie C w czymś, co określa pieśnią. Oblegają rynki krajowe i z muzyką mają tyle wspólnego, co z anoreksją - a są grube koszmarnie.
Czysta prawda
Kobieta może być przyjaciółką mężczyzny, lecz by uczucie to trwało, niezbędne jest wesprzeć je odrobiną fizycznej antypatii.
Z serii złote myśli
Człowiek rozsądny dostosowuje się do świata. Człowiek nierozsądny usiłuje dostosować świat do siebie.
Dlatego wielki postęp dokonuje się dzięki ludziom nierozsądnym.
Poszukiwana poszukiwany
Potrzebuje pilnie dwoch rodzajow pracownikow:
a) programistow javy z Wroclawia lub okolic (j2ee)
b) ekonoma - najlepiej profesora z danej dziedziny
Dam dobrze zarobic... praca mozliwa w domu :)
Sork za propagande, ale jestem w potrzebie.
Zgloszenia w komentarzach lub na JID'a, maila... dane w kontaktach.
Mucha, czyli ja - kombatant
Nie, nie chodzi mi o Muchę... Chodzi mi raczej o coś, co taka jedna określeniem "Mucha" ochrzciła...
Mucha jest to skuter. Taki prosty, tani... Ale duży. Ten jego ostatni atut ma duże znaczenie dla moich długich kopyt. Zazwyczaj na zwykłym rowerze wyglądam jak masochista bijący się kolanami po twarzy, więc typowego rozmiaru skuter byłby równie nietrafnym zakupem jak dowolny rower o niskim siodełku :)
Otóż ową Muchę miałem dostać już kawał czasu temu. Będzie nawet ze trzy tygodnie...
Dlaczego nie mam?
Mucha bowiem wymaga włożenia w nią pieniędzy, które formalnie nazywa się "zakupem". A pieniążki to mi taki jeden wisi.
Dużo pieniążków.
Żeby było ciekawie za jakieś 3h, kiedy skończę swoją aktualną pracę będzie mi dłużny jeszcze dwa razy tyle.
Pytanie jednak gdzie moja Mucha?!
W Polsce umiejętność migania się od płacenia jest doprowadzana do niezłej perfekcji. Tylko ja zapieprzam jak mały skuterek, robiąc coś, na co jest kupiec, który najchętniej by to ode mnie wziął, ale nie weźmie, bo mi nie zapłaci.
A ja w sprawach pracowniczych to już kombatant jestem!
Dawno dawno temu taka jedna firma przez jakiś czas w ogóle mi nie płaciła za pracę u nich, a ja zasuwałem dla idei. Kiedy trzasnąłem drzwiami, byli zaskoczeni i źli. Życzę im zawsze wszystkiego najgorszego.
Znacznie później inna firma zrobiła znacznie poważniejszy myk zabierając mi większość doby, pędząc jak bydło przez stepy. A ja zasuwałem jak mały jellonek.
Znów dla idei.
Kiedy kolejna firma obiecywała mi złote góry, byłem już silnie sceptyczny. Obiecywali dużo, na umowie było mało, a dostawaliśmy jeszcze mniej. Zapieprzałem jako analityk biznesowy, projektant, lead programmer, bazodanowiec i administrator, a zarabiałem tyle co sprzątaczka.
Panowie!!! Tu mi, o! Koniowi !!!
I tak sobie ciągną firmy, radośnie popierdując, tymczasem ja mogę pójść teraz do swojego klienta i powiedzieć:
- Drogi panie, proszę wziąć sobie tę umowę, zwinąć ciasno w rulonik i wsadzić głęboko w dupę. I spierdalaj mi pan z oczu, bo jeszczce panu w tę dupę nakopię.
Wybaczcie kolokwializm. Ale mam już dość.
Ot i cała prawda o pracy w biurze
Oto kilka, dość istotnych, zasad w jaki sposób przeżyć w biurze
Zasady biurokratyczne:
- Nie myśl! A jeżeli już pomyślałeś to
- Nie mów! Ale jeżeli już powiedziałeś to
- Nie pisz! Jeżeli już napisałeś to
- Nie podpisuj! A jak podpisałeś, no to się potem nie dziw.
Prawo Tertila:
Sprawa raz odłożona dalej odkłada się sama.
Prawo Clyde'a:
Im dłużej zwlekasz z tym co masz do zrobienia, tym większa szansa, że
ktoś cię wyręczy
Zasada Larsona:
Dokonaj czegoś niemożliwego, a szef zaliczy to do twoich obowiązków.
Reguła Jaffersona:
Tytuły przeważają nad osiągnięciami.
Prawo Wilsona:
Ranga osoby jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości mowy.
Reguła Achesona:
Raport nie ma slużyc informowaniu czytelnika, lecz ochronie autora.
Prawo Niesa:
Energia zużywana przez biurokrację na obrone błędu jest wprost
proporcjonalna do jego wielkości.
Prawo Phillipa:
Łatwe do przeprowadzenia są tylko zmiany na gorsze.
Reguly komisyjne:
- Nigdy nie zjawiaj się na czas, bo będziesz musiał zaczynać.
- Nie odzywaj się do połowy posiedzenia, a zyskasz opinię człowieka inteligentnego.
- Bądz tak mało konkretny, jak to tylko możliwe, dzięki temu nikogo nie urazisz.
- Kiedy masz wątpliwosci zaproponuj powołanie podkomisji.
- Pierwszy wystąp z wnioskiem o przełożenie obrad - Zyskasz popularność, gdyż wszyscy na to czekają
Prawo Woltrskiego:
Praca w zespole polega na tym, że przez polowę czasu trzeba tłumaczyć innym,
że sę w błędzie.
Prawo Owena:
Jeśli jesteś dobry, to cała robota zwali się na ciebie
Jeśli jesteś naprawdę dobry, to nie dopuścisz do tego.
Pulapka:
Żaden szef nie będzie trzymał pracownika, który ma zawsze racje.
Ot i cała prawda... Mimo, że trochę Dilbertowskie, to miejscami bardzo, ale to bardzo prawdziwe :)
Jak namówić, by ktoś kupił właśnie TEN samochód?
Ta opcja oczywiście będzie pasować przede wszystkim panom, ale trzeba jednak zaznaczyć, że jest to niewątpliwie ciekawy sposób na przyciągnięcie klienta - amatora motoryzacji :)
Oj źle ze mną
Bardzo zle... Za namową takiej jednej sobie testa zrobiłem... i co?
Siakiś dziwny wyszedłem :P
You're a "Pink Angel". Now, just because
it may be a little bit of a feminin color
doesn't mean you're all girly and whiney.
You're very self-less and love to bring good
news to people because you like seeing people
happy. You have better manners than most and
people love how polite you can be. You're
friends love that they hardley ever get in
arguments with you and can barely get mad at
you! You're friends and family mean so much to
you and it takes more than a fight to break you
away from them. (If you cannot see the picture,
go to my homepage and scroll down near the
bottom. I have the results from all my quizess
that have pics)
What Color Angel Are You? (PICS)
brought to you by Quizilla
To ci dopiero patent
Czasem i dobry dowcip, ale miejscami aż za prawdziwy...
Antyzapominacz
Gdy opuszczałem biuro w celach zakupowo-rekreacyjnych i szarpnąłem drzwiami, delikatny stukot oznajmił mi, że coś spadło.
Delikatnie spłoszony, rzuciłem szefowi rozbrajający uśmiech i zacząłem przeczesywać parkiet w poszukiwaniu zguby, nawet nie wiedząc jak wygląda
Pot wystąpił mi na czoło. Nie chciałem się przyznać do tego, że nawet nie wiem czego szukam. Udawałem, że wiem o co chodzi i lustrowałem powierzchnie płaskie w poszukiwaniu czegoś małego, co nie pasuje do otoczenia.
Aż znalazłem.
Gdzieś między drzwiami, szafką a krawędzią dywanu leżał sobie ołówek.
Dopiero teraz fragmentem świadomości zacząłem retrospekcję mojego podchodzenia do drzwi, kiedy to ów ołówek leżał sobie spokojnie na zamku. Nie było innej możliwości - musiał spaść.
Gdy z ołówkiem w ręce rzuciłem pytające spojrzenie w kierunku mojego przełożonego, ten jedynie wzruszył ramionami.
- To, żebym pamiętał o kupieniu srajtaśmy, bo nie ma w co smarkać.


